Zaczynam pisać – może wyjdzie mi wiersz ?

Wiersze nie powstają codziennie, czasami trzeba długo poczekać na to, co ma się ziścić.

Wiersz to chwila, która mija i znów w myślach pędzimy za następną z nadzieją, że ta będzie nieco inna od poprzedniej, bardziej zjawiskowa i bardziej znacząca. Odczuciem, że ta akurat stanie sie bogatsza w przeżycia.

A gdy już jestem z nią sam na sam – odczuwam rozczarowanie, że to jeszcze nie ten.

Wybrałem wiersze z różnych swoich okresów życia, różnią się formą interpretacji. Wciąż jestem w tym dziele amatorem, może w tym tkwi największa tajemnica w jakim zakamarku pola produkcji kulturowej można by ją umieścić i odnotować.

Mam nadzieję, że za pięć lat ten wybór będzie już nieaktualny, a może napiszę lepsze ?

***

Poezja jest tajemnicą, którą próbujemy zgłębić. To rodzaj mowy i modlitwy. Natrętne słowa, które nie chcą sie od człowieka odczepić. To język i swiat zewnętrzny i wewnętrzny. Poezja to kondensacja widzenia i języka, żyjąca własnym życiem.

Po Nasemu … Gwarom !

W kapeluszu pełnym kostek …

Autor; Andrzej Pitoń – Kubów.

O sobie;

Urodziłem się w Kościelisku, miejscowi nazywają w Polanach. Utarło się mówić, że Kościelisko to bijące serce Podhala. Tu też upłynęło mi bosko dzieciństwo, w kręgu gór i tatrzańskiej przyrody.
Uczyłem się tego dziedzictwa, jako „świętego obcowania”… gwary jako mowy ojców i przodków. Do dziś noszę to w sercu i mam dla niej wielki szacunek i umiłowanie. Zresztą do wszystkiego co „naskie” czuję wielki sentyment.

Po skończeniu szkoły podstawowej wybrałem się na dalszą edukacje do Rzeszowa, bo tam jedynie była szkoła przemysłu spożywczego, konkretnie mleczarska. W Polsce były tylko 3 takie szkoły. Ta była najbliżej, ale jakże – daleko od gór, od rodzimego, ukochanego Podhala, od rodziny.
Tęskniłem za tym co się „ostało precki”. Chciałem uciekać, wracać do domu, ale też nie chciałem robić przykrości ojcu, bo on mnie tam ułożył. Ojciec, Stanisław, był wiceprezesem i członkiem zarządu w Podhalańskiej Spółdzielni Mleczarskiej, jako działacz spółdzielczy jeszcze od czasów przedwojennych. Z przekazu chyba pokoleń – chciał mieć we mnie schedę, godnego następcę.

Z Rzeszowa mam mnóstwo dobrych szkolnych wspomnień jak również sportowych, grając zawodniczo w piłkę siatkową w Resovii, od A klasy poprzez okręgówkę, aż do II ligi. Resovia w tamtych latach była czołową drużyną w Polsce, a kilka lat później awansowała, zdobyła nawet mistrzostwo kraju.

Po ukończeniu szkoły wróciłem w rodzinne strony za którymi – kotwiło mi się zawsze … rodzice już byli w starszym wieku, potrzebowali pomocy na gazdówce. Tak zacząłem pracę w mleczarni a następnie w GS Samopomoc Chłopska. Działałem społecznie w Kółku Rolniczym i Związku Podhalan. Grałem jeszcze w siatkówkę w zakopiańskim Starcie, który był wtedy w krakowskiej okręgówce na poziomie III ligi.

W 1979 roku jako działacz związkowy wyjechałem z delegacją Związku Podhalan w Polsce do Ameryki na Jubileusz 50-lecia – istnienia Związku Podhalan w Ameryce. Pięknie się to wszystko odbyło, w luksusowej, wystawnej, słynnej sali Palmer House. Człowiek zza „ żelaznej kurtyny” pierwszy raz w życiu na własne oczy uwidział prawdziwy luksus, wystrój, przepych sal, jadła, kunszt obsługi. Nie do wiary, że tak mogą sobie na to pozwolić nasi krajanie, którym los pozwolił wyjechać i żyć w Ameryce. Dla większości delegacji było to wielkie przeżycie. Niejeden przecierał oczy na widok wszystkiego, i że może w tym uczestniczyć.

Z grupy tej zostało nas kilka osób. Pracując nielegalnie, ja też chciałem trochę przy zarobić dutków, poprawić realia i jak każdy inny tz.wycieczkowicz – z pożytkiem wykorzystać tutejszy pobyt i okazje.  Przy zarobić, przerobić czas na kilkaset zielonych papierków, aby choć trochę ulżyć sobie i rodzinie. Dzieciom sie przypochlebić, kupić zmodyfikowanych elektroniką zabawki, posłać słodyczy, rodzynków, kakao, dobrej kawy, lepsze ubrania itp., bo w PRL … czasy były naprawdę nie za ciekawe. W sklepach nagie haki, ocet, musztarda, reszta z przydziału na kartki.

Stąd już obserwowałem wydarzenia jakie miały miejsce w Ojczyźnie w latach 80-tych , tu też zastał mnie stan wojenny, który wprowadziła ówczesna skorumpowana władza.

Bolało mnie to bardzo „władza” użyła siły – wojska, milicji, ZOMO. Skierowani zostali przeciwko własnemu narodowi. Nie mieściło się to w mojej głowie ( wbrew psychice ). Postanowiłem “twardo” – tam nie wracać. Tym bardziej, że nasz chicagowski konsulat wysyłając mi listowne powiadomienie w sposób “dyktatorski” zażądał, abym do miesiąca opuścił granice USA – nie wyrażając zgody na ponowne legalne przedłużenie ważności paszportu i pobytu (choć) miałem aktualnie ważną jeszcze amerykańską wizę (nakazując mi opuszczenie Ameryki do 30 dni). Miałem się także osobiście stawić w konsulacie z wykupionym biletem powrotnym LOT. Był to cios poniżej pasa. Odmówiłem grzecznie, ale stanowczo i zdecydowanie kazałem referentowi mój paszport zdeponować w sejfie o ile chcą, nawet na dłużej, aż sytuacja WRON, kiedyś ulegnie poprawie. Wyszedłem pospiesznie ku zdziwieniu swoim i konsularnych urzędników.

Tak oto … niepoprawnie zasiedziałem się w Ameryce, trwa to już dobre ponad 40 lat – aż do dnia dzisiejszego. Na początku mocno przeżywałem sytuacje jakie zaistniały w ówczesnej Polsce. Były to lata 80-te, Solidarność, masowe wychodźstwo, do Chicago masowo przyjeżdżali niechciani, wygnańcy systemu, działacze solidarnościowi, którzy dostali “wilcze” bilety. Spotykaliśmy się z nimi, przy różnych okazjach, pomagało się organizować różne akcje, zbiórki pieniężne na przetrwanie w ruchu oporu, w podziemiu, oraz poczatkującym na emigracji. Trwały zbiórki, felietony w chicagowskich radiach, wszędzie wokoło współczucie, żyło się tym tematem.

Wtedy też chyba najwięcej pisałem, z tęsknoty, z żalu, złości na istniejące warunki, tu i tam, do których trzeba było się od nowa zaadaptować. Chciałem dzielić się swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, wierząc że pomogą, przydadzą się innym. Wysyłałem wiersze na konkurs literacki do Zakopanego, nawet – kilka razy otrzymałem wyróżnienie w kategorii gwarowej. Pisałem do miejscowych wydawnictw polonijnych – artykuły dotyczące naszej kultury i tradycji podhalańskiej. Były publikowane w Dzienniku Chicagowskim.

Wiersze jednak, w większości szły do szuflady, albo inaczej nazwać – pisałem – sobie i muzom!  W utworach z tego okresu stawiałem najczęściej pytania o sens tego co się dzieje wokoło, chociaż nie narzucałem się z odpowiedziami, bo by ich było tyle samo – co polonusów na gościnnej ziemi Washingtona. Tak czy inaczej, każdy musi po swojemu toczyć swój życiowy głaz … byle on nie był – syzyfowym. W latach 1984-1987 zostałem wybrany, wiceprezesem do spraw kultury przy Związku Podhalan w Ameryce Północnej, zaś w latach 1993-1996 prezesem tejże zasłużonej dla polonii amerykańskiej organizacji. Podhalanie, od kilku pokoleń rozsiani po całej Ameryce, od wschodu po zachód, od południa po daleką północ – wszędzie ich idzie spotkać – mają tam swoje kluby i prężnie działają.

W okresie urzędowania byłem pomysłodawcą i współorganizatorem kilku przedsięwzięć kulturalnych.

I tak: Festiwal „Na Swojską Nutę”, który zaczął egzystować w 1983, ale już w 1984 zmienił nazwę na „Na Góralską Nutę”, aby podkreślić rangę góralskości, która była myślą przewodnią i miała grać pierwsze skrzypce. Festiwal, stał się wizytówką naszego folkloru i do dziś jest wiodącą imprezą. Przegląd Zespołów Kolędniczych – miał być imprezą, która przypomni nam tradycje Świąt Godnych, kiedy odgrywało się widowiska Jasełkowe. Wielkie oparcie mieliśmy w Szkółce Tańca, oraz Polskich Szkołach Sobotnich, które, rokrocznie przygotowywały pod nadzorem nauczycieli bardzo ciekawe widowiska kolędnicze z różnych stron Polski, czyli świątecznego okresu. W jury Przeglądu zasiadały znane i cenione osobistości ze środowiska polonijnego; wymienić tu trzeba koniecznie autora słynnych „Czerwonych Maków spod Monte Casino” Feliksa Konarskiego „Refrena”. Prof. Mniemanologii Stosowanej – Jan Tadeusz Stanisławski, Jacek Nieżychowski, aktor kabaretowy, piosenkarz z Silnej Grupy pod Wezwaniem. Oni, lata 80. zeszłego wieku spędzili w USA, bo tu zastał ich stan wojenny. Imprezy Festiwalowe do dzisiaj istnieją i są motywacją do pracy regionalnej całego tutejszego polonijnego środowiska.

W 2009 roku minęło 35 lat mojej pracy, na rzecz kultury regionalnej, poświęconej ziemi naszych ojców, ich tradycji, by będąc na obczyźnie, daleko od rodzimych korzeni – ich cząstka „nie zatraciła się”, nie dała się zadeptać w pośpiechu cywilizacji, w wypolerowanym tłumie.

Za ogólną działalność społeczną i regionalną – zostałem wyróżniony Złotym Krzyżem Zasługi przez prezydenta RP, śp. Lecha Kaczyńskiego.

A co dziś?
Dziś, można by było stwierdzić z całą stanowczością, że przesiąknięty amerykańskim trendem, bo przecież tyle lat obcowania w Ameryce, na tutejszych wzorcach, chyba do tego motywuje. Czasami tak, czasami nie. Zdaje sobie sprawę, że to co dzisiaj mamy na świecie, zawdzięczamy w dużej mierze Ameryce. Pogardliwie się mówi, że Ameryka, to taki „żandarm świata” ale chyba dziękujmy Bogu, że jest Ameryka, że świat ma takiego „żandarma”. Wydawać by się mogło poniekąd, że pokonany został faszyzm, socjalizm, komunizm …( chyba ) są już prawie pochowane … ale, nagle – znów pojawiło się nowe niebezpieczeństwo, które – światu zagraża. Jest nim islamski fundamentalizm, Covid, fanatyczny, międzynarodowy terroryzm.

11 września – Ameryka, została zraniona, cały świat został tym zastraszony …

Polubiłem Chicago, tutejszych ludzi, którzy nie mają manii uprzedzeń rasowych, narodowościowych, ani religijnych, są w miarę tolerancyjni, mają szacunek dla języka, innych kultur, oraz otwartość na ich wpływy w diasporze. Tu wszyscy ludzie są braćmi, a ich praca – modlitwą!

A jak dziś się ma z moim wierszowaniem – po góralsku (zdajaniem wierszyków)? Czasami coś tworzę. Raz się uda lepiej, raz gorzej … w zależności od dyspozycji i czasu. Czasowo – różnie to wygląda. Niekiedy dłuższe przerwy bywają i nic, czasem całą serię się spłodzi, gdy myśl się łatwiej prowadzi. Pisanie traktuje jako rozrywkę umysłową, w rodzaju łamigłówek, w momentach istotnych lub niespodziewanie, gdy zwracam na coś bardziej wnikliwą uwagę, na coś co mnie inspiruje, zastanawia w sobie, w drugim człowieku jest ciekawe lub charakterystyczne – po prostu inne. To taka moja wewnętrzna potrzeba swoistej filozofii… Emigracja słów z siebie, ucieczka na zewnątrz, sposób na tożsamość

Tematykę znajduje w życiu i otoczeniu, cały czas obserwuję i podglądam bieg czasu, co w świecie się dzieje, wokoło nas samych: odczucia, przeżycia, odleglejsze wspomnienia, śmieszne, mądre, głupie sytuacje – przemyślam i niekiedy przelewam na papier. Potem – kombinuję, przestawiam, coś dodaję, wyrzucam, złoszczę się – gdy nie po woli, w tej głośno przeklinam. Domownicy wiedzą, że tworzę, albo bardziej dobitnie – że czas po próżnicy marnuję …, a przecież bardziej pożytecznym by było coś dla domu zrobić za tyle spędzonych na kombinacjach godzin? Być może, że przeskakuję wtedy do innego stanu świadomości, aby resztką siebie w sobie ocalić.

Szczerze powiedziawszy, do pisania poezji nie mam praktycznie żadnego przygotowania ani dydaktycznego, ani polonistycznego. Jestem samoukiem. Wiem o tym dobrze, nie mogę powiedzieć że nie – przecież w poezji są obowiązujące zasady, są reguły rymów, jest mnóstwo innych obwarowań, którymi kieruje się klasyczna poezja, ale mnie z tym wszystkim jakoś nie po drodze. Czasami próbuję dopasować się do reguł, ale po kilku wersach błądzę. Jako amatorowi będzie mi to na pewno wybaczone.

W tym co do tego czasu napisałem, pozwoliłem sobie uciekać od wszystkich panujących zasad, utartych reguł, modowych schematów jakie w pisowni obowiązują. Taki właśnie układ jest mi na rękę, gdzie nie musi się wiedzieć jak i gdzie używać interpunkcji. Dlatego, dla asekuracji bądź niewiedzy, zaczynam małą literą, kończę małą, nie daję kropek ani przecinków, najwygodniej potocznie, bez rymu.

Takim nurtem, moja gminna powiastka się toczy, własnymi śladami, kocimi ścieżkami, mlecznymi drogami, szkli się topniejący na Giewoncie śnieg … Piszę tak, jak mi w duszy grają nastrojone myśli, czasem weselej pod nogę, niekiedy smutno i gorzkawo … Na pewno nie są to wypolerowane osiągnięcia, ale musicie mi wybaczyć moje amatorstwo i tylko tak proszę wszystko odbierać, jako czeladnika, praktykującego wciąż samouka, chyba z potrzeby serca i duszy piszącego.

Tak chciałbym być postrzegany jako ktoś, który swoją szarą robotą nie zanudza doszczętnie, ale daje odrobinę cienia, troszkę radości, nadziei, refleksji nad życiem, nad światem. Ale czy tak jest? Niech będzie jasne, że dla mnie ważne jest mówienie swoim własnym językiem, mówienie do ludzi, moich rodaków, o sprawach dla mnie ważnych, które nie tylko mnie samego dotyczą, ale mogą mieć podobieństwo również w otoczeniu. Nie bardzo lubię używać słów wzniosłych; natchnienie, wena, sztuka słowa, itp. są wyolbrzymieniem swojego rodzaju.

Każdy poeta to indywiduum … z drugiej strony – rewolwerowiec, trafiający w gust odbiorcy. Mnie się wydaje, że każdy piszący miewa momenty iluminacji … nazwijmy wewnętrzną potrzebę, która chodzi po głowie, musi być wyzwolona, siedzi w głębi, czeka, dojrzewa, kotłuje się, kłębi w rozciągłości, powinna się wydostać, uwolnić, najlepiej jej w formie poezji.

Z poezją jest jak ze śpiewaniem, każdy może, ale nie każdy potrafi tak w miarę dobrze. Dlatego tworzy się konkursy, przeglądy, kategorie; amatorów, mistrzów, arcymistrzów albo jak moja … sobie i muzom, do szuflady … tu kiełkuje!.     Z góralskim pozdrowieniem, APK

U Pięciu Braci Męczenników w Brighton Park …


5 października 1979 podczas uroczystej i pamiętnej Mszy Świętej,
ks. bp. Alfred Abramowicz przywitał, stojąc przodem do kongregacji, co jest znakiem szczególnym i mającym potwierdzić ważność wydarzenia …
Iż wśród zgromadzonej licznie Polonii … jest namiestnik Chrystusa na stolicy Świętego Piotra w Rzymie. Nasz umiłowany rodak – Kardynał Karol Wojtyła, dziś … Jan Paweł II.

Papież od samego początku swojego pontyfikatu zaskakuje opinię publiczną śmiałymi posunięciami i osobowością …

( …) Oto jest dzień, który dał nam Pan – weselmy się i radujmy!

Obrosłe legendą spotkanie.
Błogosławiona radość.
Spotkaliśmy Papieża!
Jan Paweł II, wśród Polonii …
Oklaski i śpiewy …
Niech żyje Papież …
Sto lat … Sto lat !!!
Klęka i ziemię całuje Następca Św. Piotra.
Na wskroś ludzkie przypadki tej Świętej postaci
Serdeczność dla drugiego człowieka.
Watykański urząd przybliża do zwykłych ludzi.
Wychodzi na przeciw radościom ich smutkom.
Pielgrzymów wita jak gości – otwartymi ramionami.
Uśmiech jego oknem na świat
Z uśmiechem wędruje daleko
Wędrowiec zdrożony

( … ) Opatrzność Boża pozwoliła mi stanąć wśród Was.

Wiarę buduje w żywym kontakcie.
Drzewo pokory w ludzkich sercach
Pierścień miłości w praktyce życia
Płynące wskazówki słychać w duszy

Przełomowe znaczenie dla tutejszej Polonii.
Był wzruszony – głaskał i błogosławił.
Dawał w prezencie różańce, złote krzyżyki
Brzmią pieśni. Czuł się jak u siebie w domu.

( …) Bóg Wam zapłać za to, że przyszliście tutaj !!!

Cały świat zamarł w milczeniu

Zza przysłoniętych okiennic
czuć cierpienie w odchodzeniu.
2 Kwietnia 2005

Cały świat zamarł w milczeniu…
Jeden Człowiek a tak wiele czyni
Jeden Człowiek a tak wiele uczynił
Jedyny, który jest na ustach wszystkich
w gazetach
w telewizji
wszędzie …

Cały świat zamarł w milczeniu
Czekając …
Co będzie dalej ?
Czy poradzi ?
Wykrzesa z siebie moc i siły,
którymi raczył nas przez lata.
OBYWATEL SWIATA
Wszystkich serc i umysłów.

Cały świat zamarł w milczeniu                                   
w modlitwie
próbując zrozumieć
jak Wielkim jest Pasterzem …

O Panie,
To Ty na mnie spojrzałeś,
Twoje usta
dziś wyrzekły me imię…

Cały świat zamarł w milczeniu
Pozwólcie mi już iść
do domu OJCA …

TOTUS TUUS…

I spotkał Maryje,
której zawierzył się bezgranicznie.
Spotkał w końcu swojego
                                               MISTRZA …

cisza i spokój …

Tam czeka na nas, o każdej chwili dnia usta śpiewają
wielbić Cię chcemy dziękczynną pieśnią, debatą bliskości
Królowo Tatr, swym boskim istnieniem dzielisz się z nami
ucieczko grzesznych, twojego ludu nie gardź prośbami
Pokornaś, Ty nas rozumiesz, z nami idąca w leśnej ciszy
Królowo Tatr, opiekunko hal i baców, górskiej przyrody
z różańcem w ręku, cuda czyniąca w tym górskim zakątku
juhasi, gazdowie w kapeluszach góralskich, od święta strojach
na miejscu objawień kwiaty składają w otoczeniu modlitwy
cudowne źródełko, w zaciszu słynąca łaskami Rusinowa Polana.

Gwara Co Se’mnom Ostała …

Pośród traw nie skosonyk do końca
na Sywarnym w Kościelisku – Polanach
pod mostem przycupła zasłuchano w bystry potok
zbyrkanie dzwonków głosem pomiędzy smreckami

Owiecki, becom żałośnie na widok trawy za płotem.
Po Świętym Michale – możno paść ( nawet ) po powale

Rod widze fragmenty z wyobraźni i swojskość naskiej dziedziny
Przy pełni księżyca psów ujodanie ( jak dzwon ) echem siy jąka
patosem tonu. Popod oknami sterta sajt, wzdłóż ściany omszonej.
Wędzarnia dymem zawodzi. Na końcu ogrodu śpiom ule ( zmożone ).

Z radościom ucho przyłozyć do ( ik ) miodnego królewstwa
coby rojki ( te na wyroju ) nie ozfurkły na śtyry strony świata.

W pamięci lekki szum pochylonych nad przepaściom gór
Ze zrębów leśnych dranice, tramy, zaplecione na węgły
W kącinie postawiony dom. Tu ( przed wojnom ) osiedli moi rodzice.
Ziem twardo ( jak skała ) krwawicom rąk wyrywane korzenie.
 
Otrząsom siy z siwych włosów, scęśliwy ze zmarszczkami
z odrobinom ślepej bojaźni, ślabikuje nekrologi przyjaciół.

Rwa kulszowa na stałe do lędźwi powraco, tu i poza domem
słuchom narzekań . Serce ściśnięte nad rodzinnym grobowcem
Pociorkiem łzy do rękawa. W dobrych intencjach tabliczki
umarłych. Pod koronami drzew kamienny aniołek i znicze.

Wyrobisko      Kościelisko, 1976

Od zmierzchu nocy – blask fakieł o żywicnych woniacch
we mgle, z otchłani zuchwale Regle siy piętrzom
pomiędzy nocom śnieg z zowieruchom poprusył
zatroskane owce, ik wzrok osłupiały. Od Zielonych Swiątek
wypatrujom lata ze słonkiem ( cyrwonym ) jak talar.

Moja ziemio urodno (podhalańsko) niewiasto
twojom ładność wyryzowoł lodowiec
za rania wiekowej epoki, ku pamięci pokoleń
Urodnoś, mniej rodno, z królewskiegoś nadanio
po zbiórkak jesiennyk z ojcowskiego uznanio
kozdemu przyznano po cynściak.

Ziemio podhalańsko …
wyrwano mozołem rombanic i folg
z boru smreków i jedli uśniętyk w nieładzie
po kośbie holnego z wykrotów ścierniska
docekałaś siy przecie – godnego wyrobiska

Miłujem ciy jednako …
tak z wyśnego końca ( kaś jest barzyj rodno )
jako i płasienke, ozmokłom po dyscowej lejbie
zarysem ku grobli, chetki – młakom siy stałaś
Ino, sywor ( na ściółke ) pod bydło przycynios.

Zawseś mi jednako,
skolno, jak dno górskiego potoka
płono, jak źle zimowano owca
bo, w wieśniany cas, holny targo ci runo traw
zapylając jesieniom, rojami zarodków – końskiego scowiu.

Skropionoś – ty – słonym potem
wceśniej jako dyscem
kolybko mojego stworzynio
w malowane leluje – fakty i skojarzynia
zoden przypodek, historia wielowątkowa.

śleboda jest krok przed nami …

W przesłości, dało siy zyć beztrosko w Polanach
panorama, spojrzeniem kościół, apteka, śtyry sklepy
na podmurówkach z okręgloków domy w drewniane pościele
i siennik słomom wypchany z roku na rok malejąc
wspomnieniami odżywa. Pod skrzelami kapelusa przelicoł
obrócony w kierunku gór ( choć nie widzioł ik sękatych kontur ). 

W przesłości, dało siy zyć beztrosko w Polanach
ino kiedy stamtela wyjedziys ( kany ) namiastka wolności
w głębi pocujes instynkt przerwanego łańcucha
i nikt nie potrafi udźwignąć losu, bez powodu umyć ręce
z wyrzeczeniem dzieci patrzom na koniec z końcem rodziców ?
Ik życie na kartki ! Niewdzięcnikom zacyno brakować pomysłów.

Wieść żywot w takim miejscu – to owoc ( słodko – gorzki ).
Potykając siy w sobie o scyrość w sercu świadome kołatanie
Na pastwisku cas siy potykoł, dzieci gubiyły siy w swoich regułach
Krzywda im nie dziwno. Bedom miały co powspominać.
Przebudzenie pająka, który wiązoł pomosty pomiędzy światami
Popłoch i chaos ( chłód z głębi ) sprawio ze, moja dusza kaszle.

Dziś w Polanach ( zycie na przemian ) odchodzi i wraco.
Pory roku, dzień i noc idom rutynowo, przyglądajom siy sobie
Starych znajomych spotkać co we wspomnieniach zastygli –
w drzemce pod jasieniami ( wróbli narada ) ktoś machnon rękom.
Zbyt duzo bojek i blizny pomiędzy swoimi ( było mineło )
ino, kiedy śnieg odtaje w Polanach ( siy cuje ) jak ryba w wodzie.

Pod Giewontem

Niek bedzie ze na wsi w Polanach
syćko jest takie jak nika inyndyj
przefajnie jes hawok w ocy-wistości
gościnnie z ukłonem
przyjmuje siy gości
choć śmiecom
choć śpecom
choć łgajom

    ze góry śmieci
    ze słonko nie świeci
    ze kohut wcas do dnia pieje
    ze pies na łańcuchu skomli
    ze krowa za ścianom ogonem grzmoci
    ze koń siy burzy
    ze owca siy bobcy
    ze kura wygrzebuje pędroki  
    ze dzieci pyskate holofiom
    ze muchy nad ranem kąsajom
 
wcas do dnia
jak zawse
w biołej kosuli
gazda unosi
kapelus pyśnie
pogodność
wychodzi mu z dusy
oddycho
ślebodnie
od głębi do dali
karmione spojrzeniem
życliwego poranka

zokopiańskie weekendy
scęśliwy miesiąc to Maj 
moi ślicni
pokochani
moi złoci
w dobrym tonie
hurmom
ku nom
siy zjechali
cepry ( turyści )
z niesmakiem
grymasom
co dłowi
nicym
ość w gardle.

wysoko w Holak …

pod samiućkom graniom
wystawiym kolybe
doprowadze ceste
wybrukuje skolami
powtykom pochodnie
niek’ze siy jorzom
coby łatwiej
było
hań trafić…

Koliba – to moja dusa
Cesta – ścieżka – cel zycio
Fakły – nadzieja
coby zawse siy tlyła…

Moje wiersze.

Nie rodzom siy byle jako i byle kany
Niekiedy, tracom siy w tłumie i włosnych pomysłach
Cęstokroć chorujom na anemie słowa
Niedowład myśli, nowe twory języka.

Bez zapowiedzi przychodzom, odchodzom
Ze szczelin nocy wyfurkujom, nieopiyrzone, osowiałe
Na graniach gór dźwięki wydajom, cornej nocy dzieci.
Na krosna palcami nawlykajom wierszy przędziwo.

Wokoło motki wełny rozplątywane patrzom spod oka
Zwycajem, wedle zasady, jeden na prociw drugiemu
Dostajom zeza od ( za siy ) patrzynio
Rymy rozbite w ślepym zaułku wątku akapit.

W lękliwych słowach myśli ubrane w ozdobność języka
Zdania kwieciste w inności skargi dzikiego wyrazu
Wśród rówieśnianych dokonań w rozterce bledne na twarzy
Bez poklasku i wsparcio, długo jest droga do pokłonów.

W ciemnościach wiedzy powieki syroko ozwarte
Na wschody, zachody, patrzom z nadziejom domyślnych pragnień
Majom tyz swoje kąty, kany schować siy mogom
W cieniu zabocynio siy kurcom i więdnom

Bez wieńca z lauru, bez pokrzepy i mirtu
Lezom ufne na stosie w niewygodnej pozie
Arkom przymierza pomiędzy drzewiej a dziś
Trombity – gotowe – trzymajom przy ustach.

Jan Kes …

Na moj dusiu, zanim wchłonie nos ziym (chodzi o gwarowom poezje)
Jan Kes, nojchętniej siedziołby cicho, nicym zogłowek w biołej izbie
nieme kowadło, co od trzech dekad w kuźni nie zadźwięcało,
abo ozduty ( sędziwy ) miech, co zawstydzony zamknon powieki
i sepce w przestrzeni ciszy ( w zjawisk obrocie ) zasnon na wieki.

Ino ta ręka, ta (stfora z palcami) nie potrafi usiedzieć w pomroce
syćkie uzdajane ( wiyrsyki ) biere do palcy i chować pocyno
upycho po kontak, ponieftore wsturzo do suflady …
moze ik kiesi, ktosi ( weźnie do gorzci ) uchroni abo przecyto …
wnukom ( hań, naprociwko okna ) wtej – kie dziadkem ostanie.

Jan Kes, nojchętniej dar by siy ( z furiom ) w niebogłos ujodoł
coby ludziom nie zbrzydło – – – to co on rod widzi ( ukochoł ).
( przecie chodzi tu o naskom poezje gwarowom ) ?

Jan Kes, nigdy nie powie co myśli do końca,
pełen zażenowanio w temacie ceko cierpliwy – nie od dziś …
przestołby lawitować ( poeta ) codziennych obrazów
zdysany z zatrzaśniętom gymbom – Jan Kes – chyba …
zakońcyłby swojom kariere ( poetyckom ) ?

Myśli o tym w świetle gwiozd, drożniony przez ksieżyc.
kciołby wydać ksiązke, ino wie ze siy nie udo – bo Jan Kes,
nie jest typowym przykładem poety w glorii ( przełkiętym )
choć nie wie – jaki jest typowy ?  Ale wie – ze to nie on !

Ku temu trza mieć znajomości, znać siy z krytykami,
z poetami walcyć na słowa, na gwarowe pięści, 

( ino – Jan Kes – tego nie kce ).

Rod widzi obserwować gwiozdy ( innych ) profile poetyckie
Ci, co roku wzlotujom, wydajom nowe poczytne tomiki,
co kwartał – dostajom nagrody, wyroźnienio,
odbywajom tysionce autorskich posiadów.

Jan Kes, myśloł nawet – coby uklęknąć i błagać …
( Przecytojcie … nie som chetki beznadziejne ) …
Ino nie kce usłyseć . . .  Stój w rządku !
Moze kiedysi zacnies pisać dobre !
Jan Kes zrodzon z rozsądku, nie poruci pisanio,
zbierając warkocz słów w poplątane myśli.

( pasterstwo na holak siy pominyno ) …

Drzewiej
kosarzono
tu owce

niek
świadcy
moja pamięć

zaprzepascone
szałasy
odchodzom

przesłość ulatuje
sprzeniewierzono
historia.

Własne wspomnienia . . .

Mój lud spod Tater, śpiewający swoje wrażliwe pieśni ( ślebodne ) dające ulge.
Obyczajne w stronę gór ( przyśpiewki wierchowe ) ramie w ramię rodzinnie.
Niebo w naturze jest takie czyste, że widać wszystkich bogów !
Modlimy się do biblijnego, zginając kolana przed jego niewidzialną mocą.

Mój lud ( tradycyjny ) użyczający swojej wiedzy latom na tatrzańskich halach,
Latom, minionym wstecz i teraźniejszym. Być może tym latom w niesławie,
( sześćdziesiątym ) kiedy to wraz z kierdelami owiec z hal – wyrukowani . . .
Aby ukraść im to co zasadzone, by stępić tradycję, uczynić krzyż niewidocznym.

Zabrali światło naszych oczu, wyplenili śpiew z naszych gardeł !
Zdalnie sterowani – próbowali odebrać modlitwy. W nawach kościelnych
rozsądek w ufnej wierze. Szerokie usta kwintesencji gdy niosła nas procesja.
Aby, jutro było w kształcie człowieka. Uczyń, aby świat się odnalazł taki, jakim był.

Otrzepać kurz z duszy . . .

Do kamratów z szałasu na Siwej Polanie, od muzyki i tańca wokoło ( watry )
Ozwodnym krokiem, drycnie do majestatu serc ostomiyłych pasterek.
Były wtej lata pełne zamętu ! Chodziliśmy do szkoły, aby się uczyć,
jedno za drugim. Pytania bez odpowiedzi. Wspominając zahukane godziny,
kiedy odkryliśmy że, jesteśmy zbyt mali i nikt się nami nie przejmował.

Do honielników, juhasów, dziewcząt, którzy pomimo wszystkiego wydorośleli,
by stać się mężczyznami i kobietami, śmiać się, tańczyć, śpiewać,
bawić się, pić, sławić swoją religię, obowiązki przekuwać w sukces,
żenić się, rodzić dzieci, a potem umierać na przeróżne chorości,
skręt kiszek, suchoty, anemię i lincz tamtych czasów.

Za ludzi z hal wydziedziczonych, pozbawionych dziedzictwa, nieszczęśliwych
Ludzi, wypełniających stanowiska w kabaretach moralnych. Kieszenie innych
Ludzi, potrzebujących nie chleba, butów, mleka, ziemi, pieniędzy
i czegoś – czegoś całkowicie naszego. Tak . . . Ja też się tym wzdrygam.
Ja, żyjący chwilą w której przypominam sobie stare stulecie.

Chwile wypełnione innymi chwilami . . .

Mój lud kroczący na oślep ugina kolana, szerząc skrzeczące teorie, marnując czas,
zżyma się i dąsa. Imprezy przecież nie mogą trwać wiecznie !
Zestresowany, pijący gdy beznadzieja. Kolejny dzień nieprzekonany,
przez dominujące potęgi, które górują nad nami w przestrzeni spekulacji.

Te słowa brzęczą w koszmarze ciemności . . .

Mój lud pochlebczo błądzący po świecie, zrozpaczony, zaniepokojony,
oszukany na rozdrożu, potrzebą pieniędzy. To świat trudniejszy do poznania
Zjawy, kryjące się przed domem. Przycupnięte w krzakach szepty –
fałszywego agenta i ból obcego kodeksu sumienia. W hałasie jutra.

Na kazdej ludzkiej twarzy, w każdym oku, morza litości leżą . . .

Lud stojący w kolejkach, wpatrujący się we wściekły los. Znoszą cierpienia,
próbują wytyczyć lepszą drogę od zamętu, hipokryzji i nonszelancji
Przekonaniem, próbują wytyczyć lepszy świat, który pomieści wszystkich,
Wszystkie twarze, wszystkich Adamów i Ewy, ich niezliczone pokolenia.

Narody żyjące czekają . . .

W powadze, niech powstanie dar. Niech narodzi się inny świat. Niech Pokój,
Pokój, wypisany będzie na niebie. Niech narodzi się pokolenie pełne powagi.
Niech ludzie kochający wolność dojrzeją. Niech zniknie horror i pieśni wojenne,
Niech, znikną pieśni żałobne. Niech, uzupełni miejsce i przejmie władzę

trzeba wypedzieć co siy cuje …

Moje zdajanie
wiyrsykowanie
biere pocątek
nie koniecnie w głowie
( patrz dalej )
w sercu siy rodzi
stamtela wywodzi
echem słów ulatuje
na śtyry strony świata
obrazem wydarzeń
niedogodność
spaduje
jak kamień z serca
w mroku emocji
nie wydawać ( pieniędzy )

na bezdechu
stoje w zapatrzeniu
księżyca
na nieba krawędzi
blask meteoru
promień gwiazdy
bramą do oczu wnika
zatacza krąg
przez czas krótki
polotu dodaje
między nocą a świtem
wierszoklece
w zaułkach mej pasji
cobyś Ty
zacny czytelniku
myśli moje
mógł poznać

przyjaźń w poezji
szlachetnościom
niek rośnie
w majstersztyk
mową błogą
nienadaremnie
to dobry znak
od gór do morza
wiater holny
co poi trwogą
niebios ustronie
niechaj zstąpi
w balkonowe okno
(  pogłosce )
wierszyk przydługi
zrodzony echem serca
coby był prowdziwy
jako
spojrzenie w oczy
przyjazny
jako
podanie ręki.

O … 

Wiem o tym od dowien downa
ze ta cudowno siyła ( przygryzionej wargi )
w pozornym światle melancholii
sprawio ze moja ręka
kreśli ( przy-długie ) ułomne wiyrse

Żarliwie kochom ( Naskom ) skolnom ziym 
Nie ino temu ze, tu’k siy urodziył
w tej podhalańskiej dziedzinie
moi przodkowie ( haw ) pochowani
wyrostali z korzeni rodowych drzew

Dlo takik jak my . . . 
do ojcowizny przywiązanyk
do gniozda swojego ( nieodwołalnie ) wpleceni 
w Naski świat  – Nasa śleboda
nigdy nie bedzie zatrzaśnięto ( w klotce )
kwestia rodziny i wiary wrażliwość

Nie sposób ( do dziś ) powstrzymać tchu
przez to co wydarzyło siy kiejsi
w ościennyk nom krajach
te same zole przegrane losy
podobne ze sobom
zjednujom droge do serc

Hań na placu ostoł pusty ( w środku ) dom
bez reszty wypełnio oko sowie
zerkając krzepnom wymarłe ściany
w zimnym kolorze Tatry ( zaśniedziałe od sadzy )
i przysłość w coraz bardziej obce języki

złudę wieszczyli prorocy dlo gwary

Tak tyz ślubuje w ojców wierze
ze zodne zmanierowane myśli
nie wyryły siy ze mnie
po wse casy zył bede w szczelinie cienia
i nigdy insy z stela nie odyńde
nawet kie śmierzć przybocy se o mnie
z niemocom bede patrzoł jej w ocy.

blisko gór

rodzimy siy
rośniemy
miyłość do matki
do Boga
z młodym sercem
gonimy
do skoły
dorostomy
duchem i ciałem
do siebie
do zaufania
zbyt często
upór jest
w naszych żyłach
zanikajom
ideały
tracimy
grzysymy
zabacujemy
w miare upływu
na drugom strone
kolejne zycie.

Drogom ku wsi …

Starym rąbaniskiem, droga ku wsi siy wlece.

Wierch „Palenica”, co siy nad niom wysocy, ostała w dalece
Jako „god siy pełzo” po Budzówce, po Prędówce, kany łatwiej wiedzie
Grzęzawisko po dyscach, w zimie gołoledzie.

Od „burku” – niom ponoć jechała – Jadwiga ( węgierska )
Stąd miano tak godne dostała „królewska”…
Jedno jest pewne, temu daje’m wiary,
Homerników tatrzańskik – trakt stary.

Gwarnie tu bywało drzewiej przed wiekami
Karawany wozów zgrzypiały kołami,
Tulkały siy furki … wóz po brzegi wypchany
Od Ornackich bani, od Starej Polany
Do Kuźnic (do hut) królewskich z urobkiem. 

Droga z wiyrśków zakosami do opłotków wpadła.
Cas nie stoi, psota droge „zjadła”. Dróg nowych – krocie powstały,
Polany tradycji wse wierne ostały /bo prawo wołoskie/ w spadku dostały.
Tu, kozdy droge buduje do swego, zaś przy niej kapliczke frasobliwego.

Kaplickami zapleniło siy dróg nowych obrzeże,
Jakoby grzybami po deszczu, po hudobnyk kępach …
Markotni Swięci, styrcom na rozdrożach w swoistych mękach
Męka – na ukojenie – zbawieniem ludzkim być musi !
Zło panosy siy dookoła … do grzechu łatwo kozdy siy skusi.

Majówki – sporym krokiem nadchodzom, Polaniorze, chałupy odświętnie umajom. 

POLANY,
                     POLANY,
                                          POLANY !!!

Leśne wyrobiska, ugorzyste łany …
Dziedzina – piykno do cudu – Boze mój Kochany.
Biydno wieś goralsko – godom o tym czule …
Na skolnej ziemi płodzi – owiesek chwiejny i grule.
W uskoku ściana Regli wysokik, wsparto o dach gonciany
Słonko choćkiedy zaświeci, ogrzeje płazowe ściany,
Gaździnkom ogródek – malwami utkany.

W białej izbie – sosrąb, w leluje, w rozety rzezany …
Zakwitajom wspomnienia, skrzynia, makatki i kufer malowany
Z nimi spać siy układom, wstajem nie wyspany,
Bo mnie tyj ziemi głos – z daleka do siy wzywo !

Choć tam ( stopy )  po przykrych kalicom siy zbocach,
Tam – wizja scęścio – wse  tkwi mi na ocach.
Tam – bystre potoki, leśne urocyska, zogony i łąki
Tam – pieśni nadzieji wśród kwiecia, świergotajom skowronki.
Gacopiyrze nocami kołujom nad Polanami, trzepotajom skrzydłami. 

Ku – zogonom idom chłopy trowe siyc z kosami
Na przykre ugory po dziubiących ścierniskach,
Poprawianych nawozem z domowego ogniska.
Baby, bedom oztrząsać – rzodkie jak mgła pokosy ( grabiami )
Przypuscajom – co ik ceko ?  Nie dbajom – dokąd idom …
Gnani siyłom przyzwycajeń – ślepom i bezwiednom.

S y ć k o   i m   j e d n o – s y ć k o   i m   j e d n o …

Ocknon siy Swiątek z drzymiącyk pociorków ( kie ik na ścierni obocył )
Prawicom – znak krzyża ucynił – grzychy im syćkie wybocył.

Stamtela upór zawzięty, na krawędzi trwanio – przetrwanio,
Hań, wieśniane krety, pozbawione słuchu, rzędami kopce żłobiom. 
Przednówki w Polanach – prawie syćkie pamiętom 
Z wiesnom próżne sąsieki w piwnicach przemarznięte wykrowki. 
Głodne kury przy świetle dnia w plewach na próżno grzebiące  …
Koń, krowa i owce – na skromnej do przezycio porcji.

W złudzeniu krew bije wolniej, syćko zamazane i dziwne

Złomane przymierze. Prawo – nieprawnym – prawem siy stało !

Nastały casy, nie-za ciekawe. Mnóstwo rodoków w świat uciykało.
Ludzie na niby siy uśmiechajom – ale we wnuku, niedosyt skrywajom.
Godać siy o tym nie godało – nie narzykało – choć syćkim  – było źle.
Cemu tak było – kogo – naprowde boliśmy siy ?

Po orbicie codziennie pełzajom marzenia i pomysł szalony?
Nadzieja zawse – dwa mo oblicza – wiadomo – kolor zielony.
Szarość w skrajności ( dookoła ) dźwięk pustki dojrzałej – zawył
Mojom głowę wypełnio – rozchodzi siy po mnie – staro siy wydobyć,
Wyjść na zewnątrz ( nie umiołek tego powstrzymać  ) ale, on ino na to cekoł.

Znając swoje pragnienie – nie kciołek – coby ktosi znoł moje …
Były takie same,  wołały ( śpies siy ) z ciymnej głębiny. Kołysoł siy mój świat.
We wnętrzu otwiyroł ocy (do celu) zakasać rękawy, pocuć i brać.
W chaotycznym rozgwarze rzeczywistości, ja jeden z wielu, ukryty w kłębek myśli,                                                                          

Zadumać się nad przyszłością (nie tylko własną). Na horyzacie,
Zimny łyk tatrzańskiej nocy ( na oddalanie ) czerwony uśmiech księżyca.

Dziś, biel kartki i szelest nocy – to nić – na którom  nawlekom wspomnienia.
Coby siy wypłakały tęsknotom – okaleczony – cierpieniem słów.

Być może czasu, wyszumi siy łan …
Kiedysi powróce do rodzimych ścian,
Marnotrawny siy wróce z dalekiej tułacej drogi ?

Kościół w Kościelisku 

Na Szeligówce
w nieodmienionej pozie
tkwi wiernie
wyzdajany rękoma
miejscowych cieśli
drewniano budowla
Bogu na Chwałę
pomnym na pożytek

troche Witkiewicza
w podhalańskim stylu
wzięte z Młodej Polski
wieżyce w lęku turnic
rąk uniesieniem
wyciągnięte ku niebu
dłonie w błagalnej prośbie
niebiańskiej miyłości
oddajom pokłon
patronowi  Św. Kazimierzowi
w imię ojca …
napocętej budowy
piyrsego proboszcza
ks. K. Kaszelewskiego

różaniec płotu
kręgiem otocył kościół
figury świętych
rzeźby w sklepieniu 
tracące przytomność
przybite do ściany
spojrzeniem przykute 
patrzom na nos
ukrzyzowane ramiona
ciyrpieniem ukazać Boga
wszystkim wiernym
co w pokorności od lat
z ufnościom przynosom
tu swoje prośby 
i modły 
za bliskich i pomnych
dlo świata całego
dlo sobie samego.

Bądź mi ostojom i prowadź – Boze.

Dlaczego się modlę ?

W scenerii pogmatwanych dni jest droga
pełna planów od słowa do słowa
w towarzystwie ciszy nasze życie
w góralskich kapeluszach gdy słońce
niedzielne dojrzewa nad głową
spiętrzone drzewa wypluwają liście
pączkują w wiosennym przebraniu

                                                         Dlatego się modlę.

Chwila skupienia z duchową tradycją
rozkołysane dzwony z tkliwością świec
zmartwychwstanie głoszą
z kadzideł woń uduchowieniem
barwny korowód w przykościelnych alejkach
szpalerem donośnie – Alleluja !

                                                      Dlatego się modlę.

Ale kiedy zachoruje ktoś z bliskich
zamieszanie i ból wokół krzyczy
w cierpieniu zatrzymuje się serce
i lęk pod powieką duszę ogarnia
gdy łza z westchnieniem się łączy
podczas wieczornej zadumy

                                                      Dlatego się modlę.

Szpitale w nieskończoność
chcą dawać drugą szanse
gdzieś dalej szperać w monitorze
badać przyczynę niemocy
Dzięki Bogu, życie się wzdryga
wieczyste zadośćuczynienie

                                                    Dlatego się modlę . . .

Polany … [ kątem oka ]

[ tom ziemie w lasach skrytom, górskie kwiotki zdobiom ] …

Od Witowa – wiater duje [narwaniec] zzo wzgórza
echem borosy, na obie strony, gałęziami tarmosi
rozjusony despetnik wypełnio przestrzeń …
Na Potoku – kosiarzowi – kłabuk porwoł w powietrze,
gęba przeklino wargami, na skroni łysina,
wytarto rękowem biołej zgrzebnyj kosuli.

Nie precki, w Polanach, gwornie w Domu Ludowym
Potrzebne takie swoiste miejsce. Rok cały
pod Reglami dostojne uginajom siy smrecki.
Na Groniku śpiewajom – śpiew dolatuje dziywecki.
U Dziaduśki – len cuchrajom, skręmplowane kręmple,
w poświacie miesiącka ślebodne śpiywki, jaśniejąca radość

Cąstka natury; snopki owsa – łaskawie rodzi skolno ziymio.
W mendel (chłopski) źdźbła powiązane powrósłem
Na stajonku pokosy ku sobie wtulone.
Zapszałe kępy skał, skozane na wiecność.
W odległym zakontku źródło, leniwym głosem woda bulgoce.
Z pagórka ten pejzaż w dzikie głogi, Salamandra wpitwano.

Sowa ocy wyscyrzo. Nocami chałupy śniom oknami ku wiyrchom,
Wystyrmać siy (hań) fakły mrugajom, kołatajom bóstwa gór.
Ociężale drogom na Butorów, cłek siy styrmie z bijącym sercem
krok po kroku, łapie oddech deptajęcy zmursałe liście.
Pod rozgwieżdżonym niebem (skolami) cymbrowane studnie.
Opaterni gazdowie, góralskim zwykiem pośród rodowych korzeni.

Na gorsetak słonecne wzory (hafciarek) w carujące motywy.
Ze źródła siy biere potoku wątek. Lody topniejom
z wdzięcności się rodzi – wiara i watra …
Nów, ujarzmiony w półkosek, przez hudobne pola idzie
krzepko, kuśtyko, skolnym źlebem kyrdel …
Owce i krowy w stadle porannej rosy.

Z naturom siuhaj ku dziewcętom luko ( zalotnie )
Z wyskaniem wstały do dnia ( o świcie ) ostomiłe dziywcynta,
w odziywackach gaździnki, rade ciepło dajom.
Ludzie honorni, opaterni, od uprzedzeń wolni,
na cierpienia sposobni. Z obłoków i hól odcytujom ducha casu.
W skojarzeniu gór, odbicie światła wiary i świycka obok krzyza.
Z ufnościom ku kozdemu wyciągnięto dłoń.
Grzecnie w obce twarze uśmiechnięci, przed gościem na oścież otwiyrajom dom.

Skowronka śpiew, osnowom lata pnie siy w niebogłos,
Z wiyrchowym śpiewem piscołka kwili …
za bramom lasu, milknie wśród polnyk bratków.
Uchylone niebo i owsy źrałe, dotykom gorzciami
Skolnnej ziymi, dorodne kiści ocekujom żniw,
coby dać cłekowi mozebność bytu.
Na stromej krawędzi – Gubałówka i Gładkie,
patrzom na mnie ( zastawione płotem ) godzinami nie zawiyrom ocu.


PS. od lat ni ma juz pasterzy, odeśli – niscejom sałasy i sopy.

Telo ludzi pise o tym co cuje w zonadrzu zbierajom słowa
rzodkie chwile coby nie styrmaniyły siy w huściawie
pomiyndzy ludzi dopasować siy rymem nie labiedzić nie mamrać
zzo granicy odcumować wrócić do miejsca downego punktu wyjścio
wyciągnąć ręce ku watrze kolwicek siy ogrzoć i sajt do ognia dorucić.

Wołosi … Wałasi …

Z kierdlami owiec dotarli na Orawe, Podhole, hetki do Beskidów.
Wybrali, dzikie zarośnięte polany, holne pustacie. Po ceście w huściawie
Śli precki – Karpackim łukiem – wąwozem na klęckach naprędce krokiem
Ślad po nik siy ostał do siela – na zawse – chlubnym – pasterskim zwykiem.
 
Umęceni ( okrutnie ) trudami marszu z kyrdlami, śli w syroki świat
Otwiyrać furtki w obcym terenie z ukłonem spełniajom owiec powinność
Całe ik zycie to patos owiec ( nato ) dowodem cas im uciyko.. Baca, idzie przodem
Dlo stada nowe sykuje pastwiska, na pochyłościach (ubocy ) tkwi siana potrawność.
 
Skolno ziym z twardom naturom w ciągłej walce spękanych dłoni,
Owoce zbiyro. Trza jom użyźniać krok po kroku, kęsek po kęsku targać z lasa
Coby swyj trzodzie dać ( bytu ) mozebność. Cłek swojej doli nie wybiero.
Dobro rada ( obłaskawić wilka ). Boski głos podpowiado – tu, trzaby nom osiąść.
 
Wielgiej ( Oni ) doznali pociechy. Lud, prowadzony przez swoje wodze
Na zalesionej przystani musieli przystanonć, do insyj kultury przywyknonć.
Piąć siy z owcami w kozdy dzionek, nie gardzić losu kęsem chleba.
W pocie mozołu z ochrypłym głosem tłuc siy z myślami (zapuscając korzenie) ?
Tu, ostaniemy w tych borach na dobre i złe. Tu – jest dostatek – grzechocom słowa.
W Wołoskiej dusy mądrość i wiara ( kto rano wstaje ) . . . cłek postępowy
Przed nowym losem za pan brat ; lawiny, mrozy, mory, trwoga i wicher co siy nawraco
Przysporzajom kłopotów, duze płaty śniegu dawały siy we znaki – dzikie zwierzęta.

Wołosi – Valachi

Złotogłów i szałas …

Dorodny złotogłów

więdnie przy ścianie
zbutrzniały jyj tram

słonko siy schylo
za turnic granie
w przepychu gam

i takom cisko
jaskrawość cieni
to w przód i w zod

widokiem wśród
zielska siy mieni                                            

bacowskiej “koliby” ślad                           

Pospołu cyniom                                                 
na tle natury
rzodki dziś znak

wędrowcu
starający siy
poznać

(te naskie) góry

Był tu kiedysi
Wołochów …

P a s t e r s k i s z l a k !

daleko ode mnie …

Moje korzenie – hań na Podhalu – źródło
Wyrośnięte turnie, majom w sobie moc wrażeń
Na skraju urwiska, smreki pnom siy ku niebu
Zwały chmur, rzędem ponad Giewont
Mgielne welony zawiesone na Reglu
Tam abo tędy, dzwonków głos, uśmiychnięty redyk

Wartki potok, spadający nurtem szum wody
Na rykowisku jeleń z drzewa skórę obłupiył.
Z polotem w góralskie motywy haftowane bluzki.
Na rajcownych piersiach korale, wykołysane w tońcu
Do serca, przydusone dłoniom, majom kolor warg
Pogodność i wierność – skwapliwej niewiasty.
 
Nad ranem śnieg uwidzis – skurzone za oknem.
Dujawica, trzęsący siy z zimna zwisa sopel.
Rzut oka na klepsydre i kce mi siy płakać.
Migotajom powieki, łzy poza murami smyntorza.
W opuchniętej chwili, nieżyjących wspomnienia
Wsród pomijanych mnogości – lampki pamięci.
 
Jawnie, zadrgała noga i puls w rytm kroku …
Hej ! tam spod Tater – – – w paradnym odzieniu
śpiywający horyzont i dwa końce ziemi obiecanej.
Na przedmieściach wzlatujące samoloty, zostawiają ślady
Ku niebu moje spojrzenie, przez lądy ( za ocean )
Na przedramieniu ocy i ręce w modlitwie splecione.

* * *

Boze …
Ten krzyż
Co stoi przy drodze
To mój drogowskaz.

Tyś …
Mnie prowadził od dziecka
Ucył
Jak świat i ludzi doceniać

Z Twojej łaski
Hole i Regle
Pomiędzy dniem a spoczynkiem
Mój siódmy krzyzyk nadzieji

Tobie …
Zawdzięcom dni scęścio
Radości i bólu
Do bram * Zmartwychwstania
zaprowodź !

* ( Zmartwychwstanie – to nazwa chicagowskiego cmentarza )

Przeminyno z holnym                                                                            

( krok za krokiem ide z otwartymi oczami posród 6 pejzaży )

( drzewiej na targ – gaździnki „targały” kosołki w brzemieniu )

1.

Cyrniawa – – – ode’dnia – – – frustrujące kolory
i lejba – błądzi w dzikim triumfie ( niewiarygodnie lunyno )
Na horyzoncie gór – plątanina dyscowyk chmur. 
Leje – – – ( jak z cebra ) w kwiotków polnych łany.
Ogniste łuny b-łyskawic i gniywny gromów rytm.

Po trzykroć z łomotem – całom noc – dudniało.

( piętrzy siy woda – – – psa wygnać skoda ) !

Zopaskom siy przy-oblekła, wylewnom chmurom
Dysc – – – natrętnie po gębusi ( jom ) chlasce,
Zacino, s’poza chmur syćko – lęk budzi bez światła !
Orawskim wiatrem s’pod Babiej Góry siy troi . . . Wrota,
Po-otwierane na ościyż. Wałami mgły otulajom poranek.
Z jarugom niepogód – – – zawitała – – – tatrzańsko jesień. 

2. 

W kalendorzu – ( nić babiego lata siy strzępi ) …

Scuchrano wełna ( z podołka ) nawlekano na kądziel.
Zlizanym palcem gasnącyj tradycji. Słychać słowa –
wplotane do wiecornyk pogwarek. Noce som rychlej mrocne 
i wioskom siy przykrzy ( do cna ) zerkać – na góry senne. 
Bezradnie dźwigając ( skrępowane) dziedzictwo.
Na kolejne lata ( syćko ) na jednom karte – postawić. 

Z redykiem zajaśnieć – – – to dziś wysiłek nie-lada …
Znak, dawany od niebios, zwiastunem downego zwyku.
Skarb, pastersko historia ( co nie umiała wyjść poza obręb )
Padła łupem przyrodników. Od siela, do dziś, na ubocu grzęźnie
i nicym siy nie scyci. Hole, zbyt łatwo posły – za psi grosz !
Ludzie, nękani nicościom, pocyni wieść żywot – krzywdy.

Drycniej – pomiędzy opłotki ( śmielej ) to taki mały raj sąsiadek 
W zasłonach okna – spoza szpaleru firan ( jakozby ) nie zajaśnieć; 
– kaszmirowy szal – jako magnes przyciągo – odgłosy zawiści
– gorset ; haftowany siutasiem – niekze’se kumy po nim poźrejom
– niek’ze im oko zbieleje i ( gały z orbit ) im wyńdom.

Złe szepty, nadęte lica zozdrości, przysłaniajom gaździnkom widnokrąg.

3.

W dyrdy – popod Uboc i Gładkie – serce tłuce siy dziarsko
Wiaterek od hól ( w jesiennej pożodze ) gałęziami tarmosi. 

Błachostkom - pory roku. Stopy cichacem wciśnięte pomiędzy skole. 

Po letniej lejbie – wyrwy w poprzek spękanej drogi …
Nogi spętane – takie nie swoje. Ponad kolana wywinyna spódnice – tak po bozemu.

Tak siy zagibajom – niewiasty z gór. . .

Stąpie zwinnie poza wykroty ( przyjaźnie lasem ) zaś polana,
i brzeg spadzisty w poprzek siy szyrzy – ( kiełsko ) nima oparcio.
Koń ( cukowac ) wsparty na dyślu. Przy drodze, jabłonka kaleka. 
Pod mostem, woda bulgoce w przymulonej gardzieli siy piętrzy.
Nieznośnie w gardle ( schnie ślina ). Wargami przygryziony język,
Ostrzy noń zęby – Naski świat! – zasłanio siy dłońmi – ludzko przywara.

Nad mętnym potokiem ( joscorka ). 
W igliwiu żmije przycupły z kroplami jadu ( we wnuku ) ozdwojony język.
Pełno ich dookoła, cuwajom w czeluściach. Błahostka.
Przyjezdnym siy widzi barwny strój. 
U gaździnek, stopy (boskiem) po trowie szelescom.
Dzień krótki, po nocach śniom siy koszmary.
Chmara ptactwa poderwała siy do lotu. 
W zachwycie świtu ptoski, strzępionc swe pióra, pocyny opuscać gniozda. 
Labirynt samotnyk domów, wnet wstanie ze śniska - jarmacne miasto. 

4.

Nogi sunyny po docondranym gościńcu. Niebo bez księżyca,
Ku niepokornych przestrodze, nieprzyjaźnie zadygotały dźwiyrze . 
Surowo potraktowane śturchańcem, posępny dzień ( eksmitowanych z kryjówek ).
Postrach niosący funkcjonariusz ZOMO, dziś ( emeryt ) rękę wyciąga.

Wsędobylskie mgły siy ścielom – – – hetki ku Polanom ( wał ) na tle Regli.

Przystanon (skojarzeniem) zawahoł siy iść. 
Od Krzeptówek (odwracając głowe) coby wzroku nie splamić na ( G ) ”Goralenvolk”.
Ta niecność ( niegodziwościom ) wspomnienia w szmerze złorzeczeństw.
Powietrze pomiędzy wargami, stłumiony gniew. Kolejny ( PRL ) owski – 
koszmar - nie do ziszczenia. Niebo, ciece (nicym dziurawo konewka). 
Dysc, strugami ociyko po wizerunku. Naprzeciwko, obleśne kamienice 
rządowej klasy (obietnice). W ziymi siy zapadujom (zgarbione) ludzkie marzenia.
Wsędobylskie mgły siy ścielom - - - hetki ku Polanom ( wał ) na tle Regli.


5
gradu biciy … ( z przekleństwem – koniec świata ) …

Pod ofiarnym cięzorem brzemienia – skulone ramiona
W chuścinie ( syćko wetknięte ) pomiędzy – tkwi,
w boleściach dzień. Drętwiejom ramienia gaździnki.

Maślonka w obońce siy cholońto – cięzoru przysporzo, 
śpuńtek – w otworze nabity, sumiennym ( trzopem ).

Przewaluje siy brzemie ( płodem ) obarconej niewiasty. 
Ciąży majdan radości – utropieniem ból w krzyzu,
Iście boski ( bez ulgi ) śtyry borynki – ustawione rzędem,
Zapięte pętelom ( na klynconcku ) modlitwom siy końcy.

Dwie kosołki ( ciasno we wnętrzu ) upchane jojkami –
świyziućkie, przeźrocyste ( bedzie ik moze ) pół z kopy. 
Gdokajęcy ( przed wiecorem ) kury ik zniesły w sopie. 

Okopiasto w syrzynkach ( dobytek ) poupychany –
po środku – jojka – opatulone w króźlicku – skarby ukryte
w gęstwinie serwetek – ozeparło siy masło. Potela –
syrek od owcy ( cieplutki ) z domiyskom krówskiego mlyka. 
Udoj w syrzynie ściśnięty ( nieśpieśnie ) ociyko syrwotkom – 
śluzem nasiąknięto – haftowano ( przez babke ) serweta. 

Na obłap – podhalańskie dziedziny. Tu, swoje jarzmo dźwigo cłek. 
Na pośmiewisko. Z kominów odurzające wstęgi dymu ( odmęty ).
Skażone powietrze. Smog i smuga sadzy ( wasa mać ) na zogłówkach. 
Od doliniorzy, płynom na nos skargi. Klimatycne - odebrać nom przywileje. 
Dzień w uwikłanym wyznaniu. Kalekie pytania - strzelyły im do łba. 
Na scytach władz ( paradoks ) dzierzy rządów ster i nikt im nie podskocy.
Gwara - karkołomno z chropowatościami - (pośmiewiskiem dlo miasta). 
W nagłośnionej wrzaskami remizie ( toniec z uciechy ) klaskany w ręce. 
Z uśmiechem nóg ( dziki ) w szale pocynań. Potok krzesanych ( do rytmu ) nut. 
Rozchodzący siy w kręgu zachwyt gór. Przez okno, wylatuje muzyka. 
Z żywiołem - kobza -  nadęto, pęcnieje od nut - sabałowych - wiyrchowych, 
Rzęży, kobza ozdarto ( piescono do bólu ) w poru miejscach kunsztownie zesyto.

W tutke zwinięty na języku liść, radość budzi w sercach (goralskim reggae). 
Wedle, starego zwyku. Kiść podstolu, wetknięto za kłabuk i przebojowe chwyty, 
Prądem nabrzmiałe dygi i palce hipkajom po strunicach.
Ludziom z gór, spod kierpiec siy iskrzy. 
Do wtóru - - - ponad wylewność - - - pobrzękuje bas,
łkającom mo duse. Zawarte - prymisty powieki.

Mroza - Lepsioka (wnęcek) - Władek Tutka z synami drobnom zacino !
Smycek, rytmicnie galopuje pod noge. Na miare casów ( naskie i obce nuty ).
Na płaśni - Tutków - góralsko realność

6.

cały majontek 

Zza firan okna i framug
wyśnione powietrze
i czar dzieciństwa
mom przed ocami
echo co leci w przestrzeni
śpiżowe dzwonki co zbyrcom
z wieśnianym zapałem
miyłość odżywo
i ziymia kiełkuje
wnet na polany
wyńdom bacowie.

W głębi wąwozu
wielbiony Naski świat 
ideał nas w parzenicach

jest nom do twarzy
tłumy krocajęcy po zrębach 
majom nad sobom wyżsość gór
pnom siy ku scytom
som – worci – tego
hyr – niekze siy niesie.

Ciepły u Tutki …
na sztaludze szkic
i słabość do pasteli 
poorane bruzdami pola
żółknom wysknięte kopy
i dom po tamtej stronie grapy
w kolorze sieny pyndzel artysty  `
zno trzepot orlich skrzydeł
górskiej kozicy przyzwycajynia
serc nasyk maluje – wspomnienia
nojzwyklyjse rzecy

Naskiego zwyku codziynność
z fantazjom piscołek 
z trombitami tupkanie
w rytm korzeni 
śpiewka za śpiewkom
dajom o sobie znać
dusa płynie w nowym kierunku
i puls ( tyj ) ziemi echem siy niesie

na płaśni grajom
Trebunie – Tutki 

PS.

obrazkowo patrząc na szkice i malowidła – Władysława Trebuni – Tutki …  ”Przeminyno z holnym” – to temat … o naskim świecie i cymsi insym w poślizgu kropel po klepsydrze, taki – podwojony tryptyk w sześciu sztychach.

z Gubałówki na Krupówki  …

( z Gubałówki na Krupówki szusowałem sobie raz
– narty niosłem na ramieniu i to przez cały czas )


Ześliście siy tu  po nic ( chyba ino ) wzbudzić pogarde prowdzie!
z oddali – doniosłym głosem – gaździnka w serdoku i tybetkowej smatce.
Ozpajydzono do imentu – kipi złościom z ocapionyj siyni !
 
Oni – – – tyz tu ?  Po diaska ?  (pokazuje palcem na zorganizowane gminne gremium). 

Nase i dzieci – – – chaw som nase mapy – – – w kuferku ( zwinięte w rulon ). 

Z nadanio po dziadkach, od Ojca w ( spadku ) majątek. My haw jako – monady !
 
Bicie piany z deklaracjami praw cłowieka ( cynicie ) nalot na demokracje !
Na przyzwoitość obywateli – – – ( dziś to takie typowe ) – – – zniewolić naród !
Hej !  Hej – se ino ! – Coby my siy nie musieli – włócyć po sądach !
 
Kozdy zamiar dzisiejsej władzy jest jak zabłąkano kula ! Byle na przekór.
Po próżnicy ( wase ) obziyranie posesji. Spektaklem ino ( wase ) deptanie trawy po zogonie ! 

Coby ino – odseperować prawde w mozaice ( wasyk ) pokręconyk uchwał !
 
W wirze rozsądku ( nakurzyło – naduło ) ze hej – Luty – schowoł siy za Gubałówkom! 

Zima udała siy śniyżno – ale ( ino hań ) na Białce – narciarstwo mo sens! 

Tu ( ojcowizna ) koze stoć w ( kolejce PKL ) z nosem przykutym do syby!
 
Kozde, takie zdarzynie jest zyngrom ze żaru – co spopielo włosne poglądy!
Dziwacno myśl ( prawo ) wstrzymane przez rodzinne zaparcie.
Tak cy owak ? Shańtela ( dołu ) ni ma siy jako wrócić – ani na nartach pospuscać !

Pamiętom…

Piec był ze skoli, sajtami, syskami – siy hajcowało
W zelezioku na blachak warzyło siy strawe
Bryja sapkała ospale – dzwigała pokrywke.
 
Na drugim końcu framugi parzyła siy siecka
Śturkajęcy zagiętom kociubom, przetykało siy rośta
Tysiące, wyłuskanyk zingier, zasypiało w popiele.
 
W tej samej cornej izbie ; bliscy zaludniajom pamięć
Jak jeden odeseł – na jego miejsce pojawioł siy drugi.
Zawse ktosi musi przezyć ( coby ) dzieci na świat wydać.
 
W potwornych mękak ( w sobie ) cekała na rozkaz boski
Przez mgłe patrząca w dal ( kiedy Mu ) przydom chęci
Swym wpływem siy zaskarbi – – – po trzecim – – –  cworte !
 
Od powały zwisała ( zaklyscono ) w tragarzu kołyska,
Do dziś jej echo zyje – umiyłowanom śpiywonke nosi.
Płazowe ściany. Od nocy do nocy – kołysanki – lulanki. 
 
W bladym świetle gajsowej lampy – święte obrazy
Osobiste bogactwo ; proste drewniane półki, półmiski
Pościele, wypchane słomom sienniki, kilimy, makatki.

Układ …

Synu; gazdowke co jom kces dostać w spadku
Nie ostawioj w takim opłakanym stanie …
Za oknem zycie uwijo siy ( wartko ) pre do przodu
Nie zatrzaskuj dźwiyrzy – miyj chęci i odwoge.
 
W wieśniany cas, chyć za pług i głębiej przeoroj
Spod owiec wykidoj, wywiyź i wzmocnij rodzicielke
Pod piyrsom skibe, zakopoj poświęconom bazicke
Przed miedzom, okopoj fose, poukładoj skole na kępe.
 
Wrony, śtyrnadle, przeganioj z rajskik jabłonek
Z porzecek – wytnij zbędne, poplontane gałęzie
Dopuść słonka, wzbogać zieleń, okopoj grządke
W dobrej nadzieji ( posiej ) zdrowe, świyze ziorka.
 
Idź, ku potoku do źródła, gieletom zacerpnij z nurtu
Przynieś, krystalicnie cystej, nieskażonej wody
Uklęknij, wznieś ocy, zamocoj wierbowom gałązke
Pokrop, poświęć, okadź i wygnoj z kosora złe moce.
 
Być dobrym gazdom, bacom pasterzem, juhasem
Choć mogom niekiedy przytrafić siy casy zgryzoty
Kie w Reglu, przerzedzom siy zasiedziane drzewa
Trza siy pochylić ( z chęciom ) wse mozno siy dogodać.
 
Nie boj siy ( jądrowej zagłady ) ani płynu na chwasty
Zbiyroj plony, wytnij krzoki, chuścioki, wyromboj miyrwe.
Brak jarzyn, witamin w diecie do walki antyrakowej,
Osłabio kręgosłup moralny, Być wse po włościwej stronie.

Oscypek, bryndza, zyntyca …        APK – 2002

Bacowie … jest źle … śkaradniy
syćko siy we mnie kotłuje
cemu nic nie godocie …
cemu zoden siy nie obezwie ?
 
patrzeć na to ni-moge …
tak dalej być nie powinno,
musiciy syćka razem siednąć
obowiązkowo ustalić reguły
 
wniyść zgode – zawiązek z serc
w kozdej godzinie urodzać mądrze
biada tym co kcom zawładnąć
oscypkiem, bryndzom, zyntycom
 
bodej ta kany wse ( bieglyjsy ) winny
wstyd i nie peć na to co jest dosiela
sytuacyjo brzmi skandalicniy
roz na zawse musi być zdefiniowano
 
nie-wyobrozalne 
coby ftosi se umyśloł
i cichacem opatyntowoł
a potem śmioł siy zza rogu sałasa
z terminologicnej nieporadności

ni moze tak być …
od wieków oscypek jest
baców i gazdów wytworem
pastersko to tradycjo
niezręcniy zagrozono
musimy se wyjaśnić
co jest fundamentem ?

Ludzmierz …       

( na śtyry zdrowaśki )        śp. ks. Tadeuszowi Juhasowi
 
 
1.
 
Słońce niebo farbuje, kolorami spada na ludowe stroje
Na gorsetach puls kwiatów, wydźwięk i pieśń żywą logiką
Wiara w zakamarkach obcuje i własną obecność podkreśla
Na krawędziach pól tłum ludzi idących dostrzegam.
 
Kwiaty lata co wzeszły z wiosennym deszczem
Chłodne powietrze u podnóża Tatr modlitewny śpiew
Zwiewną nutą pod nogi na szczyty gór się wspina,
Ku niebu wydźwięk basów i z gęśli płynie modlitwa.
 
2.
 
Moja dusza skrzydlato w przesądy i ukłon dlo ojców
W konarach rozćwierkana plejada w pejzaż wpisana.
Od Ludzmierza ku Tatrom lawina wspomnień i groby
W wiecznym spoczynku czuwają spojrzeniem ku Wierchom.
 
Moje korzenie wystają z ( Tej Ziemi ) latami wspomnień
Nie przypadkiem tu jestem znów i moja dusza młodsza
I góry widziane po tej i tamtej stronie odgłos domu słyszę
W każdym zakątku dzień taki szary i dzkość halnego sroga .
 
3.
 

Z kopulastej wieży na przełaj słychać dzwony. Na Anioł Pański
Modlitwa i serca bicie. Gdzieś echo woła uczynkiem wiary. 
W siną dal wiatr tęgo wiał naszym przodkom gdy ziarno siali.
Z otuchą blasku przed deszczem suchy kamień oplątują korzenie.
 
Dzwonki owiec zbyrkają (hań) na polanie opary dymu z szałasów, 
Po łąkach krokusy się stroją w fiolety bajkowej fantazji. 
Na skalistej ziemi gorliwie się modle – boś Ty naszą ostoją – Najświetszą. 
Posłysz z tej wyniosłej krainy ( stąd jak nigdzie ) najbliżej do nieba.

4. 

Po łąkach krokusy się stroją w fiolety bajkowej fantazji. 
Na skalistej ziemi gorliwie się modle - boś Ty naszą ostoją - Najświetszą. 
Posłysz z tej wyniosłej krainy ( stąd jak nigdzie ) najbliżej do nieba.
Ku krańcowi ogrodu idę do żródła w bieli kapliczek wytchnąć. 
Westnieniem zagościć wszędzie tam skąd niebo mówi do serca. 
Patrzeć trzeba i oczy przetrzeć trzeba i słowa umyć potrzeba, 
Z wiadomych powodów wyjątkowe to miejsce - Kogoś tu spotkać .

Właśnie tam

Gdzieś – kiedyś
Wiem, że na Podhalu
Niewielki skrawek
Mojej – Naszej ziemi
Był on początkiem
Wiosny kwitnącej
Lata, aż do jesieni
W zimowym zarąbku
Nocą i dniem
z otuchy krokiem
lecieć jak ptak o świcie.

* * *

Boże mój, nie pozwól
Bym był rzucony jak kamień
Złamany jak drzewo
Powstane
Tylko podaj dłoń
Nie daj nosić ciężkiego krzyża
A jeśli ma być
Daj krótką droge
Nie zawiode
Doniose do końca,
Tak daleko jak mogę.

Jestem z gór

Z którymi igrać nie należy.
Majestatycznych z koroną w chmurach
Mogą zwiastować złe rzeczy
Śmierć z rozkojarzeniem w ludzkiej słabości
Patrzą na wszystkich, którzy przychodzą żeby coś przeżyć.

Jestem z gór pokrytych śniegiem
Zaprzepaszczonej Hali, okolonej chwastami
Więc patrzę na jutro po ludzku
Na wieczność w niebiosach
Wszystkie kwestie przeszłe, teraźniejsze i przyszłe.

Uznaję ich boskie stworzenie,
Choć nie potrafię wyjaśnić najmniejszych cudów.
Narodziłem się z tej ziemi
Kośćcem czasu z elementów
Wiatru, deszczu, dujawic.

Jestem z gór ( góral ) ślebodny
Piórkaty w dziedzictwie poukładany
Zakorzeniony w języku gwary
Przestrzeń nękana w niegodziwości reklam
Ojcowizna wpadła w niepowołane ręce.


Byli chłopy, byli …

Mało kto pamięto
styrcące kamienie
ze śiutrowej nawierzchni
wyboistom droge
przez Nędzówke
Chotarz ?
Pod Śiarosiami
był las i pnioki.
Dziś hań jest
Ludówka !
Poeta – Nędza-Kubiniec
byłby pamiętoł.
Ojciec mój tyz …
moze jesce poru;
Bańscorz, Kloroś
Palider, Stasek Jacków
i Jasiek Sobcyk Kiernia
pewnikiem tyz !!!
Ale juz syćka odeśli
skolnom pyrciom
ku niebiańskim polanom.
Na pniokak se siedzom
wokoło watry
pijom harbate
małymi łyckami –
nie musom siy noglić.
Sobcyk – jak go znom
kciołby wzmocnić
herbacianom lure
krapkeckom rumu
okrasić
ino
troche mu głupio
i nie peć …
o tym godać !
Ale, opaterny Anioł stroz
Anioł – domyślny
hip …
bez Pysnom w Orawice
na słowackom strone
po kwaterke rumu
Hań …
nolepsy i toni !
Niek’ze siy naskie
chłopy pokrzepiom !

płony rok

dudła
postawili
na kulickach
nie otulyli słomom
skrony tego
zimom
pscoły
skapły
bezwiednie.

Przednówek w Polanach …


A tam w maju wspinajom siy mgły i smog osiado na kilometry
Z zakopiańskiej kotliny podążo za miasto ( dla zmylenio orientacji )
Ku Polanom sunom odmęty. Słonko prześwieca przez ciynkie nici pajęcyn.
Motyl w kolorach faluje z tuzinem barw. Na grzbiecie gór wzrok zatrzymoł.
Hań, na wyciągnięcie ręki – rzecywistość pocęto z korzenia i
ze skowronka, jako zwiastun w niebogłos siy wznosi ponad horyzont.

Śpiący rycerz z podobiyństwem cłowieka widocny z daleka
Metalowy krzyż ściągo na siy charyzme piorunów.
Na Sywarnym droga siy topi w nojgłębsyk kolejinach
Biyda po niej wędrować. W zawodzeniu sojki, plontajonce siy echo.
Dwanoście godzin poniewcas zniedobocka skurzył śnieg.
Noc, rozgorzała hajcowaniem. Od pieca dym wgryzoł siy w ocy.

O brzasku z podziwem śledzimy tatrzańskie granie
Mglistym welonem – spowite fragmenty skolnych ścian.
Fakt faktem, swojsko siy cuć na Przednówku. Sabałowe gęśle,
Schowane w rękowie łaskocom prymitywnym graniem.
Głazy urwiska i blady strach na pyrci. Juhasi idom z redykiem
Z radościom dzwonki zbyrkajom i owce kyrdla siy trzymiom.

Zmursałe krzyze, w dzikich głogach wplecione tysiące tajemnic.
Spadziste chałupy – ik scyty po zmroku ginom za wiyrchem.
Postrzępione wierzby w księżycowej poświacie. Rozkwitająco wiesna,
Grule rządkami, wsadzone skostniałymi ze zimna palcami.
Otupność udeptano pośrodku mogił – niedosyt smutku. Pod kopułom
W kolejce do Boga, spocywo świat ludzkich istnień.

Wiesna, ręcami macho w angielskim języku, werbalno Europa.
Bohema. Cy bedzie dobrze? Wystarcy oderwać kartke z kalyndorza.
Zegnając normalnść po przodkach, skośnym spojrzeniem przeciyromy ocy,
Nad mnóstwem splątanych ustaw, lawitujemy w głębokich EU sporach.
Nie syćko musi być biołe. Dzień wydaje siy być cęściom nocy.
Nie dla efektu, dni uciekajom, a cas jako cas, nie daje siy dogonić.

Zatrzymojmy siy choćby na chwile – ulżyjmy zbolałym nogom …
Przednowek w Polanach (na pokaz) góralski folk! Powiało poezjom,
Tu, majom swoje włosne kąty. Na schwał mądrość dobytkiem cenionym.
Ślebodo – usłys ! Twoja moc zwiastunem, nieśmiało uchylo dźwiyrzy.
Poźryj ino – jak gazda z gardła – śpiywke, za śpiywkom – wyrywo – “wiyrchowom”.
Jej sedno – na styku dwóch tęsknot, uskrzydlono z echem poleci precki.

I znowa majowo w Polanach … syćko siy budzi nad podziw, odżywo
Coby zdązyć wcas do jesieni. Liście zwiędnięte i zielsko siy łasi.
Pory roku – zmieniajom siy wersy, festiwale, turnusy, kolonie
Ludzie siy uśmiechajom ! Na rozściyrz, Polany majówkami kwitnące.
Polaniorze (jak drzewiej) tońcom zboja na płaśni – uchyceni za ręce
Z zawartymi ocami, cas siado cicho i łka, na wysokości orlich gniozd.

[ i tak co roku ktoś uznanie dostaje … za śpiew, muzykę i to – co z siebie daje ]

PS.
Przednówek, to wydarzenie regionalne. Ma przypomnieć dawne zwyczaje pasterskie górali.
W czasie imprezy góralskie grupy muzyczne występują na deskach Domu Ludowego na Chotarzu w Kościelisku.

zokopiańskie fanaberie …

1
Sabała, wiedzioł jaki bedzie świat, za jakieś dwieście lat
z koniecności zbudujom nowy świat
z odrobinom metafizyki.

2
Zbójnik Mateja, zostaje warunkowo zwolniony z Wiśnicza
za dobre sprawowanie i scyrom chęć poprawy …
tej samej nocy jego zbójeckie ocy obudziyły siy coby zbójować.

3
Symek Polowac, dezerter z austriackiego regimentu
cichym był chłopem i nigdy za duzo nie godoł
całe zycie – samotnie w grocie przesiedzioł.

4
Witkacy, był literacko ciężki, pod względem psychicznym
nie potrafiył uniyść włosnego cięzoru … przez co
musioł pogrzebać swojom wyobraźnie.

5
Klimek Bachleda, król przewodników tatrzańskich
jako cłowiek z natury przemiyły, wse syćkim serca otwieroł
zawse obawioł siy zimy, bo była to pora zastoju.

6
Jadwisia spod Regli, tak bardzo siy do nik przywiązała,
ze sama nie potrafiyła rozwiązać swojej wątpliwości
zapragnyna odnaleść kluc, fakt taki dowodzi – ze śniła !

7
Maryna z Hrubego, piętno późnego dziewictwa
rozwodzi siy po roz trzeci, ale juz jutro …
ośmieliła siy zostać – młodom paniom.

8
Pod Lipkami, siedzi dobrodziejka, lubieżność drogo
pośród tysiąca jaśnie wielmożnych fantasmagorii
załatwio wizy-ty, coby chłopcy nie musieli iść do wojska.

9
Janosik Nędza Perepeczko, w głowie mioł całe Tatry
pod gołym niebem biwakowoł, groł na Organach, na Stołach
tońcył ze starymi wiedźmami … ino jakim ( On ) godoł językiem ?

10
Ratownik w Mylnej Grocie, szantażuje zwiydzających „ceprów”
ze – jeśli sowicie nie zapłacom,
to – nie wyńdom z tego labiryntu.

11
Latawica, mo w sobie małego ciorta, jako dowód
na degeneracje, pokazuje syćkim złe oblicze …
zamiast gasić – ozpola zmysły.

12
Potomek z Rodu Gąsieniców, na parkingu w Kuźnicach
sprzedaje miejscówki na Kasprowy . . .
po atrakcyjnych cenach

13
Jegomość Stolarczyk, wymyśloł zbiorowom pokute,
w parafii grasowała niekontrolowana miyłość
nie dało jej siy wyplenić – zodnymi nakazami.

14
Janosik, dokurzył fajke nabitom ( habrykom )
zadźiyrzgnięty na hoku za poślednie źiobro
obciążony występkiem – jego dziyń siy pomalućku wypolył.

15
Ziemia, zatrzęsła siy tak jakoby miała pęknąć,
zrozumioł wtedy Sabała, ze los siy do niego uśmiechnon
ze, świat idzie naprzód, a mioł siy obracać.

Limeryki z polaniarskiej dziedziny …

Z kościeliskiej Rady członkowie
budżet gminny postawili na głowie
wzięli forse z kultury
załatali nią dziury
teraz mogą świętować ( na zdrowie ).
 
z Wojdyłówki był rodem ów człowiek
traktor miał i jeździł jakkolwiek
policjantom z drogówki
dać nie chciał łapówki
jako sołtys miał władze gdziekolwiek. 

z Budzówki szczęściara nóżkami drobi
lubi po prostu gdy mąż jej to robi
nie kończy w połowie
on, końskie ma zdrowie
on, jej po prostu – ( naj ) robi.

pewien Karpiel – mówili mu Janie
często wysławiał siy “ moćium panie “
czy zima czy lato
powtarzał i za to
w pamięci się naszej ostanie.
 
w pod Sywarnym zrobionej zaporze
pewne dziewcze siy myło w pokorze
a w potoku – kochani
woda była do bani
więc dziewczątko stało sie hoże.
 
z Blachówki końca dolnego
nie mógł z pannami – ten … tego
gdy już z żona nie mógł także
nawet po tej słynnej – Viagrze
samotnym siy ostał i nie ma nic złego.
 
do Kościelisk przyjechała dziewucha
przed witrynom stanęła … ale’m ja sucha
kumplowi z wycieczki wrzasnęła do ucha
a oznaczać to miało, że jej siy pić chciało
a w GS–ie brak piwa, trunkowa jest tylko siwucha.

Nie młoda już z Karpielówki Donna
zalotnikowi oddać siy była … nie skłonna
gdy nic nie wskórał swoim urokiem
na wskrość postanowił … przeszył ją wzrokiem
i padła, wobec tej broni była bezbronna.
 
Panienka pewna z Gronika
nigdy nie nosząc stanika
goła stanęła w całej swej krasie
i tak stwierdziła po długim nie-wczasie
jam, bez wrażenia – ogarneła ją wielka panika.

Raz „ sex bomba” z Nędzówki ( sto pociech )
zakochała się strasznie w pilocie
wojskowego bombowca
lecz niestety ten łowca
porzucił ją – przy następnym nalocie.
 
Jeszcze inna ubrawszy trykoty
chciała z wozem bojowym piechoty
nic nie wyszło z jej manii
w tak zgęszczonej kompanii
jest nie sposób uniknąć głupoty.
           
Z domu Różak miłej Róży
z rożowatej róży wróży
szczęściu sprzyja czysty róż
że zbyt rzadko no to cóż
repertuar wróżb ma duży.
 
W tygodniu z Czajek księgowa Gienia
niedobory liczyła państwowego mienia
w niedzielę i święta
stale była zajęta
błędami we własnym rachunku sumienia.
          
W Kościelisku ksiądz raz powiedział – grabarzu
hultaju – kilka drzew trzeba ściąć na cmentarzu.
Grabarz śpiesznie, siekiere i piłę wziął giętką
ściął trzy smrecki, dwie limby – dość prędko
i z piersiówki wziął łyk dla kurażu.
 
Z Pitoniówki dziadek z ochoty
gdy nie miał już nic do roboty
szczęśliwy – siadał i dumał
jak mało potrafi – nie kumał
więc pisał świadomie głupoty.
 
APK. ma zmarszczki na twarzy
siedząc przed lustrem golarzy
dostrzegając swe blizny
zamykał oczy z wscieklizny
trza zabliźnić banałem drwinkarzy.
 
Strasznie wielki jest ten świat
liczy sobie setki lat
góry, lasy, pola, rzeki
i horyzont tak daleki
świat to wielka niewiadoma
nad nim dziura ozonowa.

Codzienny trud . . .

Trzeba odcisnąć dłoń ( pospołu z babom ) na łąk kwiecistych kobiercach
Na progu września grzmią wylewne chmury i kępy brwi marszczą. Opodal
Szczeka pies. Spłoszone wróble na czubku topoli. Zagonom łuskajom się owsy.
W mendlu snopki (na bosaka) powiązane na obłap (lgnące pod cepy) jesienią
 
Polną drogą maki ucztują. W ogródkach świat piękna. Malwy strojne
w szafranowych sukniach. Omieść wzrokiem – – – ( studnia garbata ) –
z wyłamanym zawiasem. Na ociosanej podmurówce – postawiono kościół
w strzeliste wieżyce. Tutejsi – szczęśliwi rzędami w ławkach ( duszno ).
 
Deszczowe niebo. Niedzielny odpoczynek i pacierz przykładem dziecku
Dzwon na Anioł Pański tkliwością wiąże obszary. Spiżowym językiem,
przekazuje nabożne wieści. W tajemnicy pokory ( boli ) sumienie.
Chrystus – umartwiony na ramionach obwisły – mocuje się z losem.

Na klęczkach ludzkie serca schowane w ramionach, pod naporem słów 
Woskowa łza wierci namiastką. Po trzykroć ( powodem ) zew koguci. 
Na odsłoniętej skroni ( znak popiołu ) na pamiątkę dni. Miłość wieczna. 
Gazdowie, z wrodzonym rozsądkiem uczynku ( błagajmy ) chleba i wina.
W słodkich litaniach - misterium życia i akt oddania.
Z naręczem tajemnic idziemy do źródła. Po niezbadanych orbitach dusze szukają własnego kąta. 
Na klęczkach rozdarta wyobraźnia i nogi sukniane w parzenicach. 
Z klęcznika gwóźdź ( obolały ) wystaje. Pomiędzy żebrami cieknie krew.

Strategia gminna …

( blizyj nieba – turystom naprzeciw) …

Na Polanie Sywarne, niebo rozpostarło skrzydła niepogód.
Kwasi u zimnyk stóp Regli. Wiesna, pośrodku gazdowskik pól.
Niepokaźny potocek z Małej Łąki w Cichom Wode siy wgłębio.
Obziyro siy za siy. Na Podhalu – nojpiykniyjse som zawdy majówki.
Siuhaj, idęcy za tropem … uchyciył (pore) pstrągów do gorzści.

Nad raniem, pstrąg rod wraco do miejsca, kany siy ulągnon.
Tak cęsto zabacujemy o niepowtarzalnej dziś prowdzie !
Tu, cas przesły mo wielkie mniemanie o teraźniejsym …
Na tle majestatecny(k)ch górski(k)ch scytów, górole i turyści
Wymiesali siy w tłumnym ( z aut ) korowodzie (zaklyscyni w korku).

Drogom po Krzeptówkach ( ciżba ) nie do siy jechać normalmie, bo
Snurek auto-mobili z całej Polski, z EU – unii ( na gwołt ) podązajom
ku Doliniy Kościeliskiej, Chochołowskiej, na Ornak, (j)abo do Jozefa
Idom nogami ( dlo ulgi)  jadom powozem, chetki do ślabantu na Pisanej.
Hań, ( na umor ) pijom góralskom herbate, śpiewajom zbereźne śpiywonki.

Święta bez śniega – majom w góra(k)ch swój porażający klimat …
Za który, my syćka w Unii, som ( allways ) odpowiedzialni.
Dysponując wszechmocom szaradom słowa jest coroz gorzej. W niemocy prawa, 

Miejscowi radni ( odrucili ) proponowanom u(k)chwałe – jednym głosem . . . 
Opiniując; jakoby strategia ( NATO ) ni’miała tu nic – do zaoferowania !

Swoku Poeto …

W siedemdziesiątym szóstym
w ostatnik dniak pażdziernika,
stare drzewa ( jasienie i buki )
napęcniałe kręgami roków
zrucajom ze siy struchlałe liście.

( Widzioł to siedzący na krawędzi pościeli
Swok – poeta – Stanisław Nędza Kubiniec )

Z niepokojem spoziyroł w nieba powałe
na obroz – do którego ludzie siy modlom.
Słuchoł upływu casu, muzyki chmur –
zawiesonyk nad nieoddolnym Giewontem.

( wycisony – ni mog siy nacudować ) . . .

Od Stanikowego Źlebu – pokażnym wąwozem
zmora / migrujące / widziadło –
w okulałej rzecywistości włosnego ciyrpienio
ręka wsparto na sękatym kośturze
wroz z wiekiem – dygoce na spokrewnione troski
z braku perspektyw – kręcom głowami
na Nędzówce siyły jednocom
kiedy, cel jawi siy mgliście
przez całom noc nie spuscajom ocu.

Chałupa, wsród rymowanych wersów
od kołyski bytu – ośklono weranda
( mo sosrąb i serce cieśli )
w starym zwyku kwiecistych motywów
ryzowane stołki – chełpiom siy sobom.

( kozdo historia mo swoj pocontek )

Z hukiem drastycnej sceny – niescęście *
Ciche tykanie silnika i droga nie przejezdno
bez pozegnanio ( z gardła ) ostatnie tchnienie
ni ma nadzieji – ciekawscy stanyni wokoło
pociesajom siy w myślach.
Cokolwiek pomyśleć, paść na kolana
pokornie spróbujemy przetrwać.

( kozdy mo swoje odciśnięte myśli )

Markotno izba – w niej ból – męka – łzy płacu
Poeta – niemocom wieku do pościeli przykuty
Broni siy przed ciała bezwładem
Za słaby sprostać dzisiejsym realiom.
Pióro wymyko siy z palców, cięzko duchota
i głos nieśmiały. Z niskiego pułapu cornej izby,
Patrzy na chmur zogony – po niebie
Barwami jesieni siy przewolajom.

Zyciowy labirynt i noc na przemyślunek
W mroku oddech świsconcy jak huragan
W obawie przed płochliwym niebytem
Ocy na ościerz ozwarte …
Znikajom w odgłosie ciemności
Tworząc beśpiecnom przestrzyń – 
Palce – skrzyzowane dlo pokrzepienio dusy

( tak rzodko o niej myślimy ).

Na znak wiecnego spokoju
Kościół wypchany po brzegi
Wzruszający oprawom . . .
Ogrom góralskiej muzyki z echem ślochanym
Cmentarny głaz na Pęksowym Brzyzku
Kości i śmierć w nik uwikłano.
Słowami tropacji zaciśnięte powieki
Nicym cierń ostu – współziomków pociorek łez
Językiem smutku rachuje siy z kozdym
Na poziomie śmiertelnej powogi.

2

Z Nędzowki mgła nicym mlyko z gielety siy ślywo
nad Zokopanem w gryzącym smogu siy pławi
kilkaset dni w zatorze drogi do nieba
kozdy dostaje to na co zasłuzył …
Przesłość w Polanak, mo nowe schlybiania.

Po ul. Nędzy Kubińca, kulig – zyniy w porywach
norymności – sonki ciągnom góralskie koniki.
Wcora i dziś – uniesieniem nasiąkniynte śpiywy
Odgłosem raźnym / na homontak / brzękolom turliki.
Ozjorzone fakły / pochodnie / skrzom siy w ciemnościak.
Noc – wschodzi – promenada gwiozd urokiem
Sylwestrowej nocy ( migotajom ) wsyndyj ik pełno.

Następnego ranka patrzymy z Józkiem Bukowskim
Tyrałom – w okna sąsiada ( z pod Ludówki ) …
Romek Siecka – gęśle, przycisnięte pod brodom.
Dwa esa, wąskimi sparami do ucha ślom odgłos
Na takie okazje ( ocy przymknięte ) z fantazjom
Zgrzeblawe palce, hipkajom po dydze – lawinom nut.

Jest muzyka; Chotarski, Karbowiec, Cesławek …
W kumoterkak ( Polaniorze ) jadom w paradach
Liście podstolu – – –  wetkniynte za kłabuk …
i uśmiech na twarzy niesom dziywcęta – ramieniem objęte
W ocak ( namiętne ) opaterne, troskliwe
W królestwie snów westchnienia krótkie, istotne
Zachody i brzaski budzom nostalgie serca
O poranku w górach cłek siy cuje ślebodny.

Posiady na Nędzowym Groniku – w cornej izbie
Gowiedzi gwor – dziawkajom, holofiom,
śpiywki siy rodzom i brzęk basów …
Odlatuje odgłosem pod niebo, tłem precki …
( sto se jedna sto se dwie ) …
W poprzek Pitoniówki …
Cwoło grzbietem Kierpcówki,
Coby siy kiedykolwiek nie zatracić.

Polany moje – – – rodno wsi – – – skolno ziymio
Od dowien downa – – – zawse tak samo
Ozrucone pod Regli stopami …
Smreki dorodne za oknem – – – las
Ozcesany grzebiyniem holnego
Wiatrołomów ( krocie ) tak wkoło i wkoło
Na nich wzrok zawiesony.

3

W tyk samiućkik rokak ludzie moc narzekali
brak prądu codziennym zjawiskiem
Węgiel, cement, pustoki, limitowane przydziały
w GS-sie na Nędzówce … ( dłuuuuugie ) kolejki !
Miyso, mąka, kawa, cukier … na kartki …
Na półkak muśtarda i ocet !
Rówieśnicy skrycie marzyli o obcyźnie.

Tu – ( nie uświadcys przysłości ) jes’t kryzys !
Choć tu – ( Nasa dziedzina ) – Swoku Poeto …
ino nie kontrakt  – – – za jakie grzychy?

Skoro zyjemy – umrzeć musimy …
Teraz – ostaje ino – to drugie …
Na pore chwil / utartym szlakiem /…
Przyńdźmy siy końdek po Podholu –
Nic nie jest tak – – – jak drzewiej było.

Koryto Dunajca zamulone, spowolniało w rytm nurtu,
do pasa zaloło zasiedziany Ciorsztyński zomek.
Kostka Napierski ( desperat ) nabity na palu 
w poemacie – dumnym – bo chłopskim.
Wtoz siy dziś nad nim ( do cna ) uzoli ?

PS.

*syn poety Jan Nędza Kubiniec, niecały miesiąc przedtem zginął w wypadku samochodowym, jadąc w odwiedziny do szpitala, gdzie leżał chory ojciec. Ojciec do końca nie dowiedział się o śmiertelnym wypadku syna.

Swok; poeta Stanisław Nędza Kubiniec był krewnym po mieczu mojej matki Julii z Nędzów, serdeczny przyjaciel mojego ojca Stanisława Pitonia Kubowego. W czasie okupacji przez pewien okres ukrywał się u nas.

Osod w Polanach . . .                                                     

Babie lato; cuć oblice złudnego ciepła, przez to świadomość przymrozków. 
Turnie lękliwie rosnom spojrzeniem, przerazyniym kolebajom siy w ocach. 
Do św. Michała, słonko wybornie siy miywo. Baca, powraco na łono przyrody. 
Jastrząb skrzydłami faluje w przestworzach miywo zawroty głowy. 
Hań, przy kosorze dwa bacowskie owcarki, zaganiajom kurnoty. 
Poruseniem trwogi z ostrogami ( na karku) w porywie oschotały cisze.
Ogień z watrzyska świyci ogniściyj, światłem oświytlo postacie. 
Ozjorzyły siy iskry w pejzażu bladego księżyca, rozbłysły wkrąg twarze. 
W powietrzu chłód i noc tońcąco na skraju przepaści.                        
Z Giewontu Rycerze w przebraniu sławy błądzom po dzikich bezdrożach. 
Zatraciyli siy nad mglejoncom śkarpom i myśli złowrogie postradali.
W Polanach - niepokojąco ozrosto siy ( ozpętano ) deweloperka. 
Obsesja w rozkwicie. Zbójeckim prawem nieplanowano wycinka drzew. 
Płacom gałęzie w swej rozpiętości, rośnie niepokój budynków
Przymykając powieki ( do siela ) pustacie siyłom woli ozrostać siy bedom. 

Słychać rozbudzony niespotykany ruch. Wniebopiynne turnie ponad widnokrąg. 
Hałaśliwe dzieci, galopujom do szkoły ucyć siy cytać z laptopa.

Mglistym welonem spowite urwiska. Wobiom coby siy styrmać 
W połowie września atak zimy. Nie worce wierzyć synoptykom.
Ziymia ni moze być nicyja ( ostawać siy w ryncak ) nieskazitelnych.
Nie kozdy zno prawo, złe duchy w monitorze. Mnie to niepokoji.
Hań moje zycie, ten zachwyt! Widokiem lasy, hole, sałasy, bacowie, ik owce.
Zauroceni pasterskom tradycjom z redykiem ( w tle ) paradujom – Polaniorze.

Jesiennie w Polanach – – – OSOD – – – gazdowie od wideł, od pługa
Śpiewajom z pamięci ( kielo siył ) coby utrzymać nute, wysoko i lekko.
Na wieki wieków – niekze tyn zwyk s’nami ostaniy – dopóki mozebne.
Bo na nos spocywo ciężor dziedzictwa ! Ni moze iść na marne. Dobry Boze !
Trza siy spiesyć ( pasterzu ) w głębi dusy pokora – wystrasono hałasem.
Przyjazny wzrok bacy, pomiędzy owcami – dni radosne i opłakane.
Popiół z włosów strzepuje, jesienno radość uciyko w dół po zboczu.

Ludzie z Polan …

Ujno …

Nie wiym cy była znachorkom?
Umiała pomóc, kozdemu zycliwie poradzić …
Kozdego dnia z szacunkiem pochylała siy nad kwiotkami
Na skraju leśnej polany, zanurzała palce w latorośl
W kozdej roślince widziała dar natury.
Na tle gór ściyzki wydeptane jej stopami.
Podziwiała ozłozyste konory starych lip
Co wyrostały wspólnie z niom przez lata.

Trza umieć brać – co natura w hojności daje (gadała)
Radość cyrpać ze smaku borówek (kie jafer jesce nie przejrzały).

Wychowano wsród górskich trow, ziół, grzybów …
Te, wisiały nicym korale, nawlecone na wojki z dratwy.
Nojwiękse na dole, drobniejse ku górze – pięły siy po nici.
Same kapeluse, ino prowdziwki dziyrżgała …
Ino one były godne – świątecnego stołu.
Gąski, kozoki, gołąbki i inne jadalne podgrzybki – to …
Piestroki – susyły siy na zgrzebnyk chuścinak.
Na przetaku, spały do słonka ( wyłaziyły ś’nik ) poskręcane chroboki.

Kochała spokojne piykno i cisze Kierpcówki.
Swojom gazdówke – – – krowy, owce, młode jagnięta,
Którym matkowała, przygrodzając im w izbie ( pomiydzy piecem a kredensem )
Skraj lasu i tyn iglasty młodnik, pod Mietłówkom,
Powiewem rozwiywała siy wonnosć smrekowej żywicy.

Hań “ujno Korduśka”, miała pewne miejsca …
Nazbierać do podołka – samiućkik maślokow.
Opodal, maliny rosły do słonka, źrałe i takiy włochate.
Lesie, mój lesie, zarośnięty krzokami dzikiej rózy …
Przemrożone owoce głogu, zasypane cukrem,
to najlypso nalywka ( na wseleniejakie tropacyje ) !

Pomogała ludziom, umiała ulżyć choćjakim boleściom.

Rumianek dzieciom na ocknięcie – na okwaty – żywokost zalecała
Dziurawiec, targany ino po zachodzie słonka – najskutecniejsy
Mięta, musi naparzyć siy na skraju pieca, zawrzano – traci moc.
Syrop z podbiału, wykrztuśny na suchy i mokry kaszel
Sok borówcany łagodzi sracke, kolki w boku i nuka boleści.
Miała swojskie receptury, przebieżki boso po rannej rosie
Za pon-brat z dyscem, po śniegu stąpanie na ozżarzanie krwi.

Kozdemu doradziyła, od serca ziół nadarzyła …
za Bóg zapłać … ( jej ocy biyły wtej blaskiem ) …
Za porade – – – nigdy od nikogo nie wziyna piniędzy !

Prządki . . .

( pleść na drutach jest sztuką )

kieloz radości wkłados
do mozołu ścibianio
wełnianego swetra
śkarpetek

z kłębka plątaniny
wzorzysty kiyrdel
owcych pyrci
holnych źdźbeł

przy gajsowej lampce
twoje zgrzeblawe
palce
przędom

w podzięce
mosiężnom spinkom
( z przekolacem )
twojom rzetelnom robote
laur uśmiechu
w nagrode

PS. W podzięce – syćkim gażdzinkom,
co umiejom plesć na drutach …

kosiarcyk łącke kosi … kosa mu kosić nie kce

Pogłos kosy pocieranej osełkom
zamaszyście, roz, dwa, trzy
i zaś ku wiyrchom zadziyros głowe
kiedy kłębiom siy chmury

z przejęciem bojaźni spozieros
w psotny cas … do uprzykrzenio
jaskółki w dali furgajom nisko
nad polem łąkowej poezji

pokosem pomierwiono latorośl
przepiórka na drugim pokosie
jaskółka w błękicie kryśli ósemki
w natłoku jesce jeden piruet

pscoły w powietrzu ozłozyły ramiona
nawiydzajom zogony łąkowej poezji
na holi ( ucieko ) sałasów sława i moc
pasterskiego zwyku śród przemian i zjawisk

sianokosy dojrzewajom do zbiórek …
hojne naturom, zawse było ik chwałom
na wiotkich łodygach trowy rozłożyste
dywany wzorzyste kwieciem siy mieniom

Hafciorka

na barwnym kwiecie ostu motyl sfrunon ufnie
zatrzepotoł skrzydłami do hafciarki z Polan
po tafli tamborka spaceruje przebiegłymi ocyma
złoto jesień siy mieni kolorami z motka
tematy; pajęcom niciom, natchnieniem przędzy utkane

w oku bliźniego dzień na uwięzi z nadziejom pełnom planów
w zachwycie chabry, bławatki i osty oślepiajom barwami
w blasku oka ( za szybom ) kolejny dzień przed nami poranek
w biegu echo górskie, na urwistej turni szarotki posioł Bóg
miej wiare i pracuj ( w ułudzie ) az nowy projekt zabłyśnie

ręce pełne pośpiechu, haftowane ornamenty urodzajom ze sobom 
drapiyżne liście dziewięciornika sukajom zaczepki
na gorsetach powoje po omacku siy styrmiom
na kształtnych piersiach górolek różany kwiat omdlewa

chyląc swom twarz – zaguzdrano – patrzy na tarcze zegara
tworzy, haftuje skwapliwie siy śpiesy, bądź wola twoja
w letni dziyń za oknem słonko nieprzytomne
chowo siy za horyzont, cyrwieni siy zawstydzone

za stertom szarych dni jasnowłosa niewiasta
w odblasku świycy ogień przygasa
bordowom nitkom zycenie jej siy spełniyło.

Kataniorka …

( dedykuje … sp.Klementynie Fąfrowicz z Fatlów )

Co rano … jednako ze słonkiem
Zacyno codzienność przy oknie
Zasiado za starom „Singier-kom”.

Maszyna leciwo nicym jej włościcielka
Bez cienia skazy, bez smugi zadropań
Syćko takie na glanc, bez szwanku.

Na obudowie cas zatar producenta
Pomimo – słuzy rzetelnie, na dotyk ręki.
Zręcnościom nóg, siyłom mozebnom napędzano.

Igła, w tańcu zygzokiem odmiyrzała ściegi.

Ze śpiywkom zycie podziwiane za oknem …
Ino słuchać, ino patrzeć, na zmiany pogody
Z rozmysłem ocy kataniarki śledzyły syćko.

W burzliwyk casach nie starcyło umilknąć
W załomanyk ręcak ukryć stroskanom twarz.
Niescęścia nigdy nie schylały siy triumfalnie.

W mrocny cas SS udręki, przeraźliwej bojaźni,
Udało siy w pore ( odmieńcow ) ustrzec od śmierzci!
Owinięto w smatke zadumy, błądzi wspomnieniami.

Zastanawio siy; cy jest sens godać, cy nabrać wody w usta?
Na swoj sposób wyperswadować ( pore dni ) by wziyno
W okiennej sybie myśli odbite, dwojom siy i trojom.

Ocy – tońcące som wsędej – wschód – zachód …
W pamięci bolesny krzyk wspomnień, wracając
do sławetnej sprawy, pamiętoj Bóg jest jeden!

Nici splątane, wyblakłe oko, senna ostrość widzynio.
Długie zimowe wiecory, przejrzały zimnym okiem …
Na scycie kaplicki, spiżowy kohucik zaświstoł.

Trzysta razy obracoł siy w dyrdy, dookółka banałów
Ani razu nie zapioł, pomimo ze cas karnawału.

Ona, nie proguje nic przeistocać, pomiędzy datami
Jej świat pocięty na kawołki, co siy pamięto latami.

Upływ casu odmierzajom kolejne bluzki, katanki
Haftowane gorsety, wcięte w talii, chłopskie kosule, kaboty
Spódnice, suto marscone do ziymi, ozdobione siutasiem.

Zgrzeblawe palce uwijajom siy zwinnie, wzdłóż sciegu
Płótno hrube, nie dzierży siy dobrze w ryncak …
Tydzień siedziała, coby go poskromić, w końcu siy udało!

Klementyna Fąfrowicz, podczas występu w zespole Polaniorze z Koscielisk.

Znocie go napewno syćka ! ! !

Gaździe – Józkowi Szczepaniakowi ( z Budzówki )

Dziś w Góralskim – ( zobawa ) . . .

Som jest starzy, średni , młodzi
Tyn wychodzi , tamten wchodzi
Wieś paradno , śpiew , rozwaga
W dusy hardość i odwaga.
Baby ( jarkie ) – złoto w usach
Chłopy – tońcom w kapelusach.

Tońcy chłop ( to ziymia ) wroz ś-nim
W pracy zwinni , w tańcu lotni
Tońcy dzisiok – cało wioska
Polaniorzy z Kościeliska . . .

Jest tu taki między nami
Co siy rozstać myśli z s’nami
A . . . to ten – – – a . . . to ten . . .
Jo dla niego – skleciył rym !

Znacie go napewno syćka . . .
On, pochodzi z Kościeliska
Jedzie se ku Tatrom, haniok
Nas kolega – Joe Szczepaniok.

Zawse w ruchu
Zawse w pędzie
Słowa grzecne
Zdania długie
Gada jedno
Myśli drugie.

Przyjechoł tu na pół roku . . .
Od swych bliskich, bab i wnuków.
W kraj oddalny no i obcy.
Siedzioł krapke – – – dutków zwysył.
Swiata użył – – – moze – zgrzysył ?

Kto dziś wie ? ? ?

I w tej włośnie – woznej chwili
Z nawy anioł siy wychylił
Za nim drugi, trzeci, cworty
Bijom w tarcze, halabardy
Wzrok przebija siy przez chmury
Bo na Józka patrzom z góry.

Anioł Stróż mu wracać koze . . .
Głowniom miecza pcho do LOT-u
Kto z aniołem w świat wyrusy
Nie pocuje żolu w dusy.

Westchnon – Józuś …
Westchnon z ulgom …
Pełen scęścio i radości
Wnet – pojade na swe włości.

Wódka, co na „stołach” gości
Mo niezwykłe włościwości
Jednym daje radość ducha
Drugim wkłada smutek w oczy
Niknie pamięć – przykro w skutkach.

Babom słuzy dziś zabawa . . .
Stół nakryty – zasysajom więc paliwo
Krzykiem z krtani ( zagłusajom muzyke )
Radość – śmiejom siy kumoski.

Dziś potrzeba zdecydować
Trzeba wybrać jednom z dróg ?

Kazdo plecie trzy po trzy . . .
Joe Szczepaniok jest młodsy
Na św. Morcina
Cworty krzyżyk zacyno.

Druga baba – klamoci
Ze, Szczepaniok – bacowoł
Z oscypkami obcowoł
A tyn ser – co dziś zrobiyli
Jest je z takiej koliby
W której strasy tak straśnie
Ze, kto syra sprógowoł
Ten do rana nie zaśnie . . .

Trajkotajom kumoski . . .
Siejom wokół pogłoski.
Wiedzom komu w tym roku
Źle siy wiedzie ( z uroku ),
Kto rod chodził do prawa
Cyja dziywka zgrzeblawa.

Pozierajom sąsiadki . . .
Jakie dziywki – ich matki ?
Ta paradno – ta sprosto
Tamtej ino nos ostoł.

Ta , ma jeden ząb w gębie
Hańta – ocy jastrzębie.
Głucho , sucho , dziubato
Piegowato , garbato .

Ludzie tońcom w pół objęci . . .
Podskakujom nad podłogom
Józek – siy na pięcie wierci
Drugom w bok – zamiato nogom.

Tanecnice, dźwignon w góre
i nad swojom – trzymo głowom.
Dziywce piscy, wniebogłosy
jakby śniej ktoś ździyroł skóre.

Spódnica siy wywinyna . . .
– przeciyz ona ( majtek nimo ) !
Jej siy robi biało w ocach,
Kie – zawisła u powały –
Majom widok niebywały.

Przestoł tońcyć. Stanon – – – sapiąc
W tonecnice – bystro patrzy . . .

Piyknoś dziywce – rzodki okaz !
Scupło, zgrabno i dorodno
W tyj kosuli i spodnicy . . .
I – w gorsecie w pasie wciętym .
Wygląd mos dziś wprost odświętny.

Cyjaz ześ ty ?

Skąd siy wziynaś ?
Buśka piykno . . .
Krew gorąco –
Moze by siy śniom umówić ? . . .

Myśli grzysne
Zdania długie
Godo jedno
Myśli drugie . . .

Ale, jego włoso ” baba “
Najfajniejso jest na świecie
Rosło, zgrabno, no i ciepło
Jako, piecyk po obiedzie.

Hajbok w śklance, toast w toast
Za Jagniesie, za wybranke
Niekby – w życiu była zdrowo !

Razem orzom, razem siejom
Wierni ziemi ojców cieniom.
Cy w robocie, cy w zabawie
Jedno serce, wierne sprawie.

Przyjaciele, biercie przykłod
Sprawa bądz co bądź niezwykło.

Ino , kiedy nikt nie patrzy . . .
Ruchem zwinnym, ruchem wartkim
Ręka pod stół – do sąsiadki.

Scyrwieniały – lica ” babskie “
nicym w słonku róża.
Na bok patrzy, stroi miny
i kolanka – stóżo!

Bogobojno – nicym strusia
Niech siy pani nie frustruje!
Oczy – wznosi ku powale –
Trwo w bezruchu . . .
Na podołku, nad kolanem
Trzymo smatke haftowanom.

Cena tej gry, strachu wortno
Bo sąsiadka, grzychu wartno.
Czuć pod rękom ciepła piętno
Maco ręka – w łokciu zgięto.

Gładzi ruchem delikatnie
Ręka – wse rozumu nimo !
Myśli grzysne mu siy plącom
Chęci dalej w głowie mącom.

Myśli grzysne
Zdania długie
Goda jedno
Myśli drugie.

Westchnon Józuś !
Westchnon z ulgom !
Pełen scęścio i radości.
Ciężko chłopu na tym świecie
Ze, tak długo musioł pościć !

Przysła jesień i umyko . . .
Słonko po ubocach bryko
Snopki siy na stoku złocom
Przy miesiącku, blednom nocom.

To – Jagniesia z zięciem, z córom
Zwieźli syćko jednom furom.
Jakoz w takich dwóch uściskach
Mus gazdować na tych brzyzkach.

Owce, krowy i koń w sopie
Protestują w niebogłosy.
Kciały by na stok – do lasu
A nik dlo nik ni mo casu.

Anioł stróż mu wracać koze !
Głowniom miecza pcho do LOT-u
Kto z aniołem w świat wyrusy
Nie pocuje żolu w dusy.

Światu’k użył – dutków zwysył …
Wódki’k wypiył ( przez tok ) zgrzysył
Wódka , ludziom niek siy leje !
Gębusia siy Józka śmieje !

Chicago, 14 listopada 1991 roku

Józkowi Szczepaniakowi, słowa te na pokrzepe serca
odemnie i od członków tutejszego Kola nr. 54 Kościelisko – Polaniorze.

Fotograf; Bartłomiej Jurecki

Wdeptani w nieudeptaną ziemie …

Wyniośli protestem swobód – boso pobiegną przez osty
Głód znoszą, spiekotę, w niedostatku ich wszystkie znoje
We wszystko wierząc głęboko się chylą, do końca żywota.

Skryci. Do cudzoziemców ( niepilich ) odnoszą się nader przyjaźnie
Pokazując im drogę, ochraniają od nieprzyjemności
Od dawien dawna – bramy do chałup – ostawiają otworem.

Zabawy w lasach – gdzie nurt potoku w obrzeżu tajemnice chowa
W pożądliwych spojrzeniach – iskierka, co słońce ma i głębię
W wąwozie, kwiaty paproci naszych uniesień z małym namysłem.

Owce i krowy hodują w niebotycznych górach, uprawiają rolę
Wina ich z miodu leśnego – więc przeto – modły o pszczoły,
O urodzaj, o pogodę, o stałość niewiast – ofiara z trzech szklanic !

( zwierze co do mordy syćko bierze )

z cyklu – Ludzie z Polan …

Obrochta rolnik z Gorkówki
na stromiźnie pobocza Kierpcówki
mniej liczne stado swej trzody wypasa
gdy słonko za Reglem juz prawie dogasa
stadnie siy pasom cyrwone krówki
owce wełniaste, śtyry jałówki –  te od Gamrotka,

                                                         dzwonkami dzwoniom …

Dziś hodowla to rzecz trudno
praca ciężko, brudno, żmudno
sztuka w tym jest niebywało
a zapłata za to – mało
przekonuje kogo spotka …
lepiej bujać siy na wrotkach –

                                                    głośno śmiejom siy sąsiedzi …

Od pocątku trza siy starać
nie wystarcy opowiadać
trzeba cytać, praktykować
coby rasy siy dochować
Boskiej, trzeba wloć miyłości
i anielskiej cierpliwości –

                                                  pokiwali zgodnie głowom…

Cy wy znocie takie zwierze
co do pyska syćko bierze
mo character nie od wilka
on – potrafi zagryść wilka
zaś do owciec do barana
ta potulność niesłyczana                                              

                                                 prawde godos – jo w to wierze !

na holi

słota
docondrany dzień
śiompom zacino
po licach
lejbom onacy
w ozwarte scyrby
plute wdeptuje
w wełne owiec
ziąbem
przesyty dzień
w dolinie
stompiy
z pełniom
trowy
dlo kiyrdla
owiecek.

LUDZIE Z POLAN · ciąg dalszy

Leśny z Kir …

drzewom siy kłanioł – bo wysokie
do słonka ocy mruzył śmiyśniy
i patrzył spoza syćkik drzew
i z poza ścian kolcastyk krzew
sukając drzewa wątpliwego

te – kołysały siy przejrzyście
jak drzewiej ( dawno ) przed półwiekiem
wiecorny spokój schodziył z gór
do spanio siy układoł bór
służba nie drużba leśniczego

zasumioł ckliwo stary las
do lasu w Reglu jeleń wloz
w ciemnościack nik nic nie obocy
leśnego w mroku ginie ślad
pilnując mienia parkowego.

O drzewie

( Na leśniarce w Kirach, gajowych urada  ) …Cychowane drzewo jest ( jakoby) zniewolony cłek
Drzewo umiyro za ludzkom przycynom . . .
Drzewo ścięte, przechodzi do świata umarłyk 
Drzewo ( nicym cłek) ostawio swoik potomków 
Drzewo – jak niedźwiedź do spanio siy układo. 
Drzewo na zime – zruco swoje odziynie i śpi do wiesny 
Cłek, o tyj porze roku – ubiyro siy cieplyj.
Drzewa w lesie potrafiom urodzać swoistym językiem 
Ino – głos drzewa jest zawse wiatrem podsyty …

Kornik …

w Reglu
siy panosy
syćko
idzie na marne
butrznieje.
Jako ta rosło
jedla co jom
drwale ścieni.
Nie umiała
temu
zapobiec.
Zapłakała
zywicom
umarła.
 
Skrony tego
syćkie smrecki
i leśno latorośl
co pnie siy
ku niebu
zadarły głowy
uniesły
gałęziaste dłonie
ze smutkiem ramion
skrzyzowały spojrzynia

Modlyły siy
o
święty spokoj
w lesie.

Miesiącek

okrakiem wyseł zzo grani
do cudu paradny

wędrując wzdłóż wiosek
do okien zaziyroł
nie bez powodu
dziecyskom
ocka stuloł
i główki układoł
do podołków

dziywcętom
urode malowoł
coby były powabne
na jednom chwilę.
miysoł w głowach
niewiernym parobkom
nogi plontoł

wystrasonym spojrzeniom
głowy odwracoł
nochalnym do miyłości
bez miyłości
kochankom
jednej nocy

pod beśpiycnom eskortom
talary ozdawoł
roztropnym
noc w noc
pies sceko …
nie nadaremno
trza mieć ocy ozwarte
pomiędzy jawom a snem
młodość mo swoje prawa

w godzinach beztroski
wobi chciwie by zmylić
zwidy – oka cuwanie
moze zażyć radości
pejzażem poświaty
połozyć ręke na ułudzie.

Wantule …           ( czy takie jak kiedyś ) ?

( strącił je grom ze skalnej grzędy, bo zbuntowały się przeciw )

osypisko …
skał i głazów aglomeracja
nieładem w dolinie zdanej na łaskę losu
zapadają się w ziemię bez promyka nadzieji
ze wstydu nikną powoli
toną w szarych kolorach
w niepogodach skręcane z zimna
tęsknią dyskretnie do słonka.

wierchy …
śnieżnym grzbietem rysują się na niebie
buki złocistą barwą majaczą na tle Wielkiej Turni
ścieżki na rozdrożu
drogowskaz postawiony przez kogoś
kto wcześniej tą drogą pobłądził

wcielenie …
w (prze)ogromnym splocie want
wszędzie toczy się walka
między skałami drzewami ludziami
o miejsce o przywilej o władzę
w galopie człowiek się zapędza

po przeciwnej stronie próg urwiska
w białej sukni potok wartki
przeskakuje z kamienia na kamień
bryzga siklawą wodny warkocz
mgielną kurtynę widać
wyszła pospołu z grzybami

w zabłąkanych zaułkach
prawdziwki w kapeluszach na głowie
szlachetną twarzą patrzą do słonka
jak smrekom rdzewieją igliwia
ich los kornikiem się żali
bezsilność i klęska w szyku
lasy niszczeją od spalin
spójrz na martwy horyzont
w przestrzeni szałasów – zabójcze chwasty.

Porzekadło jak horoskop, wozno sprawa . . .

“ Swięty Józef rusyl brodom,
posel śniyzek dołu z wodom”

Porusało holami,
Zamajdało turniami
Ozesuły siy skole,
Kie w nie cisło gromami.
Swąd siy zrobiył siarcysty,
Poloł dyscyk rzęsisty
Syćko w koło ozyło,
Jak to zimno zelzyło
W dzień Swiętego Wojciecha …
 
Jakiyz lato być moze,
Dumiy dziadek kie orze ?
Budzikwiecie na casie,
A ziym z lodem zbrylono
Pług siy wtopić w niom nie kce,
Końsko głowa zwiysono!
Jakiez były ostatki,
Zagaduje do babki ?
Ta, przy orce – przydatno,
wdy kaśtanka poganio.
 
Zelzyj krapke niek zboce,
Niek dni wstecne przelece,
Bo ludowe przesłowie –
Ockiem w chłopskiej jest głowie.
Wroz z kokaniem przepiórki
Pocne od “ Barburki “…
 

Barbara po wodzie – Godnie Swięta po lodzie !
W Godnie Swięta mróz – schowoj gazdo wóz !
 
W między casie jest Łucjo 
Końdek dnia nom doruco
Zaś dwunosty dzień od niej
Wse Wilijom Swiąt Godnich,
Od dnia tego do zadu,
Dzień trza cytać za miesiąc,
W kalendorzu zapisać.
Cy siy sprowdzo …
Bóg – jedynie wie o tym?
On mo wszechświat w opiece
Chyba skrony “atomow”
dziś ludowe przysłowie …
sprowdzo siy ino w połowie.

w bolesnom rocznice …

długo spoziyroł na zgliszcza
ojca swojego – syn

gorzały ognicki
ciurcały łzy

bez góry zadute                              

dzisiok w zbacunku
w otchłani ciyń                               

ojca mojego dzień

23 luty 1983 … śp. Ojcu w 10 rocznicę

O nadzieji …

Nadzieja jest
Matkom głupich
Wedle …
Marysi Maciugowej
To hurma myśli
W szafirze nieba
Zapętlone kosiołki

Marzenia iskrzom
W nasyk głowak
Pobozne zgrzytanie
Ku temu
Coby siy spełniyły.

Nadziyja ni mo
Koloru zielonego
Mo wygląd
Mydlanej bańki
Jest ulotno
Przepusco
Odpryski słonka
Zwijo siy w kłębek
Chodzi w porze
Z głuchym losem
Bez pardonu
Na nase fascynacje.

Nadzieja (nie) istnieje
Ale – jest nadziejom
Zwodziciylkom
Następnom szansom
Coby siy na niej zwieść.

jedynica …

młocka trwała do zmroku
babka dyle zamiato
przeciąg plewy nawraco
wnucka w sieni siy śmieje

gazda sąsiek pogłoskoł
co jo siy to – natroskoł
dzięki Bogu za lato
znak krzyza ucyniył

hań, za płotem śpiewajom
chłopcy dziywki zwobiajom
nie do cepów parobcy
na muzyke przyśli

ława w boisku siy zgiyna
pod cięzorem gowiedzi
dwie baby przystare
upatrzyły ofiare

baba, babie
o tej sprawie
septem prawie
opowiado do ucha

hańta … jedynica
co chłopcu bockuje
rada siy miyłuje
na mój dusiu prowda

nasypali papryki
przyganiała graca gracy
nie pamięto wół
jak cielęciem był

tońce trwały do rania
babka foszty zamiato
pod pierzynom figluje
babcyna radość.

Sekutnica

Wleciała do kościoła
z rachunkiem sumienia
ujyna bajdurzyć …

(gęba jej siy nie zamyko).

Pytom Ciy Boże
o moment
bycio z Tobom

Miałak przyjemność
w przerwie dostawy prądu
to absurdalny przypodek

Chybotała siy pościel
ręcnie haftowano
w kolory szaleństwa

w uścisku ( bez wyjścio )
rozbudzone ciała
baraszkowały

jak w zjawiskowej bajce
zaciskając ocy
przetrwałak ( trzęsienie ziemi )

Kie sedno wypedziała
ku wyjściu wyleciała
nie cekajęcy na pokute.

Chuć …

chłopce mój
ostomiyły
siuchaju

ciepłem słów
pochlybioj
pobośkaj

osłódź
moje wargi
suche

ocy
wsród gwiozd
majacom

z księżycem
całom noc
przebywajom

pod nieboskłonem
wse nojlepiyj
śnić

Ps. po góralsku Chuć – ( wzloty i marzenia )

pokochać za nic … 

idzie kierny
kiełzo na zolak * ( zelówkach od butów)
przekleństwa z odrazom

w gałęziach
ptosków poranne
ćwiyrgotanie

hałasem wystrasyni
zero pozytku
bez ducha śpi ( na wznak )

ona w chałupie boleje
przerazono ( widokiem )
boli jom scęście połowicne

Miraż nowoczesności . . . 

Tak – bez pamięci kochała ślubnego
Ino tak – bez przypodek nabyła kochanka
Skoro tak – osukiwała ślubnego wiernościom
Nie bez powodu – zdrodzała go z kochankiem
Skrony tego – świadomie przestała być wierno
Sama w sobie – pocuła siy winna
Pedziała – kochankowi – ze, go miyłuje nad zycie
Przez to – ze była zbyt wylewno . . .
Wyznała kochankowi  – ze, wciąż kocho męża
Uwierzyła – ze, przez to mo cyste sumienie
Oburzony kochanek – porucił jom i strzelył drzwiami
Sama w sobie – pocuła siy przehandlowano
Bez ceregieli – wróciła do męża
Bo – przecie dalej ik cosi łący.

Szacun dla organizatorów MFFZG w Zakopanem

Zeus ( bóstwo z Olimpu ) iskrą pioruna, myśl wzniosłą zapalił
Watra, od znicza jaśniejąca w oczach, strzępami płomieni się śmieje
Ku niebu się wznosi w locie czerwienią łuku. Okiem ogarnąć, nieme blaski
Zamykam je w sercu głęboko. Boskim zwyczajem, nawet gdy nie niedziela.

Slebodne nadtatrzańskie obłoki. Hałasują w przestrzeni wiatru podmuchy
Po zboczach turnic zwiewne słońca promienie. Spływają w przepaść ciśnięte
Obłęd krokusów sięga w głąb serca. Pod powiekami ślad wiosny zostawia.
Z sercem pełnym zachwytu, po zrębach skał doznania niemal boskie.

Święto Gór – wizja ma zawsze serce otwarte. ( MFFZG ) myśli trzymają się podwórka, 

W Zakopanem ( zza stołu ) krzyknął ktoś, ( Naski świat ) do przodu winien zmierzać. Góralska muzyka, to duszy otwartej wołanie. Ich śpiewne twarze z sercem podobnym. Wierchowa symfonia ( tu ) winna zagościć. Kierdel i Redyk Karpacki – uszczęśliwią gości.

Radość widzę o każdej porze ( gdziem tyle lat przeżył ) w transformacji systemu. 

Gdzie ciemność zmieniała się w poranek. Strzec się szału „halnego” powietrza, Niszczącego harmonię. Na Krupówkach, prześpieszając kroku ( niby ) turyści mkną na szlaki. Pomiędzy spokojem ( bywam tam ) posłuchać muzyki Skalnego Podhala.

Wolność bez instrukcji obsługi

Każdy z niej może korzystać
na swój sposób
wolność otwiera drogę
do dyktatury siły
rodzi kontrowersje
nie tylko dla demokracji

Tracąc poczucie wspólnoty
nie pozbędziemy się zła
wiedzy niepodważalnej.

Zadawanie pytań w odpowiedzi
wymaga modelu słowa
dyskusji i polemiki
W dzisiejszych czasach
wartość człowieka
mierzona jest
bystrością umysłu

Każdy dostał swoją szansę
kto jej nie wykorzystał
to jego problem

Patrzymy na bezdomnych
dotkniętych alkoholików
potrąconych kalekich
bez gestów miłości
nasza litość pozorna
cieszymy się ( że )
nas taki los nie spotkał.

Jesteśmy dumni,
bo jesteśmy poza nimi
w dzisiejszych czasach
żyjemy na własny rachunek

Dzień dobry
w kierunku sąsiada
kulą u nogi teraźniejszości.

Cywilizacja [ zachodnia } …
straciła pojęcie sąsiedztwa !
Rodziny odgradzają się od siebie
coraz wyższymi płotami.
Im więcej uciułam ( mam więcej )
Im więcej, tym jestem lepszy.

Ego, przerasta osobowość
żyjemy własnym życiem
wolną wolą w dmuchanych pałacach
to kalectwo . . . rozpacz . . .
dwudziestego pierwszego wieku.

Wciągają nas nowe trendy
owczym pędem wolimy podążać
za głosem większości
bycie w opozycji bywa trudne
ale, okazuje się nową stronicą.

Chorujemy na obojętność wobec przemian,
które, dzieją się na naszych oczach.
Nie mamy siły na walkę.

precki …

trza było stela uciykać
sukać drogi do sedna
 
życie biyło po gaciak
po wygłodniałej dupie
 
nie dowiyrzając obawie
jak długo potrwo

w państwie milicyjnym
zerwać siy z łańcucha

zwiywać stąd LOT – em
abo, jako kto umioł.

przypadłość u krawca …

( przyseł cas odebrać góralskie portki ) …

W ochrypłym krzyku wron …
posród gałęzi, ośniyzonyk wiyrchów,
kany, ptokom skrzydła ustajom
na pastwe losu, mgłom przeposano
leżokuje polana – Blachówka.
W dujawicach w śnieżycy, zakurzonom drogom
po stromiźnie iść przedsie
na samiućki wiyrzchołek.

Wbrew rozsądkowi, na krawędzi stromizny,
zabudowania krawca …
za krzywym płotem szary cłowiek
patrzy sennie niemytymi oknami

Dujawica, pod okapem – pęd wiatru.
W piecu płomienie irytujące,
brak cugu i sadze w kominie
rozwiany dym i otoczenie ksztuszące.

Na stole, nożyce do krojenio sukna
zbyt ciche, coby mozno je słyseć
w ludzkich dłoniach, rozkładajom ręce
w bezruchu deptająco ciyrpliwość
w domowej ciszy na krześle fachowiec.

Wzrok izbę otula – trawi i nęka
wyrozumiałym uśmiechem
badom niedosłe posłannictwo.
Zasłuchane tramowe ściany,
wycekujom na wyjące wiatry
Moje stracone złudzenia.

Z kobiecym ciepłym akcentem,
gaździnka (jedna z córek krawca)
w swoim dobrym guście
obrzuco fastrygom – topi wzrok
trzymając za uzdę kucyka (małego jeźdzca)
który w przebraniu (hetmana)
pragnie ujarzmić rozjusonom bestie.

Na śkle Swięty Florian
w ogniu milcynio
pozbawion pragnień wisi na ścianie
naprzeciwko odrzwi
woda mu cieknie z konewki
zza rogu corny kot zaziyro przez okno

Z udawanom rozterkom,
Bóg, prowde zno dobrze.
Dziyń za dniem – bez pośpiechu
z namysłem tkliwych słów
Scyrość; w którom juz nikt nie uwierzy.

Bioła izba; skrywana przed ludźmi . . .
W wystroju mo swój bezmiar uroków !
Gobelin tęcuje kosulami zbojeckich hetmanów
w kotliku ik syćkie skarby
Na głaz siy styrmiom wystrochane zwierzęta
w ciepłym swiatle bedom siy oswojać.

W aureoli twarz – tatrzańskiej Madonny
w góralskim odziyniu, w szalu ze strzępkami
pomiędzy zdarzenia spoziyro – ku Tatrom !

Pod brzyzkiem – w milcyniu – dom krawca
Skromny ma domek – krawiec …
Na piyrsy rzut oka – nie caruje ?
Ta sama żyrdź powiysono nad głowom,
kilka, skrojonych na miarę portek …
Na ławie zwoje sukna cekajom na chęci.

Notując w umyśle – obrostom w niepokój …
Trudno uwiyrzyć, choć było ustalone (spotkanie)
Ino, zawse siy znońdziy jakisi wymówka ?

Mięknom kolana i włosy stajom dęba
Głoskane słowa i szok w myślach skłębiony …

Dlaczego u krawca nic się nie zmieniło ?
Kolejność rzecy – wse tako sama.

1 – kwitnąco obietnicami
2 – niesłowne nożyce
     obcinają po skrawku nadzieje
3 – cas nazwać rzecy po imieniu

Oko nie widzi – ręka nie robi …
To – bez-sens i bez-chęć …

Krawiec – jak zawse – tyn som …
– rozgrzys …
– bydźze cłowiykem …
– cłowiek – nie wielbłąd …
– rozgrzesom …

Ktoś musi rozweselać Blachówke.

Lokatorka …


Chodnik biegnie środkiem ogrodu
Pani Bronia, od dłuższego czasu
Mieszka tu na wynajętym.
Tu doświadczało ją życie.
Cemu akuratnie tu?
Na skraju polany …
Nie daleko od lasu
Pod wiyrch – dróżka kręta się wije
Na sam koniec – Pitoniówki.

Pani Bronia, w tajemnicy przed mężem
Farbuje szare dni na bardziej kolorowe
Odbiciem w lustrze …
Skręca coraz to rzadsze papiloty.
Plasterkiem buraka …
Na policzkach słodzi wdzięk makijażu,
Maskując zmarszczki dymną zasłoną z papierosa.

Tli się postokroć na krawędzi stołu,
Zostawiając nadpalone ślady …
Popiołem opada na drewnianą podłogę
Wokoło pełno takich wspomnień.

Ubrana w powabne przeźroczyste tiule
W koronkową bieliznę ( krótszą ) od jej imienia
Wieszając pranie na sztachetkach płotu
Zalotnie kusi listonosza z rowerem.

Kiedy przeczyta dostarczone nowiny
Pani Bronia …
Ubiera sukienkę w stokrotki
Stukając wysokimi obcasami
o wystające kamienie
Radośnie chodnikiem

Wymyka się na pocztę.
Dziś listonosz uwolnił jej rentę …
Będzie mogła w torebce poszeleścić …
Przy okazji w GS-ie kupi – eliksir młodości
Lubią z mężem – wlać do herbaty.

w istocie rzecy …


Goralsko, pozłocano dusa lubuje siy we furganiu ( precki ) …
Jak ktosi kce furgać, lygo na wyrku pod ryzowanym sosrębem
Wtej dusa natchniono, zmysłami luźno, wyślizguje siy z pęt.

Kozdo dusa za kozdym razem wymyko siy ( wse inacyj ) …
Zolezy od pozycji, od ułozynio ciała. Przed wschodem słonka
Inacyj siy wyzbywo ( kie lezys ) inacyj na klęconcku.

Ponieftoro, wyjątkowo uwielbio pływanie w obłokak
Nurkuje jak kijoń, ciupaga, abo inso wodno gadzina
Mnóstwo jes takik dusycek ( ozmiłowanyk we furganiu ).

W istocie rzecy inacej gruchajom seniority pogodzone z losem
W zimowej zowieruse, daremny trud przeniko im ciało i duse
Bez ciepła – trudno jest przezyć – nawet nieśmiertelnej.

Bez światła, styrmie siy tako ( po byle cym ) jak ślepe kocie
Demona pokus prowadzi na kraniec, coby siy nie zatracić
Bez powodu nie popaść w obłęd ( zerkając na kobiece wdzięki ).

Pospolicie godo siy o nik ( opiyrzone – latawice )
Rade siy gniezdzom w takim do słonka gniozdecku
Istoty delikatne, traktować ik z przymruzeniem oka.

Cd. LUDZIE Z POLAN …

owdowiała gaździnka …

Radują się oczy z takiego widoku.
Na drugim brzegu Cichej Wody
znajoma pani Marysia
nachylona nad stolnicom
przyłapana na gorącym uczynku.

Zmęczona ciągłymi zwrotami akcji
dwoi się troi, coby było jak trzeba.
Stara się podnosić i głębiej zanurzać
wysulać, na tarce wytarmosić, 
stokrotnie w rękach ugnieść
na skale kijankom wybić, wytłuc 
i jesce raz – zamocyć w potoku.

Czterdzieści pore roków temu
(naj) ponętniejsza pierś …
Oderwać wspomnień do dziś nie potrafie.

Nabrzmiała bluzka falując oddechem 
pochylonej nad balią …
śledziła kolor zatapianej bielizny
z uśmiechem 
rozchylał się dekold
pomiędzy piersią a piersią medalik.

Darmo otwieram stronice wspomnień
porządek w rzeczy samej bezwzględny
przedwcześnie ubywa nas za życia.

Jej życie się rozsypało – jak bańka mydlana.

Namaluje z pamięci …

Spojrzeniem namaluje tatrzańskie pejzaże
Góralskom duszom – tkwi ona we mnie.
( Naskom ) przybliże kraine, pędzlem umaję,
Tońcem, rozkołyszę dni, co śnią siy na jawie.

Giewont, Kope, Krzesanice, Twardy Upłaz.
Wycaruję z obłoków, wydobęde z pamięci
Góry, do spółki ze słonkiem sprzągnięte,
Hole we mgle i turnic wystające końce.

Wrażenia w sercu same siy budzom ( z tatrzańskiej krainy )
Zdarzenia na biołym tle śniegu w biegu siy kręcom
Hań, na tle nieba po grani schodzom ciymnym wąwozem.
Las na przełęcy, pełen rogatej zwierzyny i lotnych ptoków.

Rześkie powietrze i dymy z kominów oderwane od chałup
W kaskadzie, próbujom zakopcić podniebny widnokręg.
W odzewie holny ( wiater ) w biegu do akcji siy włąco
Na płaskiej polance w przewrotnym szyku – wiatrołomy.

W głębi, ziemia odmarzła, pod zasiew macho ręcami.
Wiesna pochnie na Smytniej ( juhasi ) wskrzesiyli watre.
Hole, źleby, upłazy zielone, kwieciem bogato zdobione.
W głowie telo obrazów. Dzwonki zbyrkajom pogłosem ( kłapace )
Wśród rwących potoków – Sobczyk – pędzel zamocył.

Po mistrzowsku … niebu doł barwe ( błękit królewski )
Szałasów staro dynastia w różnych odcieniach kolory …
Kanarkowo-modre i rdzawe, naprzemian zrobiły sie cieplejsze
Po Reglu, spojrzeniem piykne drzewa, rozmaitość zieleni.

W mozaice szałasów, krokusy nabierają głębi fioletu.
Na szmaragdowej hali rozkwitają słońcem. Wsród tłumów
Dumnie się chełpią, swoistym urokiem zatrzymują oczy.
Ludzie, uparcie brną na przekór zakazom, deptają idee.

Czego pędzel Sobczyka nie dotknie w obraz oczom zamienia.

Domorosłych artystów, krytyka ich nie docenia.
Nie przekraczali utartej granicy,
Wielkiej sławy nie było im dane
To taki wypatrzony schemat, tylko
trzeba serdeczność obrazów zrozumieć,
korzeniami tkwiącymi w – Tej ziemi!

Artysto, w zdecydowaniu drzemie geniusz,
siła i magia, upartość w swej woli.

Cokolwiek robisz lub marzysz
lub całkowicie się czemuś poświęcasz.


PS: śp. Stanisławowi i Władysławowi Sobczyk – Kiernia z Nędzowki

artystom – samoukom, za ichoryginalnośćw swojej twórczości.
Na zawsze pozostali przy swoim.

Staruszek siewca …          / który ożył na swoją sposobność /
                                         

Na Podhalu … 
 
Ciśnięta przed się garść owsa z nadzieją opadła skibom na ugór.
Bez prostego horyzontu niebo w swym kształcie rozpowiada o rozkoszach wsi.
Pod wierchami mgły, ku ziemi siy chylom. W obrębie prognoz synoptycy wymownie.

Sprawiedliwość dziejowa próbuje się odbić ponad to co widać.
Wiater ( holny ) wiejący pędem po dziedzinach sporo szkód narobił. 
Spoza Ostrysza lodowaty powiew plewy z przetaku wywiewa, rzuca na pastwe losu. 

Duszność nozdrza trawiąca, Szydzi nadmiarem obornika i gębę siewcy wykręca. 
Wzrok marszczy poczciwy staruszek, owinięty w płachtę zgrzebnego płótna.
 
Raniąc stopy do zmroku, włóczy za sobą gawiedź rozkrakanych gawronów.
W pęd ziemi siejąc z zanadrza gołymi rekami, ciska pomiędzy kopcami kretowisk. 
Powłóczyste kroki w tajemniczym ustroniu, echem się potykają o wystające kamienie. 
Przymknięte powieki widzą bruzdy rdzawych skib. Stąpa po nich ze spokojem parzenic,
Siewca, garbiący się staruszek, Przeciera wzrok wsparty o krawędź Regla. 
Starość ma zawsze szydzącą cierpliwość. Słonko, wstydliwie schowało się za Magórę. 

Gdzie, przeorana ziemia. Zlatują się stada. Kolejny dzień w drodze towarzyszy. 
Ze wzruszeniem spoglądam na czyjeś jutro! Na prostowany ( obolały) grzbiet.
 

Codzienny trud . . .

Trzeba odcisnąć dłoń ( pospołu z babom ) na łąk kwiecistych kobiercach
Na progu września grzmią wylewne chmury i kępy brwi marszczą. Opodal
Szczeka pies. Spłoszone wróble na czubku topoli. Zagonom łuskajom się owsy.
W mendlu snopki powiązane na obłap (lgnące pod cepy) jesienią
 

Polną drogą maki ucztują. W ogródkach świat piękna. Malwy strojne
w szafranowych sukniach. Omieść wzrokiem – – – ( studnia garbata ) –
z wyłamanym zawiasem. Na ociosanej podmurówce – postawiono kościół
w strzeliste wieżyce. Tutejsi – szczęśliwi rzędami w ławkach ( duszno ).
 

Deszczowe niebo. Niedzielny odpoczynek i pacierz przykładem dziecku
Dzwon na Anioł Pański tkliwością wiąże obszary. Spiżowym językiem,
przekazuje nabożne wieści. W tajemnicy pokory ( boli ) sumienie.
Chrystus – ukrzyżowany na ramionach obwisły – mocuje się z losem.
 

Na klęczkach ludzkie serca schowane w ramionach, Pod naporem słów
Woskowa łza wierci namiastką. Po trzykroć ( powodem ) zew koguci.
Na odsłoniętej skroni ( znak popiołu ) na pamiątkę dni. Miłość wieczna
Gazdowie z wrodzonym rozsądkiem uczynku ( błagajmy ) chleba i wina.
 

W słodkich litaniach – misterium życia i akt oddania. Z naręczem tajemnic
idziemy do źródła. Po niezbadanych orbitach dusze szukają własnego kąta.
Na klęczkach rozdarta wyobraźnia i nogi sukniane w parzenicach.
Z klęcznika gwóźdź ( obolały ) wystaje. Pomiędzy żebrami cieknie krew.

Barz piyknie przepytuje …

– za dobre chęci, co spełnić siy nie zdolały
– za cułość dobryk ucynków naręcze,
– za mylne kroki, bo w świat siy wybrały,
– za Wase trudy w życiowej męce,
– za źle zużyte zdolności moje
– za samowole i chwile w udręce
– za Wase troski i niepokoje
– za syćkie przykrości, za łzy, uśmiechy
– za tych co wiedli kroki moje
– za syćkie błędy, za syćkie grzechy
– za scęście nie scęście cyjesi i swoje

– barz piyknie przepytuje.                                                                          – śp. Rodzicom  

Losowi na przekór

śp, bratu Franciszkowi.

Na Chotorzu z impetem przystajoł "wesoły" autobus PKS * ( PeKaeS )
Niedaleko mioł stela ku swojej chałupie ( hań siedzioł ) . . .
wielokrotny Mistrz w biegach narciarskich i gołębiarskich lotach.
Siłom rozpędu gołębie tego hodowcy lądujom na kalenicy, klapa ... 
Popod dachowom przepaściom jest inny świat, trza do niego przywyknąć. 
Zmysły zajęciem spełnione, ocy syroko ozwarte, po skórze subtelne ciarki.
Przez długie miesiące niewiedzy, sumiennie wypełnioł nakazy ( medyków }. 
Widzioł je jako zielone, ale hań w gołębniku, wse łuskała siy karma.
Choć ręce jak klamry, spękane. Otulańce od mrozu siy trzęsom w Kiyrzance.
Franciszek, głowom potrząso na to co Bóg zesłoł. Wortało trudzić ręce.
W dwójnasób - dzieci dorostajom, scęśliwe w ocach nosom radość.
Wzdłóż pleców zaplecione warkoce. Głęboko w pomoc boskom wierzom.
Domownicy, cekając na lepsy obrót sprawy, majom strach do wyboru. 
Patrząc na skrawek Regla, za oknem "na Morgu", socysto zieleń dzieciństwa. 
Domownicy, cekając na lepsy obrót sprawy, majom strach do wyboru. 
Noc (tako ciemno) po nasej stronie gór, schodzi pyrciami w dół.
Rozumnie zbierając siyły, z dumom doglądoł spadkowych nieuchronności.
Cłek, wsród dróg a niby na rozdrożu, idący po omacku w odwiecnom kraine.
Śp. Franciszek z wysokości niebiańskiej polany, spoziyro na kordon żałobników. 
Stąpający w orszaku, po grudzie codzienności, potykajom siy ludzie. 
Gnajom za cymsi, goniom, omijając nurt główny, kozdy mo - policone dni.

PS. / Franciszek zwątpił, nie kcioł ucęscać na dialize /

tak – jak – nieobecność …

śp. bratu Franciszkowi w piyrsom rocnice śmierci …

Na smyntorzu – mogiły rządkami usłane, ik losy pogodne abo mrocznie stygnące,
gdy troska nie skąpi łaski. O zmierzchu, mgła siy ścieli nisko po nagrobkach.
Kolejne godziny, wzrokiem wsród krzyzy. Pomiędzy smreckami majacy zarys gór.
Przykuwo uwage. Zzo wierchów, chmury siy piętrzom. Styrmajom po ścianach  
Giewontu, pod Reglami w te razy ( jeleń ) powolnym krokiem przemaszerowoł.
Nie cując atmosfery strachu. Ponad gasnącym pejzażem falujom gołębie Franciszka.
Na smyntorzu – mogiły rządkami usłane, ik losy pogodne abo mrocznie stygnące, 

Siłom rozpędu, stworzenia tego hodowcy w pędzie zlądowały na scycie kalenicy
W gołębniku stygnace czuwanie. Drugo połowa doziyro tego samego. Jak zawse,
długie godziny, przetrwać przy uchylonej klapie, chwile radości abo zwątpienie.

Z kozdym kolejnym słowem „Oreł” pod salwom spojrzenia ( losu nie przekupis) 

Przez otwarty próg, nieprzyjazny wlatuje chłód. Po zarośniętej  twarzy  szron. 
W gołębniku – śp. Franciszek, przez sześć godzin dziennie ( furgotoł myślami ).

Dziś w milcyniu ( domownicy ) majom moc casu zrozumieć – najeżonom cisze.
Walki o przetrwanie. Na trzecim planie – wiatrołom w niezręcnie powalone drzewa.  

Na odludziu księżyc płacze. Na wieki rozłąka, zamknięte powieki, wrośnięty w ziym.

Na odwiecnej drodze przycajony w ciemnościak strażnik. Wypatruje wędrowców.
Idom skupieni w stafażu świec. Potomnych splecione palce – ktoś cicho szlocha !
W krągu swych skarg, szorstkiego świata iść,  gdzie pałac miodowy za górą

Dziś, śp. Franciszek; wzamian pokuty ( układo skole w kubiki – porządkuje plac )
One mu duse ozgrzywajom, prowdziwe klejnoty, całe jego bogactwo,

Zdyszanym okiem – hań, drzewiej był młodnik, dziś las zasłanio zachód słonka. 


PS. bratu Franciszkowi, który od ponad pół wieku nie zgolił brody.

bez względu na to …

zmieniając nogi siedze na krawędzi pościeli
tak siedziała moja matka kiedy siy modlyła
pamiętom jej wargi nie malowała ik nigdy
zawse lekko otwarte słowem do Boga
ocy chętniej wracajom w miniony cas
bycie samemu nie oznoco ze jesteś samotny
spotykomy siy z serca te słowa ciepłe
pola widzenia wokółku syćka jak jeden
nie zadeptywać granicy nieśmiertelnej
pomiędzy światłem a mrokiem zamykom ocy
w modlitwie som ze sobom ogarniom horyzont gór
na Pitoniówce gaździnki grabiom pokosy
skoki ciśnienia przy sianokosach dochodzi pośpiech
przez siedem dni atmosferycnyk zawirowań
skupiom emocje samopocucio – cuje siy OK

z duchowym czynem …     zakopiański Sylwester !

trzeba żyć w zachwycie bez śladu zmęczenia w dziejowej zamieci
śmiech zwielokrotnić z chichotem zaistnieć w tłumie zaszłości
otucha z głębi Krupówek mało co widać naprzemian – coś za coś
w punkcie u zbiegu „oczka” odchodzi czar i urok nostalgii
betonem zakopiański styl odwraca się od Witkiewicza
na Równiach namiotowa płachta na orkiestrę elektroniczną
w nocy budzi nas bicie bębnów jazgot klarnetów trąbek obojów
brzdąkają klawisze w toni jupiterów wszędzie kamery kręci telewizja
na bilbordach przesłanie całymi pękami kiwają się ludzie
z niedopitym łykiem wyśpiewują przed koncertową platformą
smyczki górali na poboczu łaski czekają na pokłon prezydenta.

Pomiędzy niebem a ziymiom …

Uwijom siy tęgo – kielo ino moge, coby zdązyć przed casem,

Zanim siy zwiyńcom godziny zmiyrzchu. Chmurne mozaiki
ponad Polany. Przewrotność losu wędrując rozrzedza myśli i krew
Wedle woli na kolana chwalnie przycupnońć, ze swoim Janiołem
Posukać Niebo na Ziemi. Zaś ziemskie skłonności – niekze mi Bóg wybocy.

Wierze w grzechy, lubieżność i chciwość. Upór i strach som w nasych żyłach.

Ze skruchom win ( co trowi ) spojrzyć w ocy Ukrzyzowanemu, bliskim,
Co odesli z haw-tela. Poecie słowami pokrzepy, żmudne wersy znoju pochlebić.
Pociecha daje nom siyłe, do ucynku naboźnie mnie wiedzie. Moc nieodparto,
Ku ziemi przodków. Ocy i wargi wyznaniem. Zaświecić świycke, osłonić.
Niekze siy poli. Wyświechtany ( goralski ) kapelus na ciemieniu wypłowioł.
Z nadziejom dojrzywo modlitwa. Uskrzydlone ucucie, dojrzały ciężor wspomnień.

Tajemnica śle radość i łaska trzymo w zachwycie, skoro Bóg jej udziylo
Nie przez przypadek ” taki obrozek ” z cierpień i łez. Tam łzy i krew, męczeński skon.
Klinga ramion, udręka lędźwi, w zadumie przeniko zmysły. Nie słychno płacu,
Ino serce doraźniyj kołace. Takom chwilom chwałe Niebios ukwiyco.
Powtorzojcie ze ciyrpiym ! Niek spadkobiercy rozejrzom siy w krąg (jak konom).
Kyrie elejson! Okozuj łaske i miyłosierdzie za syćkie grzechy nie tędy.

Cy bocycie Janie ?

Jesiennom tęcom miyniały siy Regle …
Z dygotaniem przemarzniyntyk liści – jesienny koncert
Głusony poszumem trow perlistyk
Do serc prostyk siy wciskoł, ościyrzom uchylonyk kwater.
Na szali powiek – niezatarte (onych) dni wspomnienia
Grom na gwieździstym niebie, rozcapierzone błyskawice.
Pośrodku śtyrek ścian, krzyzujom siy nase spojrzynia.

Akurat to była sobota – jak dobrze pamiętom,
Choćkiedy wspomnienia w mrok odchodzom, ale nie ginom.

Janie … przysełek siy z Wami pozegnać …
Z Podhalem siy musis pozegnać !
A ty kany – cy do światu siy bieres ?
Wyrazy padły głuche – do uszy wkradła siy głębia …

Otwórz duse – na ławie tu siednij (blizyj) koło mnie.
Coby słowo było jako słowo i serce biło jak serce.
Ceremoniał był krótki … dłoń podana w uścisku!
Sceść Boze – niekze ciy Bóg prowadzi i dopomoze !
Wypedzioł poszeptem ( powtórzył ) głęboko wzdychając.

Niek’ze – cie – Bóg strzeze !

Dodając po chwili … ta wschodnio halastra (ona) syćko popsuła
Marzenio ludzkie w cień przegnała, a prowde wstec – zataiyła!

Przeto – jutro, dodnia na kolej – skoro świt trzeba ?
Stoł wyprostowany, w nie chetki góralskim odzieniu,
Boskiem, z kosulom rozpiętom na piersiak, jak Rejtan,
Głowa w tył odchylono, nos orli, sumiaste wąsy,
Dobre niebieskie ocy, pełne ukrytej prowdy.

Pitonie z Polon – na przełomie wieku …
jedni z piersyk do światu wyrusyli – gromadka śmiałków.
Za nimi, od skurcu do skurcu – od hekatomby do hekatomby,
Pochód nieprzerwanie, az po dziyń zmortwychwstanio.
Poza granice wędrowoł z błyskiem nadzieji – tykając klamki oporne.

Drzewiej; był kij sękaty, worek na plecach i smętek rodzinnej wioski.
Mozołem oklepane dłonie, skaplerzyk potem nasycony.
Z nędzy galicyjskiej – śli, w poniewierke – po lepse zycie, nowe.
Do arki brali kozdego – śifkarta starcyła za paśport.
Banknot, za nojlepsy dowód – chłopsko dola siy na tym nie końcyła !

Bo – jakoz chłopu z Podhola (bez owiec) po świecie wędrować ?
Hochśtaplerzy z oszustwem, wse cekali na takie przypodki …

Huknęło jakoby z ambony …

– Zol duse sciskoł, wolołbyk nie obziyrać siy za sobie
– Jak ziemia nasko – Polska tu na Podhalu – ostawała w odrynku.
– Pola odłogiem zalegały – bo rąk na roli zabrakło,
– Przeciyze telo Polski – kielo rąk i serc do cynu !
– Robocizna w mig podrozała a wróg mocniej pomiędzy siy wciskoł
– Do dziś – niechlubnie – żeruje na naskim chlebie !
– Do dziś dnia, chłopy, wychodzom na poniewierke – polskie idom chłopy!
– Istny odlot ptactwa na wyraju … (snuła siy powieść Janowa)
– Tam na wos cekajom krompace [kilofy] i hieny pazerne na brzegu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mówił to cłowiek, który jesce przed wojnom bywoł w „świecie“,
Weteran z wojny bolszewickiej, drugiej wojny światowej, w szlaku bojowym
Wojowoł dumnie w brygadzie z gen. Andersem ( jako strzelec podhalański )
Po trasie rzeki, pustynie, skwarne słonko i księżyc w niepewność i krew.
Była Dunkierka, duszny Tobruk, urwiste wzgórza Monte Casino,
O Anglie siy biyli, bo Polsce chcioł wolność przywrócić.
Bo tam skąd rusył – tam, kcioł siy wrócić.
Bo ka’siy ulągniys tam ciy wse ciągnie …
Opowiadał to człowiek, któremu odumarły wojaże, marzenio
Śmiał się przez łzy … jak opowiadoł swoje wspomnienia.

Zawse słuchołek Wos wytwornyk, ludzi historii w dniach historii !

– Pamiętom Janie; liści konanie, traw zeschłych koncert
– Mój weteranie, dlo mnie odsedłeś w amarandach,
   w tułacza … dalekom droge !


Ps. Wiersz dedykuje śp. Janowi Sobczykowi-Kierni, ps. „Karamio”, członkowi zespołu regionalnego Polaniorze, którego w tym czasie byłem kierownikiem, a to w latach 1977, aż do wyjazdu w 1979 r.

za Wielkom Wode. Mocno opóźniona wieść o jego śmierci, o której dowiedziałem sie po niewczasie.
Na pewno był to człowiek godny uwagi ze swoją życiową filozofią.
Sam mając około 50- tki i prawie już dorosłe dzieci – zaciągnął się do armii gen. Andersa, przeszedł cały szlak bojowy. Mogąc zostać jak inni na zachodzie, wrócił się „ku swoim“ w Polany !

po ćmoku, gazdujom dziwożony

ćma – ciemniućko noc

po-ćmie
ponad bajorkiem
lawiruje ćma

pogmatwany len
cuchrajom topielice

horror …
ozchylo jałowce

po śladach księżyca
ławica obłoków
sunęła po nocach
wśród smreków i jedli
śkaradne leśne istoty
jazgotliwe “mamuny”
z obwisłymi “cyckami”
z gołym podbrzuszem
namolne boginki
z nagimi wargami
pluskajom siy w wirze
w wodnym odmęcie
wielko ik frajda i zbytek
zbereźny czynami
prowokujom staruszków
omamiajom parobków
dziwadła im siedzom
w głowach naiwne myśli
hałasujom krzykliwe
w jaźni szarawo noc
gwiozdy na niebie ściymniały
           

ćma
            ćme
                        ćmi
                                  po ćmie
połówka nocy
rzednie mgła
niebo ciece

śiompom
                       mglisto nić
w scelinie
pukło
ziorko bucyny.

topielica – mamuna

Matka natura


Limbo
chylos siy
wiatrom

śiompawicom
w podzięce
za wilgotność

Morskiemu Oku
siy wdzęcys
za przeźyracke

syćkim ludziom
co nic nie zrobiyli
dlo środowiska.

Lawina …


z niedobocka

L
    A
        W
              I
                  N
                        A

skiełzła
do
Cornego Stawu
na lodowom
tafle
ino
utopić siy
ni’moze
otocono
śkarpami.

W kręgu gór …

1.

Pożrej po Tatrach, na ten twór przez nature stworzony,
Od milionów roków nieustannie wiatrami głoskany. 
One zyjom, choć dusy ludzkiej ni’majom - korzeni. 
Ozrucone w kręgu, wielkiej dla turystów przestrzeni.
Pożrej na hole, na ten las, na wdzięk, urode, na niebo granatowe, 
Na ik potęge, co od zarani skrywajom w skolnych masywach. 
One zyjom, choć dusy ludzkiej ni’majom - korzeni ... 
Zawiesone w przepastnej - niebeśpiecnej dlo cłeka przestrzeni.

2.

Pośrod trow spolonyk słonkiem
w mrocnym borze urocyska
pośród piorgów źleb urwiska
wsędobylskie osypiska.

Pośród dźwięków, śpiewu ptoków
co przed brzaskiem dajom koncert
w krzyku wichrów, dysca, śnieżyc
mnóstwo dni, spędzonych godzin

Pośród miejsc, ka’k bywoł z Tobom,
w miejscach w któryk ciy kochołek,
w transie szeptów, ludzkich pieszczot
cok Ci je – ofiarowałek.

Dziś myk śladow tam nie sukoj,
downo juz zarosły ścierniom
Zajrzyj w lustro włosnej dusy
Głuchy dźwięk dziś w sercu wyrwom

3.

(  ptoki, krzoki, pnioki  )

na tle gór
drzewa stanęły piętrowo
kozde na swoim miejscu

Piyrse …
odzione w liście
wysokie i ozłożyste
z wielkiymi konorami
ptoki siy schodzom
ozanielone . . .
wchłaniajom widoki

Drugie ( krzoki ) …
nie były juz takie wyniosłe
choć wse majom w sobie moc wdzięku
zakochani przychodzom
radujom siy w kręgu

Trzecie wystajom ze ziymi
ścięte, choć zasiedziałe
( ostały siy ino pnioki )
prześwitem leśnej natury
góry na nieboskłonie
sałasów urok
kwieciste hale
w strojne odziynie ubrani ( górale )
swojisty ik język gwary.

PS* Górale pod Tatrami dzielą ludzi na;

Ptoki; to takie stworzynia coby ino furgały z miyjsca na miejsce
one nika ni mogom zagrzoć miyjsca na dłuzej

Krzoki; to tacy ludzie, co nie urodziyli siy na Podholu ino haw siy zatrzymali ( na kwile,)
kiedy spomiarkowali, że tu jes fajnie i kcom tu łostać. Radzi som góralskiej sprawie,
miyłujom kulture, radzi jedzom kwaśnice, oscypki, moskole z bryndzom.
Wiedzom, że tu nasli swoje miyjsce.

Pnioki; w naturze pniok styrcy głymboko zakorzyniony w ziymi,
Tak samo jes z kozdym górolym, ftory jes na tyj ziemi z dziada pradziada.
On moze troche powyndrować po świycie, ino jego miyjsce jes tu kany jego korzenie.

4.

Do dnia
Wcas rano
Widziołek ptoki
Zbiyrały siy do odlotu

Ino – Niebo
Nie było przyryktowane
W jakim odzieniu
W jakim nastroju musi wystąpić.


5.

ze słonkiem w plecoku za wiatrem
zielonym szlakiem chwacko w góry
bo hań widok ogromnie podnieco, ciekawość
w dolinie, wąwozem, przesłość i przyszłość
w cieniu kamiennych rumowisk, ćmi w oczach
lęk, pomimo woli zagęszcza go tłum ludzi
w marzeniach stygną motywy działania
przeczekać dujawice, na rzęsach powiek
namiot w wiatrowej smudze, targany
odgłosem nocy, księżyc w połowie i gwiazdy
w kosmosie, pełnia, niebiański spokój

środek sezonu zastany, chwilowo w tarapatach
niepokój nerwów bodźcem szepcze do ucha
gdzieś tam wysoko, ktoś szuka szczęścia
hałas przeraża gdy błąd popełniony.

gdy głowa płonie, dramaty się mnożą
huk skał, ogromna przepaść lotną wizją
wąskimi perciami w głąb, pod góre
płochliwie włosnym rytmem, po klamrach
z mądrością pokory, zamarznięte powietrze
z przestraszonym spojrzeniem, pionowy lot obok ściany
gaśnie przestrzeń granitowej turni, opadając z obrywem
czarne na białym, wygórowana groza, bolejąca
pamięć, pod ścianą urwiska czuć wzdychający epizod
tam nagie turnie snujom opasłe historie
załamują ręce, na wygniecionym śniegu
krzepnąca krew

to ludzie gór na nieporadnej krawędzi
przekroczyli granice fantazji
u ramion gór pochowali swoją pamięć
horyzont z żalem odbiega, tylko ich duchy
krążom nad Osterwy przepaściom
zaklęci w martwe kamienie
żałujom za chwile nieuwagi
prosząc o wyrozumiałość.

6.

Kochom – miłościom gór
zabierom widmo
bacy z redykiem
który, wyrusył na zarobek
po kolejnym spadku indeksu
stało siy zadość
taki niestabilny układ
na dutka wystrychnięte życie
jak na wspołczesność przystało
taki szulerski układ
nocnej zmiany
blizny szpecom
bacowski zwyk
rzucony w otchłań
pochyłej codzienności
aby z redykiem
w drogę wyrusyć
ku ośnieżonym scytom
miłość nie ustaje
zawód nabiero powagi
spod kłabuka
reśtkami źrenic
usilnie patrzoł bede
na chyłe urwiska
tam Bóg posadził dziedzictwo
na brzegu wartkiej wody
takie piykne widzenie
o dwa kroki stąd
oscypki dostały “patent”

7.

Kochała, Władusia …
On tyz – straśnie jom rod widzioł
serce był skłonny dlo niej wypluć
na oscież otworzyć duse
za Jej miyłość – boso gonić po ściyrni
na ocach tłumu siy okalecyć
coby ino Jej było dobrze

nie widziała wtej tego
omamiono
a teroz ?
syćko wziyno w łeb
Ona musi kochać reśtki cłowieka
co za zycio
z włosnej woli stoł siy
zatraconym „aniołem”


8.

Ona, nie jest juz takom
młodom drycnom dziywkom
jakom jom bocymy
Jej długie gęste włosy
splotane w powoje warkocy
przeżedziyły siy mocno
posiwiały – straciły blask
piykno gębusia
rumiane policki
bez odwrotu
bruzdami siy pokryły
i nie jest juz tako paradno
i nigdy nie bedzie
Jej uroda przegrano
blask ostoł ino tłem
mało kto w niom wierzy
jedynie Bóg racy wiedzieć
w Nim mo nadzieje
kobieta
na śpytolnym łózku


9.

Chleba nasego powsedniego
dołeś nam ręce na góralskom niedole

Ziymie skolnom nietajony szczep rodu
obrodziyła w kamieniste ugory i wanty

Bólem pleców w trudzie usypane kępy
dziełem pokoleń, sobom ciągnięte radło

Ofiarnie rządkami zakopane grulecki
z jednym tchnieniem – góralski owiesek

Sypies ziarnem w okolicach kwietnia
bez rozmachu życie bywało na kartki

Nic nie spaduje darmo z błękitnego nieba
O, dali – kiedy ten błękit ocom się przybliży?

Samosiejki na skarpie w braterskim uścisku
w alarmujacym tempie zasiedlajom pobocza.

10.

( w obrzędzie procesji Bożego Ciała )

Umilkliśmy przy kaplicy na Prędówce
gdzie długim podejściem zmęczeni
wsród napęczniałych kwiatów lata
przytłoczeni bogactwem przesłania
kolorami odzienia otaczających nas
ludzi o pięknych prostych twarzach
szarych dylematach swoistych trosk
ambitne ich kroki zarośnięte chwastem
wpisują się psalmem w duchowy klimat

stanęliśmy na modlitewnik wzgórza

tam nad kamienną ostoją – drzewa …
przejrzystość światła smugą na wylot
tyle niecodziennego widoku
ile mnie obok za młodu – pamięć – powraca
w słonecznym splocie wyrzuty kryjąc
przytulam oczy do kamiennej ściany
do wnęki zaglądam i serce tłucze się dziko

za kużnicką kratą Ukrzyżowany, zakuty
w cierpieniu, długie godziny sobą wypełnia
rzecznik jedności wszystkich wiernych
niezbędna cnota do zapamiętania
przytłacza swoją wszechmocą
zadrżał śpiew, emocjami duszy i chwały

krótka przechadzka przez ciało, w sobie
słyszę jak głośno puls bije z tyłu głowy
u stóp Najwyższego opuszczam powieki
nad głową płyną anielskie obłoki

odczuwam, przeżywam, w swoim wnętrzu doznaję
o duchowy element pocierając się wstałem
poszedłem kilka słów powłóczystym spojrzeniem
nie patrząc w oczy łatwiej przemycić nicość
lękliwie przejść koło prawdy

czerwcowy motyl plącze się czule poboczem

to (paź) ministrant w towarzystwie owadów

dzieci pyziate kwiatki z koszyka scielą
ksiądz schodzone nogi przemienia
pod osłoną baldachimu – majorowy śpiew
plącze się droga w nastroju całości
cień dubluje kontury biorących udział
w obrzędzie procesji Bożego Ciała
to było przefajne lato – próbuję wrócić w tamten czas.

Procesja Bożego Ciała na Predówce.

z otuliny …

Holny dmie. Wceśnom wiesnom krokwie dachowe trzescom
o świcie, sygnaturka zbyrkoli, muskając chmury wygibujom siy jedle
Grzmi nad holami, niebo iskrzy iskrom, tocy siy bój
poplątane myśli i ludzie odchodzom od zmysłów.

Poezja w gwarze – – – od zaranio zdajano przez pomazańcow
dlo pokrzepy serc. W oazie biołych wiyrszy pogodzonych z wenom, taki w nich biały niepokój ( strach pomyśleć ) syćko za głośne, zamazane i dziwne, słowami wypedzieć, bezsenne mozaiki przemyśleń (potrzebujom przestrzeni)

Uśmiechem w oku kwituje ( miłe ) uroki wiesny. Most z wielu skojarzeń, patrzę na niego z obawą. Hałaśliwe burze, zabazgrany potencjał grzmotu natchnieniem upaja, poezja jest cnotom. Po nocach nuci piosenki z serca wybywo. Półuśmiech myśli z labiryntu mgły siy wyłanio, konkluzja – języka (gwarowego)

Piyrso strofa nie kciała zaiskrzyć, psuć nastroju szalona idea (stąd małe nerwice)
Wśród biołych wierszy rozterka siy gubi ( przeinacono ) obziyro siy za siy .
Drugo ( w objęciach tropacji ) bez nici przysłości w nieparzyste rymy
Trzecio, domorusano w nieuzasadnionym lęku (wzrusza ramieniem).

Powsinoga …

Od zawdy, krąży po tyk samyk dziedzinak
Zamyślony, nicym miesioncek łazikuje po niebie.

Z gęślikami za pazuchom schodzi wytartom pyrciom
Przedsiy, siyłom woli, z ułudom stąpie ku domostwom.

Trwożny żal nosi – zapaść od ludzkiej destrukcji!
Wędrowiec w serdoku sfatygowanym przez mole.

Grzęźnie wsród chwastów. Trefny poranek czczą mżonką
W aureoli wspomnień sędziwy wiater w tom i tamtom strone

Zyjąc ze smutkiem, ze stanem depresji, to nędzno pociecha
z istnienia. Dostatku nikt ze sobom nie zabiere do nieba.

Powiewem żalu, regułom śmierci – jest Bóg, kie rękąm skinie
Za Jego wolom ( On ) nie był skory umierać na frontach!

Broniący ostatniego bastionu cysorza – Franciszka–Jozefa
Italiański front, kulawo przesłość, kalectwo zwaliło go z nóg.

Dzień po dniu podąża śnim wzdłuż chat krytych gontem.
Po rokach szwędu, wróśł korzeniami w dziadowski dukt.

– Powsinoga z kalectwem wojennym na szczudle
– we wsi – wołali na niego – s i e t n i o k
– ze serc wymazali, wykpili, psem wyszczuli
– dom w dom bez domowego ogniska
– drzwi żebracze zamykali przed nosem.

Wolarcyk …

na zielonej polanie gąski pasła

( opowiostka orawsko )

Wolajom siy góry
i lecom kamienie
a jo i tak bede
chodziył ku dziewcynie.

Orawski wiaterek ( spod Babiej ) porwoł jej smatecke
kiej – na zielonej polanie – gąski pasła
W dyrdy lecieć pocena za frędzelki jom łapać
z biciem serca z odgłosem pięt – chipkać po kamieńcu.

Cysto-pieknie siy skrony ( te ) załomała – bo jom przecie
od mileńkiego dostała i skoda by było utracić –
to cosi co, siy serdecnie zalubiyło.
Zarumieniono w niescęściu zastawiła siy przy wykrocie,
tam pore-noście owiycek stoło w kosorze.

A moze – jest je hetki w dole – tam kany jeleń wode pije ?

Na koniec świata w dyrdy pocyna cwołować
( sfrustrowano ) w plisowanej sukience od ciotki,
z kwioteckami fartusek z lnianego płótna.

W świetle chmurnego poranka, naturalno blondynka
z myślami zasępiono kie cisza krzycy – gnała po miedzach,
wytrwale bez zniechęcenio przez mokradła i łęgi
chetki by nogi potraciyła.

Parobecek ( jej ) smatke mioł scęście ułapić !
On to – ( w kozlim serdoku ) takim krapke na wyrost,
kacki – puscoł po tafli – Orawskiej Prehrady
Hań, drzewiej – suścioł zdzicały las
z naręczem łąkowych kwiotków.
Pod niebem skwarny lipiec . . .
pozwolo oddychać śwyzym powietrzem.

Krokiem – takim lekkim, zalotnie
( przed ocyntami jej stanon )

Nie umiała onemu scęściu zaprzycyć
ino ślypiami przytaknąć.

Był to wolarcyk – co . . .
woły od much – wiechciym słomy oganioł.
Trzy tyźnie z wyobraźniom strzyloł na bicu
bez zodnego programu na jutro.
Jej dłonie uchyciył swoimi . . .
po gębusi gładził, głoskoł jej włosy.
w objęciach spoglądoł w jej ocy śmiejące
bo miyłość ( płocha ) nie jest dziełem przypodku.

PS. Tak jo tym syćkim ocarował
ze w jej serdecku
ucucia końdek pobudował
oddoł jej smatecke i som dalej powędrowoł
a skoda – bo w głowie jej świat zawirowoł.

wszak …

powłóce nogami pod liniom wysokiego napięcio
trzescy powietrze po żelaznym moście pociąg siy przesuwo
z wybornej nowohuckiej stali cień kładzie po skarpie żółte mlecze
w scyrym polu krowy i owce spotrawiajom łąke
z niesmakiem śnieg w maju to nie nowina
wzdłuż torów semafor godajęcy włosnym językiem
nie śpi stado bocianów uwage przykuwo
koń w chomoncie zadekowany do dyśla
wybiego myślami na widok gazdy z chomontem
byłby siy udłowił manewrem torby siecka siy ozesuła
po zakolu złe rzeczy w dziurach od kopyt spojrzenie
do góry na góry potem w dół pionowo w głąb prowdy
nigdy w bok bo to jest ( okazja ) lekko skrzywiono
w strofach konsternacji godała mi żona . . .
( coby w domu nie było spięcia w nastroju grobowym ).

trutnie ( chór męski )

terozicki o dach nad głowom sprawa siy obraco
rzekomo wielki ( sklecony ) świat – opiyro siy na „dularze”
chyba juz wiys ( przyjaźń ) to nopiykniejsy dar
umiej do gorzci wziąść i wymień telefon uprzejmości
słodki jest w ulu miód kiedy nie żądlom pscoły
wymykajom siy zgodnie flirtować z łąkami
w swym ( góra-dół ) locie rozpruwajom powietrze
tego lata dobrze im siy wiedzie, wygodnie bez trutni

w pośpiechu i tarapatach wielgo ulewa i chmury szybujom
w odstępach rozpiyrz, kiedy powinny kłaść siy spać
ik ocy gasły na przyzwoleniu stąpając po marzeniach.

po własnych brukach …

Dopatrując się normalności w miejscu
zwolnionym przez zasiedziałe pokolenie
wszyscy (goście) obładowani przeszłością
dezinformacji, przez hałas po przeciwnej stronie
zdyszane pociągi z Chabówki odjechały
rozklekotane z antycznym kominem parowóz
do Zakopca – to zawsze taki piękny obyczaj
pod czujnym okiem konduktor zza zabarwionych szkieł
w takie śliczne obwódki złote słowa najtkliwsze
siejące niepokój ( łobuz ) zaświecił latarką prościutko w nos
Sam byłem zdziwiony – co on tam wyciąga?

                           * * *

Nowy dzień zaczyna się od pełni niespodzianek
wypowiedzieć nie sposób – obcojęzyczne szyldy
góralsko pizza z oscypkiem, menu z bryndzom
grulane moskole, hałuski, zawijańce, otulańce
w miejscach typowych dla tego regionu
trzeba “uwazować” ( coby ) się w tym nie zatracić.

W ulewie zimny lipiec nam się napatoszył
dziś – ćma barowa mruży oczy z wymianom spojrzeń
mgła – zza Gubałówki idąca w mglistym majaku
hen po lesie rozpędza się w moją stronę
każdego dnia zimne ręce, przez kilka dni miały
atramentowy odcień, po wyprawie na borówki.

Jest głośno, w Wierchach nowa grupa rokowa
bawiąc się zajebiście na boskiej disco polo ( mega hity )
bez końca przytupuje do rytmu, łapki w górę
spóźniona polewaczka brnie w dół Krupówkami.

z ładunkiem na plecach …

Tatry piękne, kiedy słońce – można robić tyle fajnych rzeczy
z wonią lata ( dla ludzi ) ludzie z naprzeciwka myją okna
szorują ściany ( przykładnie ) bo zszarzały od nowych wrażeń
a może ( cepry ) pobratane do nas zaglądną – majową porą
konsumpcja ma sens, pieniądze dużo w życiu ułatwiają.

Wakacje idą w biegu i długi weekend ciekawiej się rysuje
z dobrą prognozą z nieba się zlewa górskie powietrze
na szlaku do Morskiego Oka przetacza się towarzystwo
wciąż wyżej i wyżej otworzył się widok na biały pas śniegu
środkiem przełęczy ( schodzacy do jeziora ) wpełza pod taflę

Stąd chłód przesuwa się nad horyzontem krasi policzki
urojonym pięknościom na dłużej niż by się wydawało
ołowiane pasmo chmur przez całą szerokość nieba
w deszczowych smugach włosy w papilotach skąpane
pasemka siwych włosów wyglądają miło, dziadki kochane.

kłopot …

narobić holofu ( radość to ) cy zwycajny smutek
po gębusi spływo pot ze słonym smakiem
wolny cas cyni cłowieka immersyjnym
codzienność trosk w cudzym zakątku zupełniy inno
rozłożystość perspektyw przywołuje sygnalizator
nie od wcora świat w micie skomplikowany
( choć momy więcej casu ale mało ochoty )
z zapałem wstawać rano z życiem siy mocować 
codziennie sukając stabilności bo przysłość jawi siy corno
zły przykład dlo wnuków boli mnie kie nie rozumiejom
taki cas, dziś nase łącze z internetem było nieczynne.

dzieci nasze …

przed ostatnim zakrętem patrzymy na gromadkę młodzian
wszyscy w kolejce ukryci stoją przed światem bezsilni
chcący być sobą w potulnym gronie nucą melodię rozpaczy
jękliwym spojrzeniem radykalizm w skali szarości retoryki
„dopalacze” czarodziej mody w bajkę swoją kazał uwierzyć
psychoaktywny wulkan antidotum w arm dawkując euforię
szkliste żrenice wahania nastroju chwiejny załamany chód
reakcją skutków ubocznych, słabnący zarys cienia, mrok co gnębi
mózg ujęty w obręcz po „spicy” oczy bez formy jest raj za życia
zagłusza lazur nieba i mnoży niepokoje w pomadkowej czerwieni
rad nierad piercing do pępka tępą żyletką jesteś pocięty i osowiały.

z duchowym czynem …

trzeba żyć w zachwycie bez śladu zmęczenia w dziejowej zamieci
śmiech zwielokrotnić z chichotem zaistnieć w tłumie zaszłości
otucha z głębi Krupówek mało co widać naprzemian – coś za coś
w punkcie u zbiegu „oczka” odchodzi czar i urok nostalgii
betonem zakopiański styl odwraca się od Witkiewicza
na Równiach namiotowa płachta na orkiestrę elektroniczną
w nocy budzi nas bicie bębnów jazgot klarnetów trąbek obojów
brzdąkają klawisze w toni jupiterów wszędzie kamery kręci telewizja
na bilbordach przesłanie całymi pękami kiwają się ludzie
z niedopitym łykiem wyśpiewują przed koncertową platformą
smyczki górali na poboczu łaski czekają na pokłon prezydenta.

incognito …

te słowa teorii spiskowych musom gnać po stokroć uciekać
to nie groźba pamiętać zły sen w gonitwie nagłówków
dzień w którym kozdo godzina kreacjom bytu w niebycie
ukołysano wychodzi z ukrycia nowo amarykańsko
w dwujęzycnej walucie korci plastikiem po angielsku “incognito”
bez wizji zwodzi nadziejom olśnienio ( ulubiono metoda )
zagrywka taktycno miraż w rytm kultowej komedii mami
społeczność zwaną potocznie gminem za pustki w kieszeniach.

o sobie trza dbać …

zawdy po zimie jeżdże na górskim rowerze
ino w tym roku był taki cas co “ryma” dopadła kozdego
powiym wom nima gorsego kiedy ciy chyci niemoc
kichos, z nochola siy leje, ocy cyrwone łzawiom
krzypota, we wnuku ci siy ozhajcowało
kinol bordowy nicym cegłówka

w te razy trza se samemu jakosi radzić
wsiadając w piyrsy z brzegu pojazd, iść do j’aptyki
ino zanim z chałupy wyleziys, ciepło trza siy opatulić
copke wełnianom na łeb naciągnąć, ze skrzyni kabot
wyciągnąć, odziywacke narucić na przemarznięte plecy

mozno siy obejść i lycyć domowym sposobem
nastawić wode coby zawrzała, wloć okowity
nalywki z malin, odróbke pieprzu, kielusek miodu
i tym siy racyć – łykać po krapce – małymi choustami

na wiecór mlyko i syrop z cebuli zasutej cukrem
nie obowioj siy tego, ze syćko ci w gymbie rośnie
to tako swojsko bomba witaminowo, nie zaskodzi
ino musis spróbować, prędzej cy później przyńdzie

o sobie jak o kimś …

bez powodzenia rozmyślam o codziennych sprawach
odemnie odległych i serce mi pęka na tysiące drobiazgów
życzliwość drepcze ospale cisza na korytarzach urzędów
cierpliwość odwraca się cyklicznie pomiędzy 12:00 – 15:00
przypadki rażenia w urzędach kąśliwe twarze na poczekalni
bez pośpiechu drapiąc się po glacy wygłaszam swoje kwestie
jestem przejazdem na krótko wszystkie parkingi zatarasowane
w każdej chwili mogą coś rzucić do któregoś ze sklepów.

zakpić …

ino telo tyj codzienności
schowanej głęboko
w jazgocie chałup
wsiowskie gaździnki
w suknianych kapcach
w postrzympionych smatkach
przewrotne wcielenie
ino posłuchać
pomiędzy słowami
krzykliwe wargi
ozdziawione powieki
cytelnom aluzjom
o twarz siy ociyro
pośmiewiskiem
wytrzesco ocy
sąsiadce na spólstwie
gorść pogardy
jej wyklarować
pokozać
języka wielkość
ino dosadnie
niek jom cięzor przytłocy
pohańbienie
bez desygnatu
naskie życie
widzialne
nieprzewidzialne
bo na wsi
biyda honor i brudy
to tako
mozaika ze zgryzot
świadomość i fakty
zręcnie ukryte
godajom tym samym językiem.

zawrót głowy …

Stary gazda mo lekki zawrót głowy
Bo wyznoł siy na tym,
co syćko jest wortne ?
On, zawdy …
rozumem przed siy wybiygoł
w myślak i mowie.

Od progu chałupy
słonkiem kwietniowym ogrzoty
z magiom poranka
scęśliwy w starczym olśnieniu
cięzorem wspomnień
spoziero po Wiyrchach
na dno doliny ( wzdłuż i syrz )

– jakiz tyn świat – stary …
– jakoz on doróst do tyj miary ?

Jego, bezzębne dziąsła
hardo dzierzom
starom jak świat fajke ( krolickule )
od Tomcagi z Ratułowa
Cybuch drewniany ( wygięty )
na krótko spięty
mosięznym łańcuskiem.

W drugiej ręce ( barani miychur )
ze skrązanym drobno tabakiem
koślawym palcem nabiył ( okopiasto )
udeptoł w brzuchocu
krzesiwem potar ( ozjorzył )
przekolacem pośturkoł
pyknon – roz – drugi – trzeci.

Jego ślubno – nie zyje od downa ( rak )
Hań, na brzyzku w truchle – struchlała

(jesce jak nie był bezzębny – to po ćmoku śli do pościeli)

W rodzinnym sporze wse duzo chciwości
kie taki dostojny kawoł gruntu
to od pokoleń gwarne
swary i gniewny bezwstyd
kie ślypia wyłazom ze swojej nory
ino o tym nie godo siy komu-kolwiek
Niegodnie kalecono pamięć
utropieniem – gorść wspomnień-

Takimi dzikimi to my haw nie som ( panie ) !

Taki tu lud – wyrosł na tym łanie !

2.

W chałupie syćkiego pod dostatkiem
oproc mnie w natłoku lęku przed losem
syćka domownicy pośli wsadzić wykrowki
bo kozdy nowy dziyń prowadzi i zwie siy zyciem.

Dobrze by było – coby ono mogło siy cofnąć
w przyzwoleniu z szadzi odkopać
stokrotnie skrzydła ozcapiyrzyć.

Siwowłosy ze słonecnym uśmiechem
kormi kury – gorzciami cisko owies
na obore sfurkujom gołębie
o jedwobnyk brzuchak
ik chwała do tela zyć nie przestała.
Nie zginie męstwo praojców o krwi wylonej
zbacowali w modlitwe powszechnej w doniosłości.

Tkwie tu samotny jak pies przy budzie
z podwiniętym ogonem syćko zwiędłe.
Co było jędrne na jedno oko łzawi
w drugim przebiegło cujność.

Na widok sąsiadki oba przeciero
uradowany z łaski Boga Ojca
puste ławki w kościele
przylegajom ku sobie
Na Syćkik Świetyk dać na Wypominki.

3.

kobieta idąco chodnikiem
przystanyna kolwicek
patrzom se w ocy
znajomi z młodości
ftej wolno im było syćko

kobieta z rumieńcem na licak
miała czelność
obejrzyć siy za parobkiem

kieby cofnyny siy roki
ta huć tyn fart i to pragnienie
nigdy nie przestać
być sobom
jak drzewiej
na cetynie w chuściokak
pozwolyła uwidzieć
ino telo
kielo trza było

– starzec – – – sie wzdrygo
– ksiądz spowiednik
– odwraco głowe.

tartak w Rośtokach …

Pod Ciepłówki upłazem
na skraju osady Witowa
na kamieńcu w Rośtokak
nieprecki od Siwej Polany …
dwa bystre potoki – wody swe sprzęgły.

Z podwojonom siyłom na pożytek siy zdały,

śtrekom zajazionom po bokach – wantami
prze woda wyżłobionom przykopom
rozpędzonym żywiołem
na młyn wodny
na tartak …
gatrem – potocznie przezwanym
u Różaka ( piylorza ) …
Piylorzem – od zajęcia nazwanym.

Próbując dociec, prowda – jest jedna.
Syćko, co dane w darze przyrodzie
na ludzki pożytek w nagrodzie.

W korycie – spiętrzenie potoku
do gardzieli siy wlewa z turkotem
dudni zamaszyście z jazgotem spaduje
na kolisty napęd turbiny ( domowej roboty )
samouka – piylorza – napędzając – machine,

drewniane łopat elementy
zaklinowane w młyńskim kole
pobudzane rozbiegiem – pod wody – naporem
scekajom piły – w swoim żywiole …

Dłużyca siy miele, przecinano na deski,
wzdłuż kloce siy piylom, ogromniaste kłody
( co na obłap – dwóch chłopów nie stanie )
od śniatu, do ciyńsego końca
żywicny dotyk żyrdzi
w ripoście kantówka przemyka
ukrywając niedostatki
wyscyrbionych pił …

Wrześniowa noc w dzień siy przemieniyła
galopujący niepokój w bystrym potoku
bieg wody w korycie dosięgnon dna
Juz siy nie do – – – płytkiej wody pogłębić !

Prąd, od zawse bywoł kosztowny.
Napewno – byłby – mniej zawodny
Ale, deski ciąć trzeba …
( ze względu na popyt i podaż )
Schodzom więc cięgiem z wybiegu
nim kogut zapieje
nie patrząc na porę
robota wre …
Luka wielko istnieje na rynku.

Noc całom piylili bezsennie
( roz tylko przerwe zrobili )
piły zatarte w biegu wymienili
waląc obuchem, aż w uszach szumi.

Deski, na stosy, układane w siągi …
bez rdzenia – półtorówki – na foszty
trzyćwierciówki – osobno – w równe rządki.

Jest tego na oko – ze ( śtyrdziyści kubików )
na stolarke, na powały, na foszty, kantówki
na wiąźby, strzeliste, pod niebo się pnące
nie ino rodzimemu Podhalu na chwalbe !

Dziś z płazówek zręby som w modzie …
na góralskom modłe stawiane chałupy
zwięńceniym sięgajom – chetki pod nieboskłon.
Z okręgloków, z brusów – – – płazówki
paradne, tysiące ik w okolicy
na swój sposób one oko ciesom.

W Kościelisku, Witowie, Dzianisu (namacalny dowód)
Na rzut kamieniem z potocznego koryta …
Z okręglaków podmurówka na dziko ( same otulańce )
kamieniorz zaprawom pozszywoł labirynt
beśpiecniy z krajobrazem siy zlewa …
w tatrzańskiej nostalgii.

Niezależnie jedak co o tym sądzimy …

Dziś w korycie Biołego Potoka
( trzydniówiańskiego ) …
woda sięgo – – – żabie po ocy !

Nikt nie jest wolorny – odpedzieć na pytanie?

– cemu zatarły siy piły …
– cemu przykopa zielskiem zarosła ?

Po dawnym gatrze – – – spróchniałe deski
w trocinach zardzewiałe gwoździe
połomano drewniano drabina
i inne niepotrzebne juz rzeczy.

Nie idzie zabocyć … doniosłości w trudzie.

PS. przedowniyło siy downe – dawno
lepse jutro – miało nadyjść
ale przepadło z przedowniyniy

[ Ona ] …          ( sama z sobie wysła )
 

Sukom słów opisać – co siy dzieje wokoło …
Kiedy, widzis w krąg gazdów – na bioło ubranyk,
w kapelusak syrokie skrzela,
opadujom na płomiynne ik głowy.
Kryjom twarz i biel zębów co siy scyrzy.
Zadziorny charakter upstrzony w orle piórka.
Hałaśliwy gwizd z ocami bez lęku,
z zycio wzięto radość samego istniynio.
 
Babskie, kwieciste spódnice podobne łąkom …
Skrywajom kształtne nogi i ciało wobne,
przyjazne tym co radzi poźiyrać po syćkim .
 
Na weselu, podrucajom panne młodom …
 
W porywie kwili kcioł-byk opedziyć …
O drycnym smycku – muzykanta prymisty
O wzroku, zaplecionym w długie powoje warkocy
O dziywcynie – bockującej zalotnie …
Wyzwyrtano – blondynka z trzęsoncymi wdziękami
W szaleństwie przymkniętyk źrenic.
Ktosi –  śpiewoł za jej plecami . . .

Zmysły młodości dziś w wybornym nastroju
Nojpiykniysom  wpisujom siy kartom.
Rzec niby w zasadzie – nie nowo …

Prymista; z pamięci groł zwięźle pod noge,
Domyślnie, wydając dźwięki donośne.
Z zamkniętymi ocami ( głowom ) kołysoł na boki,
Koniuskami zgrzeblawuch palcy
Drumkoł po strunicach jaworowyk gęśli – onacył
Z fantazjom zmusoł ocy do mruzynio !

[ Oni ] wroz – sukajom siy w tońca wirze . . .
Spodnica jak wicher, jak mgnienie oka – furgoce
W niebieskich ocach ( chyboce ) postrzympione światło
W dostojeństwie bezgłośny tupot kiyrpcy . . .
I poklask – z lekkim muśnięciem dłoni –
Z przymilnym uśmiychem – ku sobie siy łasom
W paradzie kroków – utkwiony wzrok.

( jak na pocątek  – – – wystarcy ) !
 
2.
 
[ On ] zaś – nachylo siy ku muzyce …
( z tradycjom ) wkłado do basów „ dulara ”
Jego śpiyw domogo siy potwierdzynio
Wysypujom siy śpiewki …
Barwne tony, wynosom siy wyzej i wyzej.

Za nimi w ślad kiyrpcy ( krocy ) nóg obłęd …
Kroki z pamięci wyucone,
Po dylu – – – siy przechodzajom . . .
Rutynowo ( z niedobocka ) jak cietrzew siy skrado
Przystaje ( przez ułamek kroku jest cicho )
Coby oddech ułapić.
Hop – – – ( trzy razy podskok i zaś po razie do tyłu )
Przycup – – – ale,
Na tym – nie koniec – wiwatu !
 
Uśmiechniety, trzymajęcy siy drycniy pod boki …
Roz jesce – – – prześli po dylu, na przeciwnom strone –
( pięta – – – palce – – – pięta – – – palce )
W zgrabnym – – – chwiejnym kroku
We fosztach ( trzescom spary ) . . .
Sęki – – – wyzierajom z podłogi,
Słoj przy słoju ( deski były z Łysanek ) wiatrołomy.
 
Fałdy spodnicy – – – układajom siy w niecodzienne wzory
Wstązki przy gorsecie – – – furgajom kolorami …
Z uśmiychem ( na piersiach ) trzepoce siy cyrwień korali,
śtyry wojki ( po babce ) przejęte z przekazu pokoleń.
 
Zielono ( z szacunkiem dlo tońca ) – cas – końcyć !!!
 
Hmmm ?
śmiejącymi ocami igroł ( powtórzyniym tońca )
Bezruch – – – z uniesieniem ramion –
Wobi – jak cietrzew – jastrzębiom naturom !
Niespokojne piórko – migoce siy w biołej z puchu otoce !
Skupiony, gotowy wziąść w ramiona – przytulić …
Męskościom zawładąć !
Pragnienie – – – głęboko schowane,
Dotknąć, bliskościom – stokrotnie wybośkać ( po licak )
Obłapić całym sobom – szczelnie owinąć – mioł chętke.
 
3.
 
Wtej to do izby wpadła [ Ona ] – chmura piyrzasto.
Oślepiono zozdrościom – ( syndromem jedynej ) !
Wybuchnyna na niego ( z pyskiem ) – po grzbiecie wali pięściami
W babskim skowycie ( w zgodzie z włosnym sumiyniym ) !
Niepokój rąk – zamiyniył siy w koszmar ( domyślnego ucynku )
W panice – ( piyrzchajom myśli ) ślepnącego wrzasku !
 
W biołej izbie – – – zrobiyło siy – – – barz otupnie …
Ustaje goralsko muzyka ( co nigdy nie grała to samo ).
Na ławak ( nieruchomo ) posiadali syćka ( skołowacyni ).
 
Cały dzisiejsy zol – stoł siy potrawom o smaku zgorzkniałego słowa !
Widziałak ciy – – – kciołeś jom wyonacyć !
Zaprowadzić w nojciymniyjsy kąt sieni !
To takie niesprawiedliwe !
Obydwoje – mieliście ogień w ocach i cornej dusy zamęt !
U chłopa – rozumu za nic ( po cudze ) ręka sięgo chętnie !

Głuchy uraz pod sercem ( podarowoł jej zwykły przypodek).

Rzec w tym, ze razem idziymy przez życie ( w wierności  ) – iść nom potrza !
Droga nie zawse łatwo i prosto ? Na oba końce – kręto i wyboisto,
Na kozdym przystanku – najyżono kolcastymi cierniami.
Nima insyj drogi – – – próc tyj –
Zmusała ocami – coby nań patrzył.

Z obu stron ( chwiejno namiętność )
Zaiskrzyło pomiędzy wami !
Ledwiyk ustoła,
od ( w poł do drugiej nad ranem )
Serce krwawi – pogrzebane pod zwałami wstydu
Nie zdolym tego zlekcewozyć !
Ino, powiył siy łasi i snuje po drzewie,
Jakie napotko odłogiem.

[ Ona ] chciała uciykać z tego miejsca ( jak nojdalej ) …
[ On ] kcioł iść ( stela ) ujarzmiony w atmosferze skandalu !
 
W Y B O C … ( w ciszy – słuchała jego stroskanego głosu )

Znużyły mnie ( kawalerskie podboje ) – omierzły !
Zły na siy – mrucoł pod nosem.
Był to przypodek skrajności
Cłek – casami zawiruje dziwactwem.

Kiedy usiedli – – – przysunon siy blizyj.

4.

Do wtóru gęśli ( burcyniy basów ) atutem naskiej muzyki.
Dziedzictwem zwyku tyn wolor w siercystym kroku tońca
Zawrot głowy zapędzo lubieżność w zaułek zazdrości.
Siuhaje w podskoku hipkajom pod tram sosrębu
Ozochocone kroki nóg dreptajom w tońcu – ozwodnym
Grzech minę mieć smutnom gdy smycki grajom – krzesanom
Ręce w krąg zaplecione w zdzicałym pędzie wir . . .
Prędzejsy od wiatru nie daje w kącie stoć.
Uciecha skoce ze scęściem.

Naturalne to prawo zatrzaskom w religii
( pobozno owiycka sianko zadkiem smyko )
Jankorne niewiasty chcom zazyć radości
Frywolom ręki doprowadzom do dreszczy !

Bo jak ciy pacne !
Cobyk siy haf z tego miejsca nie rusyła !
Obraza bosko i wstyd na całom okolice !

Raty – przeraty !
Ino ci godom – dej na siy pozior !
Noś Boga w sercu . . .
Na łatwizne nie być łasy !

Takeś pedziała i tak musi być !

A potem ?
Nej – – – a potem,
Wlekli siy razem ku chałupiy.
Obłapieni – zabocyli
Co to zol !
I jak by nigdy – nic . . . ( siy nie wydarzyło ) ?
 
Od siela ;
Wse chodzom razem
Tak blisko jak ino mogom
Najbliźsi sobie ludzie.

Sielanka . . .

na mój dusiu
dać
Ci
kciołek
porannom rose . . .
szarotke z turni
co hań
wyrosła
pośród mgławic
dać
Ci
kciołek
choć nie dołek
krokusów
mały bukiecik
wceśnom wiesnom
dać
Ci
kciołek
słonka
wieśniany promień
ochoty i żaru

do miyłości
w leniwej niemocy
moje bóstwo
w zakasanej sukience

. . .

Cy marzyłaś
wtej o tym ?

Rusyła lekko ramieniem.

Na nowom pyrć …

Modlitwom smreków,
Kuszeniem pamięci,
                                              Przelotem kań.

Bąka przeszłościom,
Radościom chłopiącom,
                                             Powracom hań.

Kany Giewont stary,
Gońciane strzechy,
                                             Dunajca brzeg.

Torfowe dymy,
Gnane połedniem,
                                            Przerwany ich bieg.

Zycio i casu,
Kukułka kuko
                                            Połednie juz.

Przemijo wiesna,
Nadchodzi lato,
                                            Wędrówki kurz.

Przetre roz jesce,
Zwierciadło życio,
                                           By spojrzeć wstec.

I pełnom piersiom,
Zacyrpnąć powietrza,
                                           Na nowom pyrć.

UKWALOWANIE

Urodzołek
z Nojwyzsym Gazdom
same wozne sprawy
co mnie tropi
co buduje
cemu jest tak
a nie inacej ?

Powinien wiedzieć
o syćkim
o setkach styrmanionyk szans
co mi siy widzi
co nie nadaje
tym bardziej
dotrzeć do świadomości
zrozumieć
Naski świat
ludzkom nature
mnożące siy sprawy

Cłek syćko zniesie
choć burzy i grzmotw siy boi
Jo
w roztargnieniu
w skrupułach
za i przeciw

W ręku różaniec
wargami – pociorki
asertywnie wsród ciszy
potrafię
tylko po ciemku

Z niedobocka do izby
wlazła Moja
siy pyto ?
coz tak siedzis
po ciymku ?

                     Zaświeciyła światło !                       

Daleko stąd …

Gdzieś – to wiem, że na Podhalu …
Niewielki skrawek Mojej ( Naszej ) ziemi
Był on moim ( Naszym ) początkiem raju
Wiosny kwitnącej kwieciem ( lata ) aż do jesieni …
Powietrzem rześkim w nocy ( o poranku ) rosa się ścieli
Złowrogo mruczą góry w dole rzęsiste doliny
Omijam je wzrokiem idąc po brzegu skarpy
Wybiegam myślami ( jak dziwny jest ten świat ) ?
Zbłąkany galopuje w pędzie, perswazje, szukanie dziury w dziurze
Na co dzień teorie oparte na błędach znów nie czujemy się bezpiecznie
Przyśpieszam więc kroku, aby nie spłoszyć cienia.

        [  ***  ]

Cisza na rozdrożach ( Naszych ) gór, zatopiona w dziewiczych lasach
Dawność z podwójną dumą pośrodku drogi stoi. Z głową dookoła.
Słychać jak głos Ameryki przenika serce i wątek w coraz dalsze dale
Ptaki tam zawracają. Szczęśliwy się błąkam w obrzeżach Wielkich Jezior
Kolejne dni ( przypisuję sobie ). Stado domyślnych pragnień
Dostać to czego nie było nam dane ( w niemocy przeszłości ) ?

To takie logiczne. Doczekać momentu a potem jakoś to pójdzie.
Oczami rzucam za się – na szarość w podrapane ściany . . .
Na lata trudu w zakątku skancelowanej ( Wschodniej Europy )
Strzępy zachowań ranią. Przykre słowa międzyludzkich relacji.
Wśród tłumów ( Nasza dola tułacza ). Galopuje modlitwa.

Mój Boże ( nie pozwól ) abym rzucony był jak kamień
Bez nadzieji ( co żyje ) idąc aleją hymn szepczę w duszy
Dlatego proszę – Nie dopuść nosić ciężkiego krzyża !
A jeśli – musi się spełnić ( pozwól ) najkrótszą drogę !
Nie zawiodę ( doniosę do końca ) tak daleko jak mogę.

tyz ,,, ludzie

Na bezbożnej ziymi 
spocnie grób
w te razy . . . 
bez zmartwychwstanio !

Jesce roz
niebo
odłożono
na potem

w alejach zasłużonych                                      
na cud cekajom                                                   
mumie komisorzy                                               
piersyk sekretorzy
ino ik połowice 
po kryjomu trwajom
w staromodnych modłach.

bełkot …      ( na bakier roki )

ciskom wantom do słowa
nastały casy
ustrojowej próby
wiem, ze brzmi to
patetycznie
fałsz, prowokacje
cechami represji
kompromitacja
( res iudicata )
jesce siy waho
okrutno chwila

t  e  r  r  e  m  t  e  t  t  e . . .

oskorzom ludzkie sumienia
wyonacone z moralności
jo … prociwnik
ujarzmionych nadzieji                         
zapytuje …

o przetrąconom normalność
o wywołany zamęt
o masowe internowania
o lutosierne łzy niewiast
o wystrochanom gębusie dziecka
o dramaty okolicności w sądach
o warunki bezwzględnej cenzury
o los ludzi niepokornych ?

Szuje …

Po II wojnie z odrętwienia się dźwiga wytyczony cel
spod znaku sierpa i młota przechodzi ludzkie pojęcie
bestialski zmysł nawołuje do mordu palić żywcem
na celowniku AK zdradziecko jaskrawym przykładem
sowiecki terror pod szyldem NKWD więzienia-gułagi
doba niewolniczej pracy dla wrogo nastawionych
los „wrogów” do dziś nie znamy grobów represji.

Jedno ucho w przedsionku rozmawiają zziębnięci
marszem nadziei zmęczeni narzekają na władzę
przegonić pukających do drzwi agenturalnych
ochronić państwo i ludność przed zagładą gier
w konspiracji ( watażka ) zwąchań struktura !

Aresztowania ze strony aparatu bezpieczeństwa
wbrew zasadom ich posunięcia zaskoczeniem dla ofiar

Krew idzie nie tylko z nosa – od bicia nogi spuchnięte
w trakcie przesłuchań przemoc fałszywych zeznań
w karcerze łóżko bez pościeli, 300g chleba i wrzątek
w toku śledztwa – knebel wciśnięty w usta.

Pokazowe procesy to najkrwawsze żniwo
Wyroki śmierci – to element złożonego procesu
przez rozstrzelanie, wystarczy w potylicę.

Tendencje mogą być różne o lokalnym zasięgu
Kariera, to najlepsze lekarstwo werbowania agentów
wznieść się na szczyty władzy, zaspokoić kaprys
dotknąć istoty rzeczy, skrzętnie udobruchać zaufanie.

Mnóstwo nadwrażliwych ludzi, chyłkiem po ulicy,
krzyki i narzekania, wsiąkają w skóre, bliżej prawego krańca
Tykanie wątpliwości. Cierpienie skrywają w krwioobieg
Postęp wyznawanych wartości stał się sprawą istotną.

Zemsta i spory ciągną się po dziś dzień. Włosy dęba stają,
gdy na sygnale jednostki ZOMO szturmem okalają bliźnich
Nie widać końca. Bezdusznym kontrolom ( z kogutkami )
Incydent, serca nam kurczy w głąb, razem z portfelem
Szklące się oczy, na każdy czyn tętno nie było spokojnie.
Biło jak granat, znacząco szramą na szarość, przekleństwem.

zza żelaznej kurtyny …

1.

W PRL – owskiej partii
zwyrodniałym tworze bolszewii
jako przewodnia siły narodu
wierchuszka
Polska Zjednoczona Partia Robotnicza

Suto zastawiony stół
pomarańcze mandarynki
dla uprzywilejowanych
żerujących na pracy robotników i chłopów
klas rzekomo-uprzywilejowanych
wszelkie przejawy inicjatyw społecznych
muszą być zgodne z ideologią
kradnąc brutalnie złudzenia
z czerwoną flagą
plutony specjalne

Dostęp do paszportów
wyłącznie zaufanym
partyjnym służbistom.
Jak sie nie wkurwiać ?

Szerzeniem nienawiści klasowej
zwłaszcza do ludzi
którzy działali w podziemiu
stawiając opór władzy
się aresztuje …
dostają wyroki
siedzą w więzieniach

Gniew się rodzi
z tej sprawiedliwości
ocean łez
przybierał
w swoim zamyśle
o chłodnym poranku
zewsząd słychać
milicyjne syreny

2

Pielgrzymka papieska …
Papież wygłasza orędzie
płonącymi słowami
strach zewsząd
największy w szeregach
upartyjnionych cwaniaków
urządzających życie
kosztem innych
powinien zawstydzić ich samych.

Oklaski tłumione przez ZOMO

Upokorzony naród
któremu pętla zaciska szyję
otrzeźwiał wściekle
zbuntował się przeciw
chlubnemu przywódcy
z jego dworem – MO i ZOMO

3.

Biały Orzeł – co prawda
chce przywracać pamięć spadkobiercom
z niepokojem patrząc na ceny
chleba, mleka, masła, sera
koszuli, czynszu i prądu
głód skomlił i chłód przenikliwy
egzystencja zmartwieniem ogółu.

Pogarszające się warunki
lawiną rosnące ceny
zbuntowały
dziesięciomilionową armią
rutynowo
pokazując partii
co robotnik sądzi o władzy.

4.

Karnawał Solidarności …
ze szturmową piosenką
wychodzą złączeni
poza obręb stoczni
z harmonią ciała i duszy
determinacja ludzi
pracujących za grosze
poganianych normami
obalają „szczęśliwy” ustrój
opierając się gestom
woleli zginąć solidarnie
niż zgodzić się na coś
wyssane z palca
gdzie każdy koszmar
ma zakrwawione ręce

Ta krew mroźnego śniegu
modlitewnym szeptem
wołająca o pomstę – zdaje się być
nie-usprawiedliwioną.

Retrospekcja …


Zaś powracom
ku dziedzinom
po schedzie
z pamięci
odgrzebuje
wnętrze …

Zatarte myśli
przekierunkuje
na nowe tory
miały siy tocyć
do następnej zmiany
mojego punktu
patrzenia.

Po skrawku
siy porusom
pomiędzy dziś
a jutrem
wobec dalekich
wspomnień
w nawale
jutra pewności

Afera goni afere
upadek pieniądza
tłum chciwców
nachalnie
wypycha słabsyk
z kolejki.

Po dziedzinak
biyda z nędzom
fatyguje ubóstwo
nieporadność decydentów
gmatwa i dręcy
jutro
odarte i gołe
bez racji
panowie sytuacji.

W otocce haseł i zmów
pół wieku
z minom zuchwałom
w zakłamaniu
pod prąd
bez postępu
tamując nowy trend
w swej wielkiej pysze
żyli w luxusie.

Co to za scęściy – pytom ?

Widzę tyk samyk ( ludzi )
wyzutych z intratnych posad
w bezmiarze hańby
sunącyk po utracony cel
te same twarze
z lobbingu
wśród nocy
pozrucali przebranie
a trampolina
wyruciła ik nazad
mechanizmem dominacji
który kiejsi sami stworzyli

Pora siy opamiętać !

Na casy nic potem …

Demokracjo … [ kany ] …
lud, mo niby nojwięksom władze
i majom [ rzekomo ] na telo rozumu
coby wybiyrać
ale, ni majom go dość …
coby siy sami [ spośród ]
nadawali do wyboru.
 
Wybrany [ rząd ] zawse „wiy” nojlepiej
co jest dobre a co złe ?
Za nase głosy [ szczęśliwi ]
kąsanym słowem
wypróbowanom mniemanologiom
przekabocom kozdom racje
rządzącyk nad rządzonymi.
Temu som tym kim som ?

Rząd [ EU ] logistycniy uzurpuje
sobie wiedze i władze
odbiyro prawo decydowanio
tak swoistego dlo norodu
dlo którego jest stworzone
rzodki to traf …
coby prawa jednego norodu
mogły nadawać siy drugiymu ?
 
Kiedy PRL była okupowano
miała rząd nie dbający o interesy Polski
gospodarka zawse była dołowano
[ w praktykach ] nie było potępienia
tych – za zdrade i wrogość !

Za kłamstwa, płacz i lament !
Wtej nastompiył Wielki Zryw
o którym zawse marzyło siy ludziom !
Walka o Wolność !
Mieliśmy wyraźnego wroga !
 
Ale, kie Wolność stała siy faktem …
na kolejnom szanse
bezlitośnie jej siy pozbywomy
oddając jom w rynce [ EU rządu ] ?
A tyn naruco nom swojom wole
( co wolno – a – co – nie wolno ) ?
Tako dominacjo ( to ) realne zagrozynie !
 
W świadomości przeciw-wogi …
wypatrzujom sojuśników –
wspólnego porozumienio ?
My – – – jako Polocy,
od wieków nie potrafimy siy
zjednocyć ( ze sobom ) wewnętrzniy
w zaciśniętym krocząc szeregu
a co dopiyro godać
o pochlebcach i sprzymierzeńcach ?
 
Oni, jako ( te ) kraje o śiylniyjsej pozycji w obfitości
bedom nom w umyśle mącić, naciskać, dzielić
skłócać, szantażować, narucać obcom walute
coby ino osiągnąć swój cel – ( boa dusiciela )

Widać jako naski rząd – ugino siy ! ! !
Pod naciskiem przebarwienia – dni ulatujom .

Dzisiejsi ( władcy ) radzi siy przechwalujom ;
o finansach, o handlu, ino coby swój blask ocalić !
Drukujom coroz więcej ( plastykowych ) pinędzy . . .
( bez pokrycio ). Nagabujom coby ino pozycać !
Dobrowolnie w długi siy wplątywać,
potem zabierajom ci dom, auto, cały dobytek.
Mennice drukujom, banki pozycajom
rośnie inflacjo, my ( za syćko płacimy ).
 
Prawo bankowe to taki śtachetkowy płot …
wilcór przechipnie, kot siy prześlizgnie . . .
ino ( bezludzie ) stojom pokornie ze spusconymi głowami.
My ( owiycki) w casie pokoju ( przeznacone ) do strzyzynio
Na rzeź ( w casie wojny ). Politycy, biurokraci 
to ( owcarki ) strzegące stada.

Krach finansowy i kryzys,
zawdy przychodzi z niedobocka.
 
Ozbuchane igrzyska medialnie ( dlo publiki )
Cyniczno forma propagandy ( tresura malućkik ) . . .
na postrzeganie świata z wybielaczem zachwytu.
Nojbarzej wkurzajom – natarcywe hasła . . .
Popularne w TV ( debaty ) – bicie piany . . .
Niezło ściyma i gymby – pełne frazesów.
Rozpętane burze – sondaże wzrostu ?
Ta oPOzycja – ni mo siy cym chwolić !
Wywołuje niepokój – – – ino nie ci liderzy
Bez przekonanio – bez kapitana i załogi !
 
Wg. Tuska – – – Polskość to nienormalność !
Skoro Polacy wybrali – PiS i Jarosława,
w związku z tym ( oPOzycja ) nagabuje
obce mocarstwa – coby ozegnały . . .
partie ( PiS ) na śtyry wiatry !
Coby było jak było ( po staremu ).
Ino ze kozdy ( AS ) biere roz !
 
Ludzie z prawami ( kcom być wolni )
bez motywów zapalnych !
Coroz więcej Poloków w kraju i za granicom
poznaje siyłe obcego lobby.
( Wasze ulice, nasze kamienice )
Przykre, ze po ( 800 rokak ) razem obcowanio
Nasi – musieli siy dowiedzieć . . .
Co o nik myślom ?

Dziś, poniektórzy wyznawcy filozofii
( antysemickiej ) uciekajom od – sacrum !
Bo ; ni ma tam – – – ani krzty miyjsca
dlo polskich ofiar Holocaustu !
Zniesmacyni bezkarnymi atakami
na dobre imie Polski i Nas – Poloków
A za plecami godajom chetki co innego . . .
O – ( masowej żądzy ich zagłady )
A tam . . . ucierpieli nie tylko Żydzi .

Polskie stosunki wymogajom
kapitalnego remontu ! Polska,
nie po to stała siy wolnym Państwem !
Jej mieszkańcy byli i som Polokami !
Potrafiyli siy podniyść z kolan,
nie po to coby dobrze zrobić …
Elicie i obcokrajowcom.
 
Jest na to dowód – Polacy to mądry Naród !
Język totalitaryzmu jest świadomy …
Ciepły i lepki – jak wata cukrowa
Rażące pomniejszanie faktów !
Ni mom nic przeciwko temu . . .
coby dbać o ludzkie beśpiecyństwo
ino, nie kcem coby okładać ściany podsłuchem!
Wybijać okna, wyłomywać klamki !
 
Państwowość mo swoje plusy
Wymyślone dlo piyknyj egzaltacji
Ino coby te plusy nie zasłaniały minusów
Rola państwa powinna siy ogranicyć
Dlo interesów obywateli, obrony ik wolności
Syćkie inkse zakazy – ogranicajom świadomość
Sprowodzajom siy do dyktatu.
 
Coby zapewnić finansowanie swoik ( programów )
Rząd co roku zadłuzo nos i nase dzieci.
Podotki – – – ( stale dziura w budżecie ) ?
Cy ktosi myśli o nasej przysłości ?
Dziś nika ni ma prowdziwyj demokracji …
Przymykajac oczy ( to światowe osukaństwo )
Pod kryptonimem – demokracja.

Przepis po góralsku


Wziąść tego cego ni ma
dodać soli i kminku
potem miysać dokładnie
z tym, cego brak
chwilowo na rynku.
Miysać długo, dosadnie
jak siy znudzi to przestać
i posypać tym na co
absolutnie nos nie stać.

Mozno smazyć lub upiec
obracać na rożnach
polewając tym o cym
nawet mażyć ni mozna.
Syćka w kraju to jedzom
dlo kozdego wystarcy
na tym włośnie polygo
Polski cud gospodarcy.

(chude lata 80 te)

Melina …           ( przyjaciele domu )

Bóg im nie poskąpiył
Przyjaciół
Kolegów
Męża oblubiyńca
Którzy z cystym
Sumieniem
Z dobrego serca
Nawiedzali ik dom
Kropla po kropli
Sprawiali niespodzianki
Wesołom atmosfere
Płacz dzieci
Wywołując skryty.

Przyjaciele domu
Nicym dobre (anioły)
Kropla za kroplom
Lycom siy
Ze syćkik rozterek
Codziynności
Maxymom
Cłowiek nie wielbląd
Napić siy musi …

Dziś jeden z (aniołów)
Wiadomość smutnom zostawiył;
Poprostu odfrunął
Nie dziękując za syćko

M   e   l   i   n   i   e.

Wielokrotność tematów …

Ultramaryna (siwioł ) jest tym co rzuca się w oczy
od samego początku w stopniu nie bardzo intensywnym
na każdym kroku zachwytem gama w wyzwolone dźwięki
( nie chodzi tu o zapis nutowy ani o klucz wiolinowy
w durowej tonacji o donośnym brzmieniu z Sopotu )
te obce nam wątki z wrzaskiem i krzykiem anglosaskiej dykcji
ewoluują fragmenty nieznanego świata z nośnikiem
stanu skupienia, spontaniczność klaszczących w dłonie
chłodnym przykładem zadziwia ludzki śmiech w tym samym mieście
nowym schematem odsłania całą wstydliwą pamięć XX wieku
z motywów PRL ( nagie półki ) w szablonie ustrojowej Polski
aby to zrozumieć w tkankach serca klonują się kukły propagandy
bez naczepy piętnują się wybryki politycznej poprawności
awarie sieci elektrycznej bywanie w mroku kompleksem poraża
ściany gadają w powolności zegara posiąść ufność kobiety
fizyczną tęsknotą rumieni się księżyc na dwupasmówce
w scenerii żarówek zdechłe urzędy i sklepy PEWEX-u nie do zdobycia
ambicja to skrajna linia podziału w obrębie znaku sprzeciwu
ogromna większość życia ma zapach smutku – aż do momentu
zdrowego rozsądku. Rzeczywistością, spekulowanie na temat bytu
lat siedemdziesiątych osiemdziesiątych w zaciszu nagonki
niepewność patologii i złość góruje nad zdrowym rozsądkiem
szokują braki w dostawach ułudą zimne kaloryfery
od kilku dni zmarznięci zakatarzeni w koce poowijani
aby zmniejszyć pole widzenia nie rozumiemy
aby cokolwiek zrozumieć.

M 2 …

Z góry sąsiadka ( mokre pranie ) wywiesiła na słoneczną aktywność
Wisi wśród balkonowych balustrad. Opaczną stroną cały ten kram
Na trzecim piętrze ( sfatygowany koc ) ukosem – pół okna zasłania
Poszwa, zwisa z balkonu w poprzek barierki. Wszystko jest czyjeś.
Okoliczne bloki wygladają niczym koszary za wschodnią granicą.
Stres zżera ludzi od środka. Duma i gorycz – pić każe z wątpień kielicha.
 
Pod dwoma kocami ( wzgardy ) w dostatku takim, los kiepski przy świeczce.
W krzywym zwierciadle nikomu nie do śmiechu. Dumna żona się sypie. Krzyczy w moje wnętrze, utyskuje. ( Nie pij ) ! Nie pije z ( majakami ) wole trzeźwy świat. Z dozą optymizmu jej głos mnie utwierdza. Powszechnością wrzące jej słowa. Trzepocząc jednoznacznie rzęsami ( mająca obsesję na punkcie czystości ). Spokojnie rękawem przecieram wąsy z zsiadłego mleka. Na stole zacieki.
 
Wiedziała, że nie ma mężczyzn doskonałych ( żeby tak móc ) spokojnie bez końca. Z przyczyn znanych tylko sobie i magom we fraku. To taki ( kac ) moralny absurd. Stoi w gardle i nijak go przełknąć. Leżenie do góry ( dupą ) nie jest zabawą . . . Udawać w łóżku !

Mając w swoim ( ubogim ) zanadrzu barchanowe  koronki. Obietnica gaśnie jak lampa ( której brakło oliwy ) w czystej pościeli. Zanim zaśnie. 

W ręce chuchając z alchemią słowa przyszła sąsiadka z potrzebą mówienia .
 
W oczy wchodzi jej ogrom słowa. Głowę nękać poczyna ( głęboki jej dekold ).
Bez owijania w bawełnę – pociąga w tak wieczorowej porze. Wzdychając –
Całym mną zawładnie. W oka mgnieniu we władcze poczucie się przemieniam.
W determinacji świadomość mi się utlenia, a może sfera mentalna traci czujność?
Dla nieposzlaki wymianę zdań na później odłoże. Milczenie jest złotem !
Drogowskazem z gwarancją, która stoi w gardle. Zawsze wpadamy w sidła kobiet.

Nie przebierając w słowach …                          

Jako ze w górak zawdy bywało cyste powietrze ( Bóg doł ) wcasowice we wsi budziyli respekt! 
Nie dało siy ukryć lęku. Tyn ( bęś ) do któregosi podobny ?  
Wokoło tysiące domysłów ? Telo piyknego u zbiegu dróg, wydeptano cęść kwitnącej krokusami łąki. 
A teroz patrze jak ta niewiasta, którom w raju pociągoł owoc (zakozany)
Ucieko wzrokiem ( w ciasnej przestrzeni ) ślepia kieruje w mojom strone.
Tako, zawdy wiy co powiedzieć raniąc. Wkurza mnie jyj dwulicowy uśmiych. 
Chodzi za mnom jak cień! Myśle i myśle - bo myśleć o tym muse. 
Przeciyz mogła zyć w swoim raju ( do dziś ) przymykając powieki - śnić. 
Nie osukiwać ( bo prowda ) nigdy siy nie starzeje.
Nase gaździnki od zawdy ( rade ) przemycajom plotki. 
Skarżom siy jedna do drugiej. 
Do - św. Trójcy - na duzych pociorkach odmawiajom ( Ojce Nas ) 
zaś na tych małych - Zdrowaś Mario.
Jak na dłoni - wieże kościoła zasłuchane pociyrzem i smuga światła, chcąca ukoić ból, 
na krzyżu. Całość zamknięta, solidnom drewnianom konstrukcjom. 

Na wystawnej ścianie parafialne wota, Uprzątany teren – z wolna poprawiajom stary drewniany płot. Jesce – potrzebujom troche casu.
Przykładem ( sąsiedzi ) z oddalonyk o kilkadziesiąt metrów domostw – za Bóg zapłoć !
 
Przy głównym wejściu po ( prawej i lewej ) garbiom siy słuchalnice.
Cięzkie perły kłamstw wse ludzi gnębiom. Ucho, szczegóły węszy
Z nakazu Boga – na pokute ( żarliwie ) odmawiać modlitwy.
Coby otrzymać łaske ( na ugiętych kolanach ) błagalne pociyrze – słać ku niebu,
Daj pokój Panie – żywym i umarłym – o co Ciy piyknie pytomy
Słowa kluczowe – bez zbędnych gestów wśród figur i ludzi.
Pomimo chłodu – spowiednik wytrwale na swoim miejscu.

Jest haw – uwielbiano feministka ) – z miejscówkami samotności –

Dwie abo trzy jej koleżanki ( dewotki ).
Trzymajom różaniec przy wąskich wargach ( chcący ) przypodobać siy – Jegomościowi.
Lekko siy garbiył – – – intrygowała go – – – złożoność ik psychiki ?
Słysałak – – – uchyla tako kufe ( do siedzoncego za krotkami ) –
Cy tako wywłóka ( ta – co stoi za mnom ) nie powinna tu dostąpić.
Bo ( taki niepili nicpoń ) pozwolył sobie odebrać jej pierworodny skarb !
 
Widzieli jom ( z przyjezdnym ) jechali w powozie – tak blisko sobie.
Fijokier – zawiózł ik do Kuźnic. Odprowadziłak ik wzrokiem.
Tam ik serca wybuchły ! Na to zbereźnictwo … niekcęcy
Patrzyłymy z kumoskom z perspektywy pomalowanego okna.
Zgroza – szósty zmysł nie z tego świata!
Po piątym ( ogarnyny nos ) zawroty głowy.
Świat ze złych mocy. Nie na ( moje ) stargane nerwy!
 
Na mój dusiu, nie naginom rzecywistości.
Siedząc w zakamarkach werandy ( z lornetkom ) zyrkom wokoło osi.
Za płotem – kiwajom siy krzewy buszpanu.
Ku upadkowi chylył siy płot – który, możno by było przeskocyć bez rozbiegu
Ino nie wypodało siy sarpać śnim dziś w Piyrsy Piątek.
Naprzeciwko siedziała moja sfrustrowano (przypsiółka)
Juz jej nie trowie ( od marca ) w cornej smatce na głowie.   
 
Od wiesny trzepie trzepackom przewiysone zogłówki
Kołyse siy przy tym nicym huśtawka.
Zamyko ocy ( otwiyro – zaś zamyko – otwiyro ) do pierzyny na wysokości jej ramion.
Mo problemy z konkretyzacjom ( jednych od drugich ).
POgardliwie wypino siy do KOalicji.
Staromy siy – coby nie wchodzić sobie w droge.
Chwilowo – straciła siy z pola widzenio.
 
Od śmierci starego ( źle sypio ) pościągały jom zmarscki.
“Piekielnica” zaniedbała siy hetki !
W jej zapusconym ogrodzie – wybuchły pokrzywy i osty.
Po dyscu ( slamazarniy ) pełzajom ślimoki.
Bez żenady ( bałamuci ) wywołując imiona świętyk
Jednego po drugim – chcący ik syćkik zrównać…

Wielkanoc nadchodzi . . . trzaby okozać jej rąbek skruchy !

Magicno siyła …

Goralsko, pozłocano dusa lubuje siy we furganiu ( precki ) …
Jak ktosi kce furgać, lygo na wyrku pod ryzowanym sosrębem
Wtej dusa natchniono, zmysłami luźno, wyślizguje siy z pęt.

Kozdo dusa za kozdym razem wymyko siy ( wse inacyj ) …
Zolezy od pozycji, od ułozynio ciała. Przed wschodem słonka
Inacyj siy wyzbywo ( kie lezys ) inacyj na klęconcku.

Ponieftoro, wyjątkowo uwielbio pływanie w obłokak
Nurkuje jak kijoń, ciupaga, abo inso wodno gadzina
Mnóstwo jes takik dusycek ( ozmiłowanyk we furganiu ).

W istocie rzecy inacej gruchajom seniority pogodzone z losem
W zimowej zowieruse, daremny trud przeniko im ciało i duse
Bez ciepła – trudno jest przezyć – nawet nieśmiertelnej.

Bez światła, styrmie siy tako ( po byle cym ) jak ślepe kocie
Demona pokus prowadzi na kraniec, coby siy nie zatracić
Bez powodu nie popaść w obłęd ( zerkając na kobiece wdzięki ).

Pospolicie godo siy o nik ( opiyrzone – latawice )
Rade siy gniezdzom w takim do słonka gniozdecku
Istoty delikatne, traktować ik z przymruzeniem oka.

Echo głosu – 3 x

1

Echo głosu po języku biegnie rozczochrana pamięć
Rozum ukorzeniony wyobraźnią w głowie się uformował.

Fajnie by było spotykać się w dzikim klimacie,
Pejzażem popatrzeć jak skowronek szczebiotliwie czuły
Pnie się w przestworza, unosi się miękko spiralną wstęgą
W aureoli przybranych potoków, wir żwir wyrzuca
Tylko, czy jałowa ziemia daje nadzieję na solidarny plon?

Z utrapienia drapiemy się w czerep, oby nie było gorzej . . .
Daremny trud na codzienne sprawy ociera się o rzeczywistość
Starym zwyczajem, strategia pojawia się i przeczy drugiemu
Zwykle na trzeźwo ( zmieniając ) kolejność miewa koszmary
Wykręca się od detalu do syntezy, idzie na styku niewidzialnej epiki

Przy zasłoniętych oknach noc ze strapień znana,
Bez miłości żyć to spora przypadkowość, docelowo czekać
Nie wiadomo ile, cierpieć od pełni do pełni, gdy księżyc
Poświatom w prawy róg okna się wżera, pieszczotliwie
Prowokuje, świecącym sygnałem przeciąga się całą noc, wabi
Chrapaniem zegara, kipi język młodości, orze ciała powabem
Cień trwogi w obłokach myśli, hejnałem w duszy ( jaskrawość świtu ).

Czy bedzie dobrą matką, gdy miłość efektem poszerza objętość ?
Przejawy męki wróciły, cierpieniem na biodra moc spływa
Nie można udawać, że nic się nie stało. Przygnębienie w zamyśleniu
Obmierzły ból, dotkliwie do lędźwi się wgryza, do sfery przerażenia
Tortura wyobraźni jest sednem (splotu) gdy nie ma głowy na karku,
Jest maska smutku, do której wzdychamy szepcząc truizmy.

2

Brzuch na kolanach brzęczącą kulą ( nim poczęcie nastąpi )
Ziewająca do czwartej na łóżkowym czuwaniu
Warkoczem międlenie z godziny na godzinę głowa pęcznieje
W oczekiwaniu krzyku chwile w opuchniętej ciszy
Z uczuciem trwogi zegarek tyka i pies merda ogonem
W zmaganiach głębi halucynacje, przekleństwa się piętrzą
Ciężko, łaskawie chwytając rękę w półcieniu – serca współczucie.

W białej izbie powała żmudnie czysta
O jasnym hafcie krochmalone zagłówki – firanki
Nie skłamaną prawdą potrafią wniknąć w duszę okna
Nieporadne spojrzenie po stokroć pogodzone w losem
Ciało się wzbiera z siedmiu na dziesięć w bólach noc potu pełna
Obnażona brzemienność za zasłonami wód pomruk
W niebo trwoga i lęk rosnący jak chwasty.

3

Dostając gęsiej skórki muszę wyjść na podwórze rozmyślań
Z otwartymi oczami iść w parze z zachwytem
Obarczyć się przemianami przyszłości
Echem głosu wszechrzeczy świeże olśnienie
Pieścić gotowi to coś co śpi w zaciszu oczu
Rzeczywistość w odświętnych rzeczach ma wydźwięk
Z kołysanką śpiewaną napar z kopru i mięty
W głębokim zagłówku nasze serce rośnie
Wśród czterech ścian uchylić rąbka – taki śliczny każdy kąt
Pozwala dostrzec ciepłe tematy w krasnoludki – makatki
Z niebieskimi wstążkami rozległe akcenty dzieciństwa
Oto i lato, w najlepsze ssąc kciuka – donośniej – gaworzy
Kropla w krople – – – wykapany tatuś !

Kasprowy w obcyk ręcak …       ( 2015r. )

1.

Hań – kosówka siy ścieli i żalu Regli ( kantat ) posłuchać
W zachwycie natury, śmigłe turnie uciykajom spod nóg.
Wiyrch ( dolina ) w urokliwym słonku – kalejdoskop.
Użytecność kosorów – wypleniono z reguły tradycji.

Niechciano przydatność hól ( owinięto łańcuchem smutku )
Nie mozebne zabocyć uroku Goryckowej Przełęcy.
Słonkiem wypełniono Kotlina – pod Zakosy siy styrmie
Zieleń z głazów obmyto przez lejbe i wiatry.

śnieg pod Beskidem ( więdnieje lodowa kra )

W cyrwcu ( po Janie ) rychlej dnieje o świcie 
Kwiotkami pochnie w Goryckowej – – – ocieplenie
Językiem kopie, kopliny na ( FIS-ie ) wyzierajom 
Kamienie ( namacalne ) same wyłazom spod śniega. 
 
Na linie cłek w tarapatak. We mgle wyobraźnia siy lęko
Świstok w tarapatach, cień swój wietrzy na pyrci ( rzęsami trzepoce )
W wykopanym tunelu, labirynt symbiozy ukrytego światła
( Szlag trafio ) i mocniej bije serce – kie władze TPN debatujom.


2.  ( Na pastwę zgłodniałym domysłom ) …

Dzień po dniu ( rychło ) wyjaśnio siy przysłość PKL
pochlebianiem słowa, nicym pociorki siy ozesuły,

świadectwo kiczu ( jest ) epizodem na Kasprowym. 
Zakopane – coroz barzyj zboco z wytyconej ściyzki

Stojący na straży obrońcy Tatrzańskiego Parku
corno patrzom na skrzyzowanie ślaku ( bez świateł )

szare plamy erystyki w płomiennych słowach retoryki 
dosłowność i fikcja z łatwościom ulegajom alchemii 

Mozno by było od casu do casu pozwolić sobie
na pitolenie o Olimpiadzie – ino ( nici ) z tego 

te słowa w pół sensowności do cna mamiom ludzi
to syćko w sobie koślawe ( wymogo sprecyzowanio ).  
                                                                    

Godne Swięta …

Idom,
Godne Swięta …
Choinka w przepychu siy mieni …
Jesce nie hetki do końca ubrano…
Janiołek z wierzchołka przyziyro siy bacniy …
Dzieciarnia z rumieńcami na licach …
Myślom o prezentach …
Chałupa radośnie siy krzonto …
Zapachy od kuchni droźniom nosdrza przed casem …
Zrobiyło siy hetki mrocniy migotajom gwiozdy …
Za stołem siado cas pokoleń …
Bioły obrus na stole nakryty …
Opłatek na sianku połomać siy gotów
Siedź grzecnie – zacynomy …
W Imie Ojca i Syna …
Jest puste miejsce przy stole …
Potrawin dwanoście dookoła …
Było świątecnie radośnie i miyło …
Był karp i borsc z uskami …
Były piyrogi i kapusta z grzybami …
Były kolędy przy świyckak śpiywane …
Były życynio wzajemnie składane …
Ktoś popłakuje … bo kogoś ubyło …
Tyn dziyń – niekze dostąpi chwili
Coby było świątecnie, rodzinnie i miyło …
Bez łez samotności przy kozdej Wigilii
W tym dniu tak niezwykłym by było.

Miyłościom zapłonieć…

W wiecór wilijny w całym polskim kraju
Cy to w mieście, cy na wsi, w pałacu cy chacie
Wedle starego u nos obycaju
Wsędyj na stole opłatek spotkocie.

Zaś kiedy wybijo wiecerzy godzina,
Tyn chlyb świyncony, matka w rynce biere
By siy nim dzielić wzrusono rodzina
Cyni to samo i bośko go scyrze.

Ino cy wiecie, co znacy opłatek ?
Cemu dzielimy siy nim ze swoimi ?
Bo to miyłości i zgody zodatek,
Nadziyja braterstwa ludzkiego na ziymi.

I nie dość, ze siy dzielimy weselem
Nolezy, bliskiemu pomogać w potrzebie
Ulzyć mu, wesprzeć, niek bedzie nom celem
Uciesom siy z tego janiołkowie w niebie.

Miyłować ucyło nos to Boskie Dziecie.
Potem, ciyrniowom wieńcone koronom
Boccie, kie opłatkiem dziś siy połomiecie
Niek’ze Wom serca – – – miyłościom zapłonom !

Wigilia bez taty…

Syćko by’k oddała za to,
Kiebyś ku nom wrócił – Tato
Bez Cie nima Świąt prowdziwyk
Takich ciepłych, barz scęśliwyk

Bocys ?

Jako zawdy – kozdej zimy
Kiedy byłeś tutok s’nami
Spuscaliśmy siy sonkami
Zaś niedługo, wnet po sonkach
Lypiyliśmy wroz bałwonka.

Co rok ta tradycja trwała.

A dziś, tego nie rozumiym ?
W sabaśniku stygnie karp …
Co go mama zgotowała
Z tom nadziejom
Ze siy dzisiok
Ku nom wrócis.

Kany ześ Tatuśku, kany ?
Syćkim wkoło serca smucis
Nawet kartki od Ciy …
Nie uświadcys teroz w skrzynce
Markotnom mo mine . . .
Janiołek, co styrcy na choince.

W chałupie otępa
Okrutniy ponuro
Nie wiem . . .
Jako to syćko znose
Wróć siy ku nom
Tatuśku . . .
Tak od serca  –  P r o s z e !

POSIADY …

I

Był cas,
lampa naftowa siy tlyła
jedyno na całom gazdówke.

Knot kopciył migotliwie
oscędnie
coby gajzsu (nafty) starcyło na dłuzyj.

Pamiętom – – –
nie tak downo to było
a juz poł wieku z okłackiem
jak po skończonej posłudze
obejście trza było ogrotać
zamieść foszty w izbie i w sieni
bo zacni goście przyjść mieli
przyjaciele – znajomi sąsiedzi
na pogwarki we spólnocie posiedzieć.

Na powitanie zdrowkali przyjaźnie …
Wtej – mama podkręcała lampe,
coby plotki nie były robione po ćmoku.
Opowieściom nie było końca.

II

Wcora z wiecora zdajołek wiersyk
Pragnieniem było coby ktosi
troskliwie podkręcił mój zapał !
Niestety zabrakło gajzsu (nafty)
ostoł siy ino knot.
Moze dzisiejszej nocy ?

III

Ludzie przydźcie w gości
Skoro ino chcecie przyjść
syćkik pytom Wos z radości
przydzcie’z zaros – choćby dziś.

Jedzcie, pijcie, dolewojcie
Słowem grojcie w różne gry
ino pytom pochowojcie
swoje grożne wilcze kły.

Plotki schować do kiesonek
Rozjaśniojcie śmiechem twarz
małom kładke przez potocek
niek przeruci – kozdy z Wos.

IV

Przyjaciele,
Downo nie widziane twarze
odlatujom jak ptoki na jesieni.

Coś-ik nom siy przypomina,
casami zapomino.

W podkrążonych ocach
( u znajomych )
widzimy samego sobie
i jest troche miło
i troche żal.

Dziękować Bogu
ze – nie jesteśmy – jedyni,
co wierni zostali sobie i światu

ino od nas zolezy
cy tego siy nie wyzbędziemy?

60 – – – mineno …
starannie dobrane okulory
przyblizajom druk
oddolajom lęk.

Więcej jak kopa ( w kalyndorzu )
lato siy przesiylyło
za progiem jesień
do zimy daleko
a moze siy nie dozyje?

Gorzść piasku ciśnięto za siy
zdmuchnięte świycki
gasnom na połowie
Niewiele zostało na drugom
a ona moze nie przyjść
bo powie ze ślisko.

O trzeciej – ni ma juz mowy …
Wystarcy ozejrzyć siy dookoła.

Samotność w bezzębne dziąsła
nie jest miyło
pułapka
bałamutnie siy skrado
wywołuje zmortwienie

Krok po kroku sukomy pocątku
wiedząc, ze rad przychodzi
na samym końcu
i ciągle siy go obawiom …

Cas mi zacon pomalućku uciekać
nie wiem cy jest sensem go gonić
na osiągi nie wypodo juz cekać
przed casem siy nie do uchronić.

Patrzeć jak śmierć na nos skinie.

Każdy dziadek ( powinien mieć laskę ) …

Weranda miała swojsko-góralskie motywy …
wyrzezane na listwach ( z gadzikiem ) pół kwiaty
lgnące do oka układajom siy w zwartom narracje.
Spodem listwa ( pospolita ) u starodownej skrzyni
„bawole oka” symetrycnie wierne sobom od lat.

Dalej i dalej posuwoł siy księżyc wzdłóż okiennych kwater
skąd to ciekawscy ( zza firan ) wyziyrająom na ludzi
idących gościńcem. Zwierzęta na trowie, gazdowie
w plenerze ( obłoki ) tońcujom od zmierzchu ( na roz )
słonko za górami maleje, w kręgu łańcuch gór
wsparty o las, górskie polany zmieniają barwy.

Ameryka, swom przewrotnościom zupełniy zaskakuje
Oślepio, syćko krzycy, brzęcy za garść dularów
mo swoje przebicie. Tu – istotnom cechom jest ( szybki rytm ).
Dokąd mnie zaniesło ( na fali ) absurdem niezbadany los ?
Wypchnięty w dal na oślep – wzrusom ramionami
Przekonaniem ( iść dalej ) nie obziyrać siy wstecz.

W sumie mom co jeść, wygodnie spać, obezwać siy – komuś,
ofiarować prezent. Zalotnym krokiem kot siy łasi,
Gałgan siy leni, skrony tego siedzi na krawędzi fotela.
Ułozył ciało na styku kominka i pieca z sabaśnikiem.
rozciągając się ( uwidzioł gaździnkę ) w rózowej pościeli
W samej tylko halce. A tak ( nawiasem ) zapada wiecór
W bibliotece momy szybki komputer i dysk twardy !
W skupieniu na cytaniu poczty siy pogrążam.

Z klawiaturom siy zmogom ( zwycajowo ) przysła jesień
W mig śniega nasypało. Na oblodzonym asfalcie
kozdy dziadek ( po boku ) powiniyn miyć laske !
W polu widzenia (metafory) wedle nocnego zygara
( wiedeński mo – cyfer-blat ) w popędzane wskazówki
tik – tak … tik – tak … ( bim-bom ) deptajom beztrosko.

Skróś tego – poszwędojmy siy jesce krapecke …
Na pół knota – przygasono lampa ( z odrobinom ochoty ).

W rozkojarzonej scenerii nasego wsólnego życia
luźno – fruwająca podomka z falbankami pod szyjom,
stopy beztrosko – w ognistych barwach pazurki
obramowane biodrami ( we śnie ) odsłonięte – wcięcie w tali
widokiem mnie obdarzyło – by skazać na pokusynie
i grzechów nie-dopuscynie.

(…) A teraz śpij grzecznie i o wszystkim zapomnij.
Sen mi – oczy zamyka !

Uciekła radość …           ( Kubusiowi na 8 urodziny )

Osiem balonów uniosło się w górę
Wszystkie dmuchane i kolorowe.
Osiem balonów musnęło gałęzi
Wolność wybrały uciekły z uwięzi …

Jeden pofrunął aż dotknął słońca – pękł
Drugi, wzdłuż drogi nie dotarł do końca – pękł
Trzeci, odpocząć chciał na kaktusie – pękł
Czwarty, wpadł oknem jest w autobusie – pękł
Piąty, fruwając zaczepił o druty – pękł
Szósty, się wyrwał poleciał na skróty – pękł
Siódmy, wciąż krąży nie podjął kierunku – pękł
Ostatni, wątpliwy drugiego gatunku – pękł

Osiem balonów razem kupione
Dzisiaj już wszystkie są zagubione
Wolność wybrały do niej leciały
Chciały pozostać lecz odleciały.

Bujna fantazja …                  Synowi  Wojtkowi … 1994r.

Naprawde dziś rano, ktoś mnie uprowadził
Trzech, zamaskowanych zbirów
Zatrzymali mnie na chodniku
Kusili słodyczami i zabawkami
A kiedy, nie chciałem nic od nich wziąść
Złapali za kołnierz, czapke naciągnęli na oczy
Ręce wykręcili do tyłu, związali
Wrzucili na tylne siedzenie w czarnej limuzynie,
Powiązali łańcuchem brudnym i zardzewiałym
Oczy i usta za-kneblowali aby nie krzyczeć
Nie widzieć nikogo nie poznać po głosie
Jechali ze mną 30 minut w ogromnym strachu
Z klątwami ci łotrzy wyciągli mnie z auta
Ciągnęli po schodach po mokrym bruku
W piwnicy to było, bo czuć było chłód
Przywiązali do kraty co w oknie tam była
Ktoś-kolwiek rewolwer wyciągął i trzymał za spust
To była ogromna tragedia …
Bardzo się bałem, nie byłem wesoły
Przez to się właśnie spóźniłem do szkoły.
 

córce Joasi na wiano…
 

Dziywce . . .
wiedz’se
 
kiedy pomremy
a Ty siy ostanies
 
nie boj siy
nie strochoj
 
nie bedzies sama
 
dostałaś w spadku
nase geny
nase serca
 
Wiydz’se …
 
przeloli my na Cie
naskom miyłość
 
Tyś jej owocem
 
kiedy dojrzejys
połąc jom z insom

i przekoz dalej
potomnym
 
                  weź ’se do serca
                  to wozne
                  przesłanie.
 

Górolu zol mi ciy, zol …

1.

Z wyboru zamieniłeś góry na niziny
wyrwane rodowe korzenie
tęsknota
na prerii błękit tatrzańskiego nieba
porównujes
zbacujes
moc holnego wiatru
na codzień żyjąc w wietrznym mieście
z Chicago
wypatrujes
kłębiące siy chmury
nad starom ojcowskom chałupom
zamazany Giewont
z kutym krzyzem w oddali
owiecki z dzwonkami – u karków
pasom siy dojne – na holi
zasumioł rzewnie las
wtóruje nutom sabałowom…

2.

Zyjemy daleko w świecie scęścio
tak “trąbi” o tym zewsąd świat
kany w domach paradzi siy przepych
wielki dobrobytbyt – nos otocył
syćko na pokaz wokoło
rzuco siy w ocy
autami co frunom po szosie
zapachem lodówki z marketu
wielobarwnym przekazem
żyjemy w gorącce nadwogi
Ino jednako wse boli
i zdaje siy kruche
tęsknota i boleść co odlatuje
z doczesnym rozstaniem
na mokrych rzęsach łzy
i smutek z niemocom
mozno by było zeswotać.

3.

Samotno staruszka
wysusona na papier
w góralskiej smatce ( zacepiono )
ozdobio okna . . .
bielom polskich firanek.
Wyśnione gór wspomnienia
spadzistość goncianej strzechy
malujom rysy na jej twarzy.

W ocach smętek cofnięty
z tęsknoty stare serce dłowi.
Duch słaby i siyły niemrawe.
Jej zycie upływo nieraźnie.
We włosach ( dorodnej ) powagi
chicagowski wiater siy wdzięcy
jesiennym liściem prusy
a potem zimowe słonko
młodość odbijo siy echem.

4.

Pochyleni wśród
obcego świata
jesień nos trowi
ból i śmierć.

Cas
przenosić
kwitnące myśli
tam
kany wiyrzby
ku ziemi
swoje włosy chylom

Zycie
wse do zadumy zmuso
przesuwo wskazówki
na cyferblacie
z niedobocka siy skrado
chwila wylogowanio
przesłości.

Spocnies na Zmortwychwstaniu* !

* Zmartwychwstanie – nazwa potoczna polskiego cmentarza obok Chicago.

Śtuderowanie …

Stworco jastrzębi i chrobocków
Ryzując siotkom dłoń cłowieka
Zboc se, zek przecie na obcyźnie
I znaku Twego wiernie cekom.

Cok Ci ucynił, ześ mnie stworzył,
Omotoł w koło barwom świata?
Zmarnotrawiyłek Twoje dary
Zanim rozpoznoł w bliżnim brata.

Dołeś mi duse, cobyk cuł i nicość
Włosnom pojąć móg. Dołeś mi rozum.
Teroz Ciy pytom przy mnie stój
W kosiołkak zawęźlonyk dróg.

Miarkujes o tyk co siy kręcom,
Miyłujes tyk co pominyni,
Kieby tak nogle pomar świat
Cy byłbyś ze mnom w onej chwili?

uślizgła siy stopa …

helikopter ponad Tatrami syćkie zdarzenia som prowdziwe
nogłe przypodki do bólu znane jako krew na śniegu
dźgnięte powieki w sercu pokrzyk i ocy wilgotne z powagi
wstrzymujom oddech w spłosonej chwili świstok na pyrci
Zamarłej Turni uślizgła siy stopa rozsądku
ulotny hałas na nieboskłonie przerażajacy horyzont
ludzkim stropienieym krzyk jęku w sercu dzwoni
w rozpaczy słyseć upadek ciała na piarg łzy wyciśnięte
na skalnej półce kwitnom poranione szarotki

Dobry wspominek

( Blinkajom ognicki lećiwe )

Dziś swięto pomarłych…
– Nie ma ich już pomiędzy żywymi,
naszych Bliskich…

Pominęli się w różnym czasie dziejowej poniewierki,
a czas z ckliwościom
zasklepił płaczliwe rany.

Smutek, ukoił w grobelnej otchłani…

Byli , zlegli , pomineli …

Zawsze bywało w utartej tradycji
Kładzenie na ich mogiłach
kiści związanych chryzantem
kwiatów ciemności.
Po omacku zapalamy
nagrobkowe znicze.

Przyklękamy przy omszałych krzyżach
szeptając błagalne modły…
Zapatrzeni w migotliwe blinkanie ogników
w niebieskawy dym
co się pląci w przestrzeń
ciche westchnienie
Swiętych obcowanie,
Ciała zmartwychwstanie,
Zywot wieczny …

A potem –
pełni zadumy, wspominków,
zamyślamy się długo zagłębiamy

Jakie krótkie jest ludzkie życie?

Wypominkami wchodzimy w bliższą zażyłość.
Odtwarzamy historie zimnych powiek
w gruncie rzeczy . . .
kiedyś będziemy jej spadkobiercami.
Wodząc oczami – odczytujemy,

pomiędzy tysiącem tysięcy przycupłych
mogił są i takie,
których obojętnie ominąć się nie da ,
choć . . . drogi uśpionych
przygotowanych do wskrzeszenia
nigdy się z namii nie zetknęły…

To zlegowiska – z głuchymi skargami podziemia
w mroku tajemnic na kanwie patrzenia z pacierzem.

Oddali swe życie za Nasz Wspólny dom.
Za Naszej Ojczyzny Wolność – Slebode.
Za Naszą i Waszą Wolność spod jarzma niewoli.
Za stosunki sowiecko – polskie
po 17 września 1939 roku.

Katyń , Starobielsk , Ostaszków! 
Krwawiące rany w polskiej świadomości.

Za męczeństwo polskich oficerów,
przyodzianych trawnikiem w zbiorowej mogile
strzałem w tył głowy, za jedyną ich winę

Miłość do Ojczyzny …

Niech dobry wspominek w nas
po Was zostanie.

Wieczny odpoczynek – radzże im dać Panie.

ANIELE …


 Sterniku mej duszy
strzeż mnie
od grzechu chroń
oddal gniew
w pierzastych skrzydłach
schroń
i czuwaj wiernie
prowadź za rękę
przez drogi kręte
trudnych chwil
życie przewrotne
w szaleństwa krótkie
w przesłość odpłynie
z nawiązką wzgardy
idziemy po grudzie
ku złudnym mirażom
czas niezmierzony
gniecie niepokój.

Sterniku mej duszy
podążaj za mną
gdy ścieżkę w życiu
pocznę gubić.
Ostojo nadzieji
stój na straży
gdy daję susa
na dół schodami
osłaniaj skrzydłami
Aniele , , , podaj rękę
gdy noc stęchła nastanie
weź we władanie
zapal świece * ( gromnice )
by raźniej iść . . .
odwagi niechaj nie zabraknie
przed tronem Pana
strach w gardle narasta.

w blasku świec …

Cy siy jesce zamyśle ( w tym wieku ) nad wersem gwarowych przemian?
Niek by wse były razem, dobrodusnom odezwom w ocach obrazem. 

Cy siy zatre jak folus ( wyrokiem casu ) krok za krokiem – pół wieku ?
Na brzeźnym uskoku, strzępami kroków w przykopie – bęc i przepod.

Cy zabłądze jak drzewiej ( w huściawie dziejów ) wśród zabłąkanych myśli 
Osacony mgławicom przesłości - hań, samotne som zgliszcza szałasów.

Cy witoł siy bede z bliskimi, co ( z poglądami ) odeśli na padół, w orszaku
Swiatłość im świeci na powidok smyntorza – łzy w kręgu przyjaciół.

Cy z jedlinowyj cetyny ( proste wionki ) uwijom – ostomiyłe dziywcęta?
Niekze na tom – otchłań niedoli ( szarfy ) z wdziękiem – ozdobi jaferniok.

Cy pod chórem  nabożnie przyklęknom ( w pokłonie bladych świec ),
Bursztynowy wosk smutku ( opatrzność ) w utropieniu – ośniyżone janioły.

Cy dusa zacnie zerkać do światła ( pokaźnej gromnicy ) zawdzięcająco dar Bogu
O sercu pokornym jak gołąb ( w zaświaty ) hań – poszybuje – ku Tatrom ?

Cy stary ( rzęch ) co to przemierzył bezmała ziemskie granice – ras i narodów
( Siy łudzi ) ze – dloń na odchodne – zabrzękolom góralskie – gęślicki ?

Małgorzata i Andrzej Piton – Kubów

Recenzje;

„Moje korzenie wyrastają z tej ziemi…”
Andrzeja Pitonia-Kubowego filozofia wierszowania z Tatrami w tle;

Anna Brzozowska-Krajka, profesor w Zakładzie Historii Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UMCS w Lublinie.

(refleksje badacza literatury i kultury góralskiej po obydwu stronach „wielkiej wody”)


Andrzej Pitoń-Kubów, rodem z Kościelisk-Polan, od 1979 r. zamieszkujący w Chicago, jest poetą rozpoznawalnym zarówno na Podhalu polskim, gdzie ujawnił się jego talent poetycki (ziemię podhalańską określa „kołyską własnego tworzenia” – Wyrobisko), jak i na Podhalu amerykańskim, gdzie talent ten się rozwinął, a twórczość jego nabrała cech indywidualnych. Reprezentatywny jej fragment zawiera obszerny zbiór poetycki pt. Daleko stad, daleko wszędzie.

Jego wiersze drukowane były m. in. w „Podhalance”, w wychodzącym w stanie New Jersey „Tatrzańskim Orle/The Tatra Eagle”, w pismach chicagowskich: „Echu Podhalańskim”, „Podhalaninie”, w pamiętnikach na Sejm Związku Podhalan w Północnej Ameryce (ZPPA), w Góralskich posiadach dra Orawca (t. 3).

Pisarstwo Andrzeja Pitonia wyrosło z ducha regionalizmu podhalańskiego, ideologii przeszczepionej za „wielką wodę” wraz z licznymi góralskimi emigrantami już od początku XX w. (w 1929 r. założono w Chicago Związek Podhalan Północnej Ameryki). Echa tej ideologii z centralną pozycją wartości kultury źródłowej wpisane są w wiele utworów chicagowskiego poety, którym towarzyszy naczelne wskazanie: „zajrzyj w lustro włosnej duszy,// tam pamięci są korzenie” (W kręgu gór).

Zatem kultura zapamiętana stanowi stały punkt odniesienia w tej twórczości, podobnie jak dla wielu innych emigracyjnych poetów.

Autor „podobe dziedziny skoli” nosił w sercu od najmłodszych lat (Ojcowizna), obecnie nieustannie „grzebie w okruchach wspomnień,// Które pokruszył czas” (Łomot serca). Wspomnienia te najsilniejsze były na początku trudnej, emigracyjnej drogi, budowały mocną opozycję „Tam” i „Tu” – schemat myślenia specyficzny dla każdego emigranta, którego los nierzadko określało „puste jutro” (stan niepewności), bądź metaforyczne pytanie: „Czy zawsze z uśmiechem chcę i będę orać ziemię niczyją?” (Podpowiedź, na lepsze jutro …). „Dziś biel kartki papieru i szelest nocy – wyznaje poeta – to nić, na którą nawlekam wspomnienia” (Drogą ku wsi), otwiera je niczym stronice w księdze życia (owdowiała gaździna), wspomnienia te „już w mrok odchodzą, ale nie giną” (Jesienne liści opadanie).

„Malowanie z pamięci…”, czyli odtwarzanie obrazów z regionalnej historii i legendy, odległej i bliskiej przeszłości swej małej ojczyzny, motywów krajobrazowych, obrzędowych, obyczajowych, wynika z potrzeby autoidentyfikacji, samookreślenia się na obcej ziemi, w społeczeństwie wieloetnicznym, wieloreligijnym, akcentowania przynależności do określonej wspólnoty kulturowej, co stanowi ważny element jego filozofii tworzenia, ściśle powiązanej z filozofią życia – częsty wątek poetyckich rozmyślań emigracyjnych poetów o góralskim rodowodzie.

W odróżnieniu od podhalańskich poetów tworzących w kraju i również chętnie sięgających po ustalony zestaw tematów regionalnie utożsamiających (tzw. konwenans góralszczyzny – m. in. kult swej małej ojczyzny, osobliwości natury i kultury, składniki etosu góralskiego), wiersze emigracyjne z nostalgiczną nutą wspomnieniową dając poczucie nieustannej więzi z ojcowizną, budują przyjazną człowiekowi przestrzeń „swoją/naską”, choć wyobrażoną (por. cykl Ludzie z Polan).

O specyfice tej przestrzeni przekonuje niejednokrotnie sam autor w utworach o charakterze autotematycznym (wiersze o wierszach), w których zaznacza, iż „nie rodzom sie byle kany i byle jako…” (Moje wiersze) – w odróżnieniu od amerykańskiej filozofii pozorów cechuje je szczerość: „wierszyk zrodzony echem serca//niekby był prowdziwy//jak spojrzenie w oczy//przyjazny// jak podanie reki” (trzeba wypedzieć co sie czuje…).
Tej szczerości uczuć służy też cykl wierszy – Filozofia po naszemu…czyli po góralsku – Gwarom, nie powinna frustrować nikogo…prezentujący rozmyślania poety dotyczące miejsca człowieka w świecie, zasad wartościowania, relacji istotnych w realiach „przeszczepienia” kształtujących tożsamość jednostkową i grupową w rzeczywistości zaadaptowanej, amerykańskiej, dążenia do odsłaniania istoty problemów dotyczących rozumienia świata, ale też własnej twórczości, generalnie szeroko rozumianej dociekliwości intelektualnej i poznawczej poety.

Wierszowanie Andrzeja Pitonia-Kubowego, czyli po góralsku „zdajanie wiersyków” wprawdzie bliskie jest w swej płaszczyźnie ideologiczno-wyobrażeniowej (artystycznej) modelowi poezji podhalańskiej ze starego kraju i jej mutacji amerykańskiej, lecz całkowicie różne w odniesieniu do jego indywidualnej, jak sam wyznaje, „wewnętrznej potrzeby swoistej filozofii… Emigracji z siebie, ucieczki na zewnątrz, sposobu na tożsamość” (z wypowiedzi autora). Ten styl myślenia zrodził się pod wpływem nowych okoliczności bytu, nowych, silnych przeżyć, był konsekwencją życiowego wyboru, gdy „zamienił góry na niziny” (Góralu żal mi cie, żal), gdy poznając obce wzory życia musiał „nauczyć się iść przez czas z gracją i jeszcze do tego w obcej Ameryce” (Najtrudniejsze pierwsze dni), a tym samym „przesiąknięty został po części amerykańskim trendem” (z wypowiedzi autora).

Stąd w jego twórczości pojawia się wprawdzie typowa dla każdego poety-emigranta, wspomniana już, opozycja wartościująca: „Tam”(swoje, ojcowizna) i „Tu”(obce, przybrana ojczyzna), wskazująca na status „między-pomiędzy”, lecz z wyraźnymi oznakami ponownego zakorzenienia, na innych zasadach, jako konsekwencja owego „uczenia się Ameryki”, nie tylko poprzez dostrzeganie różnic między stylem życia i systemem wartości w aspekcie globalnym (ogólno amerykańskim) i regionalnym, ale także możliwość realizacji wzorów zachowań wynikających z indywidualnych preferencji w ramach naczelnego prawa do wolności.

Autor nie zamyka się bowiem w kręgu kultury rodzimej, tak po orkanowsku nie zrywa więzi z tradycją korzenną, lecz otwiera granice poznania na problemy wspólne emigrantom w przybranej ojczyźnie (np. wiersze niejeden co zszedł na psy; albo – Być niewolnicą u Biały człowiek), a przede wszystkim akcentuje swoje „wielkie otwarcie” na „Inność”. „Potrzebujemy lustra inności” stwierdza w jednym z wywiadów wybitny polski antropolog kultury Roch Sulima, ponieważ konfrontacja z „innym” pozwala się samemu zdefiniować. Owo „wielkie otwarcie” dotyczy zwłaszcza geograficzno-kulturowych osobliwości obu Ameryk i generalnie ciekawości świata, to właśnie efekt pełnej wolności (ekonomicznej i ideologicznej).

Świat poetycki Andrzeja Pitonia otwarty jest również na rekonstrukcję wiedzy historyczno-legendowej pozaregionalnej, mocno wpisanej w amerykańską przestrzeń życia, wynikającej z jego dociekliwości historycznych, podążania tropem pierwszego historyka Polonii amerykańskiej ks. Wacława Kruszki i innych, dotyczącej ludności autochtonicznej, indiańskiej, ale przede wszystkim dziejów polskiej emigracji do USA, w tym pierwszych śląskich osadników z połowy XIX w. w teksańskiej Pannie Marii czy legendowych dziejów największej metropolii polonijnej Ameryki – Chicago.

Właśnie tenże historyzm jako element autorskiej filozofii życia i tworzenia stanowi rys bardzo charakterystyczny dla najnowszej twórczości literackiej Andrzeja Pitonia utrzymanej w konwencji gawędy poetyckiej (np. ze zbioru W kapeluszu pełnym kostek…), pozostaje on w ścisłym związku z pasją autora do poszukiwań i opracowań o charakterze dokumentacyjnym (np. Historia osadnictwa polskiego w Ameryce na przestrzeni wieków).

Powyższe uwagi stanowią zaledwie sygnalizację bogatego, przepełnionego różnymi typami emocji, warsztatowo bardzo sprawnego poetyckiego potencjału Andrzeja Pitonia-Kubowego, którego twórczość pozostaje w nieustannym rozwoju, w procesie zawłaszczania nowych obszarów i eksponowania ich uniwersalnych znaczeń, jest próbą pogodzenia dwóch światów, dwóch lojalności: regionalnej/polskiej i amerykańskiej, a przy tym cechuje ją niesłychanie mocna, autorska świadomość procesu tworzenia, bo jak sam wyznaje: „z poezją jest jak ze śpiewaniem, każdy może, ale nie każdy potrafi robić to w miarę dobrze”. Trzeba stwierdzić – Andrzej Pitoń-Kubów należy do mistrzów! Więcej materiału poetyckiego autora Andrzeja Pitonia, mozna znaleść na stronie internetowej;    www.pitonski.website

PS.

Po raz pierwszy z twórczością poetycką Andrzeja Pitonia-Kubowego zetknęłam się w drugiej połowie lat 70-tych XX w., gdy w Instytucie Filologii Polskiej UMCS przygotowywałam rozprawę doktorską dotyczącą kształtu i tendencji rozwojowych współczesnej poezji podhalańskiej (ukazała się drukiem w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej w Warszawie w 1989 r. pt. Stare i nowe nuty na góralskich gęślikach: o ludowej poezji podhalańskiej (1945-1980) i stanowi jak dotąd jedyną monografię tego okresu literatury podhalańskiej). Wówczas dostrzegłam doskonale skonstruowane, z głębią obrazowania i świetną metaforyką wiersze młodego poety z Kościelisk, który jednak znikł gdzieś z mojego pola widzenia. Okazało się, że wyemigrował do Chicago, aktywnie działał w ZPPA, w l. 1984-1987 jako wiceprezes, następnie w l. 1993-1996 jako prezes tej organizacji polonijnej, inicjator cennych przedsięwzięć kulturalnych na Podhalu amerykańskim, które są kontynuowane do dziś, m. in. festiwalu „Na góralską nutę” i przeglądu zespołów kolędniczych.

Nasze osobiste, bardzo wzruszające spotkanie, miało miejsce w Chicago we wrześniu 1997, kiedy po raz pierwszy przyleciałam do Stanów Zjednoczonych Ameryki już jako badacz literatury i kultury góralskiej w diasporze, kiedy po raz pierwszy przekroczyłam gościnne progi Domu Podhalan na Archer, kiedy po raz pierwszy uczestniczyłam we mszy św. w amerykańskim Ludźmierzu itd.

Od tamtego czasu odwiedzałam Chicago i tworzących tam poetów góralskiego pochodzenia wielokrotnie. Podczas ludźmierskiej promocji mojej książki (Etnokultura w diasporze: między regionalizmem a amerykanizacją, Lublin 2013), przesłany specjalnie na tę uroczystość poemat Andrzeja Pitonia, Ludźmierz … ( na cztery zdrowaśki), dedykowany przyjacielowi „zza wody” ks. prałatowi Tadeuszowi Juchasowi, był doskonałym znakiem łączności między Starym Krajem a Nowym Światem.

Lublin,  prof. dr hab. Anna Brzozowska-Krajka
Uniwersytet im. M. Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Anna Brzozowska-Krajka, profesor w Zakładzie Historii Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UMCS w Lublinie. Jej obszary badawcze obejmują: komparatystykę literacko-folklorystyczną ze szczególnym uwzględnieniem romantyzmu i neoromantyzmu polskiego, teorię folkloru, polski folklor magiczny w kontekście słowiańskim, nowszą literaturę ludową, literaturę i kulturę popularną, folklor emigracyjny oraz literackie i kulturowe aspekty regionalizmu – perspektywa polska i amerykańska. Autorka ponad 180 publikacji naukowych, w tym książek: Stare i nowe nuty na góralskich gęślikach; O ludowej poezji podhalańskiej 1945-1980; Symbolika dobowego cyklu powszedniego w polskim folklorze tradycyjnym; Polish Traditional Folklore: The Magic of Time, transl. W. Krajka, Boulder; Etnokultura w diasporze: między regionalizmem a amerykanizacją, Lublin 2012.

Swe badania prezentowała podczas bardzo wielu konferencji organizowanych przez ośrodki naukowe w Polsce i za granicą, m. in. w USA, Brazylii, Korei Pd., w krajach Europy. Jest autorką pierwszej w anglojęzycznym świecie naukowej syntezy folkloru polskiego (Poles [w:] The Greenwood Encyclopedia of World Folklore and Folklife, Westport,CT – London: 2006). Jest członkiem, m.in. The Slavic and East European Folklore Association (USA); Komisji Słowiańskiego Folkloru przy Międzynarodowym Komitecie Slawistów; Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego (wiceprzewodnicząca Oddz. Lubelskiego); Komisji Nauki i Badań dla Europy Centralnej i Wschodniej The International Organization of Folk Art przy UNESCO (przewodnicząca), Ogniska Lubelskiego Związku Podhalan, Honorowym Członkiem Koła nr 20 Związku Podhalan Północnej Ameryki, Literacko-Dramatycznego im. K. Przerwy Tetmajera.

Piszę, by dać życie swym myślom.

Andrzej Pitoń – Kubów, polski góral z Podhala, niegdyś także stanął w obliczu trudnej decyzji.
Polska początku lat osiemdziesiątych XX wieku, nie była krajem, o jakim marzyli rodacy. Jak wielu innych, wahał sie, zmagał sam ze sobą, buntował w sobie, aż w końcu wybrał. I ani się nie oglądnął jak mineło ponad trzydzieści lat obcowania w Ameryce. Czy poezja – – – choć to słowo wzniosłe, a takich jak już wiemy APK zręcznie unika w swojej ocenie – – zatem, czy zmaganie się ze słowem, przelewanie na papier myśli, spostrzeżen, może być takim antidotum, na tysiące kilometrow w oddali?

Wielka Woda, jaka dzieli od kraju z lat dzieciństwa, młodości, od umiłowanego Podhala, jego kultury, gwary – mowy ojcow, i wszystkiego co odziedziczył po przodkach? To nie przypadek, że najlepsze wiersze rodzą się z tęsknoty, żalu, czasem złości, bo przecież nie wszystko w życiu układa się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.

Niejednokrotnie zdarzenia zdają się wymykać misternie, układanym ludzkim planom, wprawiając w zadziwienie samych twórcow tych życiowych scenariuszy. Na wewnętrzne rozdarcie pomiędzy tym, co dyktuje serce, a tym, co podpowiada rozum, każdy musi znaleść własne ukojenie.

Z pewnością, zacięcie do pisania, dzielenie się słowem, często jak sam wspomina – do szuflady, jako zapiski … są dla niego ucieczką, zaspokojeniem chcicy, swoistą refleksją, albo sposobem na własną tożsamość. Dzięki temu stał się też doskonałym obserwatorem życia, nie tylko tu na obczyźnie.
Swiatowe obycie pomogło mu szybko zaadoptować się w nowym środowisku.
Polubil Amerykę, Chicago i jego mieszkanców, ktorych ceni za ich tolerancyjność i otwartość bez barier.

Twórczość Andrzeja Pitonia – Kubowego, stała się mostem jaki przerzucił pomiędzy dwa światy, Polską a Ameryką, pomiędzy tym co dyktuje własne serce i rozum. Z jednakową łatwością posługuje sie polszczyzną jak i gwarą, kiedy powraca w swoich wierszach do górskiej krainy, rodnego Podhala, wspomnień z dzieciństwa czy młodości, badź gdy przedstawia tutejszą, amerykańską rzeczywistość i jej zawrotne tempo. W swoim zbiorze dokonań i wierszach, kryje się napewno odpowiedz na wszystkie pytania “.

[ recenzja poety – mgr. Jana Skupnia z Białego Dunajca ]