Daleko stąd
Daleko stąd ...
 

 
Gdzieś - to wiem, że na Podhalu ...
Niewielki skrawek mojej ( Naszej ) ziemi
Był on moim ( Naszym ) początkiem raju
Wiosny kwitnącej kwieciem ( lata ) aż do jesieni
Powietrzem rześkim w nocy ( o poranku ) rosa się ścieli
Złowrogo mruczą góry w dole rzęsiste doliny
Omijam je wzrokiem idąc po brzegu skarpy
Wybiegam myślami ( jak dziwny jest ten świat ) ?
Zbłąkany we wspólnym pędzie, perswazje, dziura na dziurze
Przyśpieszam kroku, aby nie spłoszyć cienia.

  [ *** ]

Cisza na rozdrożach ( Naszych ) gór. Odbija się echem
Na fasadach dojrzałe letnie zmierzchy. Z głową odkrytą
Szczerze o swoich planach w coraz dalsze dale . . .
Jak ptak się błąkam w obrzeżach Wielkich Jezior -
Kolejne dni ( nadzieją wschodzącą ). Wyroje nadziei,
Dostać to czego nie było nam dane ( w niemocy przeszłości ) ?

To takie logiczne. Doczekać momentu a potem jakoś już pójdzie.
Oczami za się - na szarość w podrapane ściany . . .
Na lata trudu w zakątku skancelowanej ( Wschodniej Europy )
Strzępy zachowań ranią. Przykre słowa międzyludzkich relacji.
Wśród tłumów ( Nasza dola tułacza ) galopuje modlitwa.

Mój Boże ( nie pozwól ) abym rzucony był jak kamień
Bez nadzieji ( co żyje ) idąc aleją hymn szepczę w duszy
Dlatego proszę - Nie dopuść nosić ciężkiego krzyża !
A jeśli - musi się spełnić ( pozwól ) najkrótszą drogę !
Nie zawiodę ( doniosę do końca ) tak daleko jak mogę.








Z uroczym zmieszaniem

Jakoz siy mocie?
Jak siy tu dostaliście?
Jednak Wom siy udało?

Jak downo ( tutok ) przebywocie?
Cy planujecy zostać na dłuzyj?
Osiedlić siy na Wojciechowie?
Cy hań siy Wom widzi?
Wsród karłowatych domów
Kany chruby dywan z trownika
A zycie płytkie, naokół zawiłe?

Cy narzykociy na pogode?

Coście juz uwidzieli?
Cy zyjecie tak jakbyście kcieli?
Cy potraficie siy skupić ino na pracy?
Cy w siapie Wos dobrze traktujom?
Cy nie cujecie siy zagrozeni?

Cy dopadła Wos moze, odwiecno walka
Pomiędzy przetrwaniym a posiadaniym?
Cy som takie dni kiedy jesteście
Pogodny bez zodnego powodu?
Cy stocociy boje – ze samym sobom?

Cy Wasa rodzina jest s’wami?
Jak mo na imie Wasa połowica?
Jak cęsto – do siy dzwonicie?
Cy oni ku Wom przyjadom i kiedy?

Cy mocie zielonom karte?
Kiedy jom dostaniycie?
Cy pojedziecie na ślub swojej córki?
Jak cęsto musicie wysyłać pinądze?

Staruszek siewca


Staruszek siewca …
  / który ożył na swoją sposobność /
                                         
 
Na Podhalu … 

 
 
Ciśnięta przed się garść owsa z nadzieją opadła skibom na ugór.
Bez prostego horyzontu niebo, zuchwale rozpowiada o rozkoszach wsi.
Pod wierchami mgły ku ziemi siy chylom. W obrębie prognoz synoptycy
Sprawiedliwość dziejowa próbuje się odbić ponad to co widać.

Wiater ( holny ) wiejący pędem po dziedzinach sporo szkód narobił.
Spoza Ostrysza lodowaty powiew, plewy z przetaku wywiewa, rzuca na pastwe losu
Duszność nozdrza trawiąca, szydzi nadmiarem obornika i gębę siewcy wykręca.
Wzrok marszczy poczciwy staruszek, owinięty w płachtę zgrzebnego płótna.
 
Raniąc stopy do zmroku, włóczy za sobą gawiedź rozkrakanych gawronów.    
W pęd ziemi siejąc z zanadrza rzetelność, pomiędzy kopcami kretowisk.
Powłóczyste kroki nadzieji, echem się potykają o wystające kamienie.
Przymknięte powieki widzą bruzdy rdzawych skib. Stąpa po nich ze spokojem parzenic,

Siewca, garbiący się staruszek, Przeciera wzrok wsparty o krawędź Regla
Starość ma zawsze szydzącą cierpliwość. Słonko, wstydliwie schowało się za Magórę.
Gdzie przeorana ziemia, zlatują się stada. Kolejny dzień w drodze towarzyszy.
Ze wzruszeniem spoglądam na czyjeś jutro! Na prostowany ( obolały) grzbiet.
 



weekend na płaśni


Przegląd zespołów regionalnych Zwiazku Podhalan w Ameryce

Na Góralskom Nute,
Chicago. listopad 1985


“ Zbójnicy, zbójnicy . . .
warzom owce w żyntycy
i muzyce dali znać, dali znać
coby przysła im zagrać “


Na polane hań przed sałas – wyśli młodzi
Bedom tońcyc – temu przecie – ze som młodzi
Nie polonez bedzie dzisiok dlo nik grany,
Taki – w tłumnym korowodzie,
Tyz nie walce – te wiedeńskie,
Co som jako wino skrzące.

Baco nas , baco nas
dobryk chłopców na zbój mos
jesce byś’se lepsyk mioł
kiebyś baco, syra doł.


Baca poderwoł rychtyk wałaske
Zaś juhas stanon przy juhasie !

“ Hej! se ino wroz juhasi
wroz juhasi w ciyrnyk kosulak
porubiemy, posiekomy
zbojców po holak “


Od babiogórskik ( obrysem ) pogórzy
Po Gorce, granitowe Tatry,
żywioł nie przebrany . . .
Co w tońcu górolom nigdy siy nie znurzy;

Bystry potok przymyko powieki
Fala za falom strumień wartko płynie
Blinkanie watry oświetlo lica ozgrzywo
Do wtóru oziskrzonyk tonów tońcom
W podskokach, przysiadach, obrotach
Klaskany w ręce – idzie tędy . . .
Dojrzywo dusa w której zakochoł siy Bóg !
Całe rodziny som haw na płaśni,
W Goralskiej chałupy przy Archer.

Dreptajom w miyjscu z nogi na noge,
Ciupazecki zbyrkajom ze zbójeckom maniom
Zbyrkolce jako oręż dodajom odwoge !
Jaskrawy źwink – musi stela ulecieć ku Tatrom.

Rusyli – raźniej wokoło watry,
Baca jako ( harnaś ) siumnyk chłopców wiedzie,
Za nim juhasi w krąg zwarty . . .
Honielnicek ( malućki ) odstaje na zadzie …

Tyś, młody brat
Ty siy s’nami stowarzys
bo kie padnie – bieda jako
na nas krzyz
na nas krzyz
Bedziys s’nami
ziymie gryz
ziymiy gryz
A jak padnie talarami
dukatami
bedzies sioł
bedzies sioł
a . . .
jak padnie siubienickom
Bedzie tobom wiater wioł
!

Tońcom, jak kieby w kuckak schodziyli z polany,
Przechipkujom bez watre,
Bez huściawe, ślebodne odgłosy
Cofiom siy ( choć zoden ś’nik ) do zadu nie gnany
Ani na kwilke – ik toniec nie ustaje.

Ucichnon śpiew – – – zaś na nowo w uchu siy obudziył,
Wyskok podniebny nie jest im obcy
Na płaśni wyskajom – Ostomiyłe dziywcęta
Szalejom w tońcu – siuhaje, parobcy,
Zwyrtajom siy w kręgu – – – oszalałe dziywcęta !

Chyciył zbojnik, hajduka, hajduka
Przywiązoł go u buka . . .
Hej, ty miyły hajduku, hajduku . . .
Bedziys wisioł na buku !

Pół-obrot – – – coby uchycić oddech w płuca,
Abo – – – perlistym obloć siy potem !
Góralski zwyk – – – som ik do góry podruco
Sciągo ku ziemi – – – spowrotem.

Sama ziem – – – Skolno ziem – – – Rodno ziem
Rym – – – rym – – – rym – – – sama – – – ziem – – – skolno ziem

Idzie ziemia ku zimie
Trza nom rubać korzynie
Trza nom rubać jedlicki
Coby miały owiycki !

Zachwyt radości siy niesie ( w powiytrzu dojrzałym jak wino )
Zaklyscyni w tońcu pod ręce – – – długo siy nie wyprzągnom !
Z żywiołami odpłynom w dziejowom nieskońconość.
Górole naturni ( chyba ) ze toporzyska wypadnom im z ( omdlałych dłoni ) !
Wtej zakońcy siy święto – – – zakońcy siy toniec . . .
Choć, jesce dziywcąt wyskanie – – – goni wokoło po płaśni
I foszty tętniom pogłosem – – – granej ( po góralsku ) melodii
Wtej to być moze – – – wiater ( orawski ) ozgrzone im lica ostudzi ?

W pucierze – – – kwaśno zyntyca od ( Toczka ) siy piyni
Po tońcach – – – dobrze by było niom siy pokrzepić !

Gwiozdy ( coby nie spłoszyć chwili ) zatrzaskujom zasłon kotary,
Zegnomy siy krzyżem i w noc odpływomy . . .
Tońcem – zyntycom – pokrzepiyni – opici – radościom przygody.

Do przysłego roku – na tej samej płaśni !


Na Góralskom Nute,
Chicago. listopad 1985


Szacun

Zeus ( bóstwo z Olimpu ) iskrą pioruna myśl wzniosłą zapalił
Watra od znicza z mentalnych ram strzępami płomieni się śmieje
Ku niebu się wznosi czerwienią łuku. Z poznawczą mocą świergoczą języki
Zamykam je w sercu głęboko. Boskim zwyczajem tylko Bóg może nas osądzić.
Nadtatrzańskie obłoki ślebodne. Na skrzydłach w przestrzeni ( wiatru ) podmuchy
Po zboczach turnic, zwiewne słońca promienie. spływają w przepaść ciśnięte
Obłęd krokusów sięga w głąb serca. Pod powiekami ślad wiosny zostawia.
Prawda odrywa się w zachwycie duszę ogarnia. Po zrębach skał doznania się osuwają

Święto Gór – na tle żywiołów wizja ( MFFZG ) ciągłością na oczach się wieńczy
W Zakopanem zza stołu – krzyknął ktoś, by ( Naski świat ) do przodu gnał
Góralska muzyka to duszy otwartej wołanie. śpiewnym echem samo życie odpływa
Wierchowa symfonia. W kręgu Regli, kierdel i Redyk Karpacki, uszczęśliwiają gości.
Radość widzę o każdej porze, gdziem tyle lat przeżył w transformacji systemu
Gdzie ciemność zmieniała się w poranek, strzec się szału „halnego” powietrza
Z intensywnością na Podhalu prześpieszając kroku. Mamy nierówno pod nogami
Pomiędzy spokojem ( bywam tam ) posłuchać muzyki Skalnego Podhala.



Wielko Noc …       
                                                

( w mojej Ojcyźnie ) Chicago 1982
 

W tyn cas
kiedy z wiesnom
świat siy budzi do zycio
po zimowej pokucie …
wieść siy niesie radosno
Alleluja  Alleluja  Alleluja
głosom …
pola i lasy
i hardo świadomość
w mojej Ojcyźnie
 
Chrystus …
co z martwych powstoł
w zranione ramiona
przygarnio
syćkie słabości
przebacuje
choć telo
cierpień i bólu
zadajom
w mojej Ojcyznie
 
Ludziom
w ik męce
daje nadzieje
w cierpieniu
syćkik pocieso
ze radość wiecno ik ceko
kozdego
co idzie drogom
utrapień i cierpień
w mojej Ojcyznie
 
Do casu …
aż zabrzmi pieśń
Zmartwychwstania
przejść siy powinno
przez boleść
Ostatniej Wiecerzy
rozwozyć Judosowy
wyraz pojednanio
w niejednej dusy
nienawiść siy scyrzy
w mojej Ojcyznie

A potem – potem
kołatki ogłosom
piątek ukrzyzowanio
i trud okrutnej
na Golgote drogi
i nieboskiego
z krzyzem mocowanio
pod zła cięzorem
cłek taki niebogi
w mojej Ojcyznie
 
A potem ( być moze )
kiedysi nadejdzie
Niedziela radości
wroz z przemienieniem
powstanie
szansa po ludzku
przemogom siy złości
i triumf bedzie
i prawość
i dzielność
dosięgnie
w mojej Ojcyznie.

Codzienny trud . . .

Trzeba odcisnąć dłoń ( pospołu z babom ) na łąk kwiecistych kobiercach 
Na progu września grzmią wylewne chmury i kępy brwi marszczą. Opodal
Szczeka pies. Spłoszone wróble na czubku topoli. Zagonom łuskajom się owsy.
W mendlu snopki (na bosaka) powiązane na obłap (lgnące pod cepy) jesienią
 
Polną drogą maki ucztują. W ogródkach świat piękna. Malwy strojne
w szafranowych sukniach. Omieść wzrokiem - - - ( studnia garbata ) -
z wyłamanym zawiasem. Na ociosanej podmurówce - postawiono kościół
w strzeliste wieżyce. Tutejsi - szczęśliwi rzędami w ławkach ( duszno ).
 
Deszczowe niebo. Niedzielny odpoczynek i pacierz przykładem dziecku
Dzwon na Anioł Pański tkliwością wiąże obszary. Spiżowym językiem,
przekazuje nabożne wieści. W tajemnicy pokory ( boli ) sumienie.
Chrystus - umartwiony na ramionach obwisły - mocuje się z losem.
 
Na klęczkach ludzkie serca schowane w ramionach pod naporem warg
Woskowa łza wierci namiastką. Po trzykroć ( powodem ) zew koguci.
Na odsłoniętej skroni ( znak popiołu ) na pamiątkę dni. Wszystko co wokół
Gazdowie z wrodzonym rozsądkiem uczynku ( błagajmy ) chleba i wina.
 
W słodkich litaniach - misterium życia i akt oddania. Z naręczem tajemnic
idziemy do źródła. Po niezbadanych orbitach dusze szukają własnego kąta.
Na klęczkach rozdarta wyobraźnia i nogi sukniane w parzenicach.
Z klęcznika gwóźdź ( obolały ) wystaje. Pomiędzy żebrami cieknie krew.

Wielość tematów

Ultramaryna (siwioł ) jest tym co rzuca się w oczy
od samego początku w stopniu nie bardzo intensywnym
na każdym kroku zachwytem gama w wyzwolone dźwięki
( nie chodzi tu o zapis nutowy ani o klucz wiolinowy )
w tonacji durowej o donośnym brzmieniu z Sopotu
obce nam wątki z wrzaskiem i krzykiem anglosaskiej dykcji
ewollują fragmenty nieznanego świata z nośnikiem
stanu skupienia, spontaniczność klaszczących w dłonie
chłodnym przykładem zadziwia ludzki śmiech
niczym nowym schematem odsłania wstydliwą pamięć
motywów PRL ( nagie półki ) w szablonie ustrojowej Polski
aby to zrozumieć w tkankach serca klonują się kukły propagandy
bez naczepy piętnują się wybryki politycznej poprawności
awarie sieci elektrycznej bywanie w mroku kompleksem poraża
ściany gadają w powolności zegara posiąść ufność kobiety
fizyczną tęsknotą rumieni się księżyc na dwupasmówce
w scenerii żarówek zdechłe urzędy i sklepy nie do zdobycia
ambicja to skrajna linia podziału w obrębie znaku sprzeciwu
ogromna większość zycia ma zapach smutku – aż do momentu
zdrowego rozsądku. rzeczywistością spekulowanie na temat bytu
lat siedemdziesiatych osiemdziesiatych w zaciszu nagonki
niepewność patologii i złość góruje nad zdrowym rozsądkiem
szokują braki w dostawach ułudą zimne kaloryfery
od kilku dni zmarznięci zakatarzeni w koce poowijani
aby zmniejszyć pole widzenia nie rozumiemy
aby cokolwiek zrozumieć.



echo głosu  –  3 x
 

1
 
Echo głosu po języku biegnie rozczochrana pamięć
rozum ukorzeniony wyobraźnią w głowie się uformował.
 
fajnie by było spotykać się w dzikim klimacie,
pejzażem popatrzeć jak skowronek szczebiotliwie czuły
pnie się w przestworza unosi się miękko, spiralną wstęgą
w aureoli przybranych potoków wir żwir wyrzuca 
tylko czy jałowa ziemia daje nadzieję na solidarny plon?

z utrapienia drapiemy się w czerep, oby nie było gorzej . . .
daremny trud na codzienne sprawy ociera się o rzeczywistość
starym zwyczajem strategia pojawia się i przeczy drugiemu
zwykle na trzeźwo ( zmieniając ) kolejność miewa koszmary
wykręca się od detalu do syntezy idzie na styku niewidzialnej linki

przy zasłoniętych oknach noc ze strapień znana,
bez miłości żyć to spora przypadkowość, docelowo czekać
nie wiadomo ile cierpieć od pełni do pełni gdy księżyc
poświatom w prawy róg okna się wżera pieszczotliwie
prowokuje świecącym sygnałem przeciąga się całą noc wabi
chrapaniem zegara kipi język ulicy orze ciała powabem
cień trwogi w obłokach myśli hejnałem w duszy ( jaskrawość świtu ).

Czy bedzie dobrą matką gdy miłość efektem przyjęła objętość ?
W zacisznym rejonie obiektu na biodra puls ciśnie
Nie można udawać, że nic się nie stało na drodze konsekwencji
mój Bóg roztropnie zagadką się wgryza do sfery metafizycznej
bo przyszłość panien jest sednem splotu gdzie trwa spór z powodem
wywołuje zgorszenie do którego wzdychamy szepcząc truizmy.
 
2
 
brzuch na kolanach brzęczącą kulą ( nim poczęcie nastąpi )
ziewająca do czwartej na łóżkowym czuwaniu
warkoczem międlenie z godziny na godzinę głowa pęcznieje
w oczekiwaniu krzyku chwile w opuchniętej ciszy 
z uczuciem trwogi zegarek tyka i pies merda ogonem
w zmaganiach proroctw halucynacje wokół się pietrzą przekleństwa
z czystej dobroci chwytając rękę w półcieniu – serca współczucie

w białej izbie powała żmudnie czysta
o jasnym hafcie krochmalone zagłówki – firanki
nie skłamaną prawdą potrafią wniknąć w duszę okna
nieporadne spojrzenie po stokroć pogodzone w losem
ciało się wzbiera z siedmiu na dziesięć w bólach noc potu pełna
obnażona brzemienność za zasłonami wód pomruk 
w niebo trwoga i lęk rosnący jak chwasty.
 
3
 
dostając gęsiej skórki muszę wyjść na podwórze
z otwartymi oczami iść w parze z zachwytem
obarczyć się przemianami przyszłości
echem głosu wszechrzeczy świeże olśnienie
pieścić gotowy to coś co śpi w zaciszu oczu
rzeczywistość w odświętnych rzeczach ma wydźwięk
z kołysanką śpiewaną napar z kopru i mięty
w głębokim zagłówku nasze serce rośnie
wśród czterech ścian uchylić rąbka – taki śliczny każdy kąt
pozwala dostrzec ciepła tematy w krasnoludki makatki
z niebieskimi wstążkami akcenty dzieciństwa
w najlepsze ssąc kciuka – donośniej – gaworzy
kropla w krople – – – wykapany tatuś !

M 2 …
 


Z góry sąsiadka ( mokre pranie ) wywiesiła na słoneczną aktywność
Wisi wśród balkonowych balustrad, opaczną stroną cały ten kram
Na trzecim piętrze ( sfatygowany koc ) ukosem – pół okna zasłania
Poszwa, zwisa z balkonu w poprzek barierki. Wszystko jest czyjeś.
Okoliczne bloki wygladają niczym koszary za wschodnią granicą.
Stres zżera ludzi od środka. Duma i gorycz – pić każe z wątpień kielicha.
 
Pod dwoma kocami ( wzgardy ) w dostatku takim, los kiepski przy świeczce.
W krzywym zwierciadle nikomu nie do śmiechu. Dumna żona się sypie.
Krzyczy w moje wnętrze utyskuje. ( Nie pij ) ! Nie pije z ( majakami ) wole trzeźwy świat.
Z dozą optymizmu jej głos mnie utwierdza. Powszechnością wrzące jej słowa.
Trzepocząc jednoznacznie rzęsami – mająca obsesję na punkcie czystości
Spokojnie rękawem przecieram wąsy ( z zsiadłego mleka ) na stole zacieki.
 
Wiedziała, że nie ma mężczyzn doskonałych ( żeby tak móc ) spokojnie bez końca.
Z przyczyn znanych tylko sobie i magom we fraku. To taki ( kac ) moralny absurd
Stoi w gardle i nijak go przełknąć. Leżenie do góry ( dupą ) nie jest zabawą . . .
Udawać w łóżku ! Mając w swoim ( ubogim ) zanadrzu ( w barchanowe ) koronki .
Obietnica gaśnie jak lampa, której brakło ( oliwy ) w czystej pościeli, zanim zaśnie.
W ręce chuchając z alchemią słowa przyszła sąsiadka z potrzebą mówienia .
 
W oczy wchodzi jej ogrom słowa. Głowę nękać poczyna ( głęboki jej dekold ).
Bez owijania w bawełnę – pociąga w tak wieczorowej porze. Wzdychając –
Całym mną zawładnie. W oka mgnieniu we władcze poczucie się przemieniam.
W determinacji świadomość się ( utlenia ) a może sfera mentalna traci czujność?
Dla nieposzlaki wymianę zdań na później odłoże. Milczenie jest złotem !
Drogowskazem, gwarancją, która stoi w gardle ( zawsze ) wpadamy w sidła kobiet.

pokalanie poczęta …


 
Ze złoconymi cętkami w gorsecie biegnie ( druhna ) nocą natchniona.
Po łuku gwiezdnym dwie komety z krainy czarów. Spacerkiem po stawie  
Bóbr ( na tyłach ) imperium. Pośród sitowia nadęte wiklin pagórki,
W pajęczynę ciszy się wplotły konwalie. Z obu stron lasu dziedzictwo.
 
Brnąc odarty ze złudzeń do odkrywczej chwili wdzięczności ( gdzie ) . . .
Wielkie idee szydzą z jedności relacji. Koniecznie, lawirować na skraju przymierza.
Wigor zachować. Wyczekując grzecznie nieboga ( zręczna intrygantka )
Z długimi rzęsami. Wywołując dreszcze, noc się rozchyla ( lękiem kroczy ). 
 
Rozwidnienie ( więc ręka ) się lęka dotknąć – coś co włosem porasta. 
W obnażonej ciszy bezkarność się czai i rośnie moc pokusy. Pozornie naga,
Od stóp do pasa inna w ogromie milczenia – obłąkany ruch ręki.
Bezrozumna ręka ( nie mająca rozumu ) w ciemnościach bezkarnie się błąka.
 
W istocie pasa ( rodzą się ) oswojone biodra ( zawsze ) lojalną podporą
Szeptem, pomiędzy wieczorem a świtem, gładzone z miłosną sennością
Ciała wtulone w odgłosy zwierzeń, drugie istnienie w szczęścia ekstazie,
Krzykliwe lustro wypada odłożyć. W imię słowa, napoczęte panny czas wydać !
 
 


 
Hammock …


w pośpiechu telefonów
dni się przepychają
w ferworze istnienia
gwiazdy zawieszone
w materii czasu ziemia
w obiegu zamkniętym
wszystko się kręci
jedno po drugim możliwe

serce wali syczącą tajemnicą
na Dzień Ojca trochę pamięci
najpiękniejsze kwiaty
uśmiechy ciepła
na wszelką pomyślność
czerwone wino i tort
docenić ojczulka
jak to możliwe
przytulić kochaną osobę

na Dzień Ojca …
córka kupiła mi hammock
duma w nas rośnie
i dzień taki szczęśliwy
rozwiązuje języki
nabrałem ochoty
by się pohuśtać,
odleżakować wcześniejsze sprawy
uwielbiam jedno i drugie.

niebo bez chmur
bogactwem wiatereku
przyjemny powiew
jesień sucha
posiedzę w hammacku
będzie mi dobrze

raptem los sprawił
figielka
wokoło ani jednego drzewa!


patrząc ponad wszelką wątpliwość

 



Bóg jest wszechmocny
świadomy
wzajemnej relacji
w nabożnym skupieniu

Przez sześć dni
tworzył On wszechświat
harmonii w proporcji
symbole wszelkiego bytu

Osobliwością Niebo utrwalał
sklepienie nad wód bezmiarem
obłoki puchły pomiędzy stromiznami
przełęcze umacniał fundament ziemi

Swiat obracał się w dzieło sztuki
przez otchłań nocy
nie było widać kuli słońca
ani tysiąca mrugających gwiazd.

Chcący doświadczyć nastroju ziemi
Okrążył skamieniałą pieczerę
rzeki i morza wciąż bedą się mieszać
żywe istoty ulokują się w centrum.

Wszystko powiązane jest z Nim
Bóg jest ( Stwórcą ) wszelkiego istnienia,
Człowieka na tle rzeczy martwych
stworzył na obraz i podobieństwo.

Człowiek nie jest dziełem przypadku.
Na miłość boską stał się sprawczą przyczyną
Bóg stworzył męzczyznę i niewiastę
Z wielkim oddaniem troszczą się o rodzinę

Laicyzacja wyznająca filozofię naturalizmu
wykluczyła Boga w zjawiskach nadprzyrodzonych!
Ale, nikt dotąd nie jest w stanie udowodnić
Gniewu Sodomy w budzącym grozę sacrum.

Krytyka na nie istnienia Boga . . .
siejąca zwątpienie Siewcy Wszechświata
Jego niezaprzeczalnych dokonań jako
Stwórcy świata i ładu wydarzeń w kosmosie.

kołysanka z Alaski …


Od wczoraj zawzięcie kurzył śnieg
w dróg krętych zawiłe rozdroża
więc scieżka do lasu zaduta
nie widać tropu renifera.
 
Gdzieś na Alasce zmarznięte koło
na biegunie w mrozie zakuty Wielki Wóz.
W kominku sennie ogień gaśnie
upstrzona drzemie dobranocka.
 
Chłopczyku stuśnij senne oczęta
kiedy wokoło zalega śnieg
a pościel do spania niech Ci uścieli
z księżyca światełko prawdziwy skarb.

Tam na księżycu pan Twardowski
ze srebrnych monet kuje sny,
niedźwiedź mu żaru dosypuje
w rytm skocznie nogom przytupuje.
 
Zadute śniegiem Trapper Creek,
w odleglym Yukon zapadł w sen
znużony rębacz – lumber man
w koszuli kraciastej każdy dzień
 
On grube kłody w lesie tnie
wióra fruwają i znaczą mu dnie
w wichurze huskie wtulil łeb
oczy się klejom reniferom.
 
Wygasło tlące się żarem ognisko
usnołeś słodko nasz syneczku
niech jasna zorza znad Denali
przemówi do Cie ludzkim głosem.
 
 
 
2005,  Denali, Alaska .
napisany dla 10 latka, synka Kubusia –
który, był z nami i babcią na wycieczce.

Ales Starkov – Lumber Man



Uciekła radość …

( Kubusiowi na 8 urodziny )


Osiem balonów uniosło się w górę
Wszystkie dmuchane i kolorowe.
Osiem balonów musnęło gałęzi
Wolność wybrały uciekły z uwięzi …

Jeden pofrunął aż dotknął słońca – pękł
Drugi, wzdłuż drogi nie dotarł do końca – pękł
Trzeci, odpocząć chciał na kaktusie – pękł
Czwarty, wpadł oknem jest w autobusie – pękł
Piąty, fruwając zaczepił o druty – pękł
Szósty, się wyrwał poleciał na skróty – pękł
Siódmy, wciąż krąży nie podjął kierunku – pękł
Ostatni, wątpliwy drugiego gatunku – pękł

Osiem balonów razem kupione
Dzisiaj już wszystkie są zagubione
Wolność wybrały do niej leciały
Chciały pozostać lecz odleciały.

Bujna fantazja …
 

Naprawde dziś rano, ktoś mnie uprowadził
Trzech, zamaskowanych zbirów
Zatrzymali mnie na chodniku
Kusili słodyczami i zabawkami
A kiedy, nie chciałem nic od nich wziąść
Złapali za kołnierz, czapke naciągnęli na oczy
Ręce wykręcili do tyłu, związali
Wrzucili na tylne siedzenie w czarnej limuzynie,
Powiązali łańcuchem brudnym i zardzewiałym
Oczy i usta za-kneblowali aby nie krzyczeć
Nie widzieć nikogo nie poznać po głosie
Jechali ze mną 30 minut w ogromnym strachu
Z klątwami ci łotrzy wyciągli mnie z auta
Ciągnęli po schodach po mokrym bruku
W piwnicy to było, bo czuć było chlód
Przywiązali do kraty co w oknie tam była
Ktoś-kolwiek rewolwer wyciągął i trzymał za spust
To była ogromna tragedia …
Bardzo się bałem, nie byłem wesoły
Przez to się właśnie spóźniłem do szkoły.
 
 
                                                                    Synowi  Wojtkowi … 1994

córce Joasi na wiano…
 
 

Dziywce . . .
wiedz’se
 
kiedy pomremy
a Ty siy ostanies
 
nie boj siy
nie strochoj
 
nie bedzies sama
 
dostałaś w spadku
nase geny
nase serca
 
Wiydz’se …
 
przeloli my na Cie
naskom miyłość
 
Tyś jej owocem
 
kiedy dojrzejys
połąc jom z insom

i przekoz dalej
potomnym
 
                  weź ’se do serca
                  to wozne
                  przesłanie
 
 
 
 
Andrzej Pitoń – Kubów
Chicago,  2001


a my mamy wnuka …

Na początku był spisek plemników
więc plemnik spadł im z serca tak tajnie
że nawet Bóg o tym nie wiedział
jak układali ” puzzle ”z dwóch ciał
ale dziś słyszy już cichą modlitwę
zagryzanie warg w przestrzeni
pomiędzy prętami lóżka trwa próba
pierwszy krzyk i kilka wdechów
wzdłuż pleców niepokój pierwszego życia

“na szczeście wasze dziecko będzie urodziwym chłopcem”

Zięć z wywieszonym jezykiem zlizuje klej ze znaczka
aby, dać radość dziadkom w Białym Dunajcu ( w Polsce )
że w budynku szpitala w miasteczku Palos Park
w którym Joasia Dańko z panieńska Pitoń
pierwiastka jak każda kobieta z przeznaczenia
wypełnia boskie polecenie na mechanicznym łóżku
bez siennika w obecności męża
który, głaszcze jej wieże brzucha trzymając za ręke
do-głębnie ( do żywego ) obgryzał paznokcie
gdy bolące skurcze – to nic przyjemnego
pozostaje nadzieja, że będzie tylko lepiej

Emocjom rodziców fascynuje się sierpniowa noc
przełazi szczelinami zasłon
księżyc wpatrzony w róg okna z nieba błogosławi
lekarzom położnym pielęgniarkom
w macierzyńskiej posłudze
ze znieczuleniem po 18 godzinach “krzyżowej męki”
głośnym płaczem wypełnia się rzeczywistość
na pępowinie poza ciałem przynależy do tego świata
gdzie ziemia obraca się pod nogami
gdzie przyciąganie ziemskie jest regułą
gdzie bagniste mokradła są białe od bocianów
gdzie ściernisko odwraca się twarzą do ziemi
gdzie niebo u wezgłowia obsypane gwiazdami
niech to będzie miłością i świętym obcowaniem

OK – uwolnić ( kangurka ) z adoracji matki
pada odezwa – możecie przeciąć żyłe żywota !
w kierunku służby i asystentów
komenda ( spod maski lekarza )
umyć, zważyć, pomierzyć
zapisać w metryce urodzenia
boy ; Andrzej Adam Danko
poczęty z woli rodziców Janusza i Joanny
16 sierpnia tuż po 10 pm, zaczęło się życie w pieluchach
z pierwszym ssaniem narodziło się ( babe miłości )

Oni wpatrzeni na cząstke siebie – maja pocieche
– a my mamy wnuka.

PS…16 sierpnia 2005, wyzdajane w szpitalnej poczekalni, nieco pózniej uzupełnione

Andrzej Piton- Kubów – dziadek

Yellowstone Park …

Kiedyś …
lat temu naście
z połowicą i dziećmi
odkrywaliśmy Dziki zachód
cichy pusty dziewiczy
mało kto idzie
czasami jedzie.
Cudowaliśmy się
urokami Montany
Yellowstone Parku
wokół zalegał
przeżyty dzień
i mrok utkany gwiazdami
zastyga zieleń traw
lipiec wiruje rojem much
trzmieli i gzów
blisko stado bizonów (buffalo)
w gromadzie około 200
ustatkowanych
wyszły na wieczorny żer.

Milczeliśmy z zachwytu
wsłuchani w rytm wrażeń
patrzeliśmy na siebie …
na długi rządek samochodów
rumieńce reflektorów
na flesze kamer w ciemnościach
zachwycone sobą zwierzęta
rozjaśnione blaskiem ( chwili )
której, za moment nie będzie
gdy słońce zachodząc
zdezerteruje.

Rozjechać się proszę …
Rangers(i) przeganiają nas gapiów
tylko pamiątki w pamięci zostaną
na kamerze utrwalone zdjęcia.

Nieco podalej
na leśnej przecince
znów wylewał się szelest
pogłosem skubanej trawy
para łosi …
klempa z młodocianym potomkiem
z podniesioną głową
przyroda się łasi
nad nami pełnia księżyca.

Sanktuarium skalne w górach Black Hills

Crazy Horse – Szalony Koń


                                                                                                                            South Dakota, 1999

Nad okolicą bezgwiezdna noc
i cisza medytuje
przykuca ogrzane powietrze
szeleści pomiędzy głowami prezydentów
duch i ciało górzystych skał
na tle obłoków
mroczne dzieje bez sankcji
nie przywykłe do takich widoków.
Na rogu nieczynna latarnia
i księżyc na granicy przemian
zanosi się na deszcz.

W kłębowisku mgieł
Głowy Prezydentów
postarzały się o jedno życie.
Crazy Horse w galopie ( Świętych gór ).
Szalony Koń – głowa i korpus
o historię potykał się kilka razy
nie poddając się presji
galopuje z wysoko uniesioną głową
w powietrzu burzy przemawia pomruk
i niebo w obiegu zabłyszczy
i trzask się rozległ z piorunowej iskry
jęk potępieńczy w dół doliny się stoczył
łomot i strach na płaszczyźnie zdziwionych powiek.

Jaśnieją oczy Wielkiego Wodza
i galop kopyt po łące równej jak stół
w ślad za odwagą przykładem słowa Korczaka –
rozpędzona nadzieja rodziny Ziółkowskich
koń po nocach zamieniany w monument.

Warczą maszyny wśród gór historia się snuje
odgłosem w powietrze wysadzanych skał
z sukcesem lata te lepsze mijają się z gorszymi
o wyrwy się potykają bo skała tutaj trudna
aby świat się dowiedział, że Człowiek ( czerwony )
miał bohaterów i mocny ( swój ) argument
potwierdza – Indian Claims Commission.

Siuksów prawa ( milczącą ) blizną w pamięci
pióropusz wodza i słońce co głowę praży
coraz wyżej się wzbija skalpowanie skał
spełniając życzenia Indian z Pólnocnej Dakoty.

Nie trwóż się druhu że pracy jeszcze tak wiele.
Szalony pomysł z rumakiem doczeka się dzieła !
Na wzgórzach dziś noc więc młoty i grzmoty umilkły
Przyszłością się karmią słowa z testamentu Korsaka.

Ps. Korsak Ziółkowski – wybrany przez tutejsze plemię Indian
kamieniarz – artysta – polskiego pochodzenia,
projektant wiekowego dzieła Crazy Horse
w masywie gór Black Hills, w Południowej Dakocie …
ho, ho – pracy zostało jeszcze na co najmniej – 50 lat !

tam gdzie kończy się zachód …

Gdzie góry majaczą na horyzoncie Montany
dwaj wojownicy z plemienia Flathead
w bezksiężycową noc jadąc konno
do swych osad pod wzgórzem
płacz dziecka w niebogłos słyszeli
na skraju lasu w pobliżu wzgórza – Flathead

Przeszukali zarośla w czarnej paszczy nocy –
znaleźli niewinne nagie maleństwo
leżące na powijaku z frędzlami ze skór
zanoszące się trwożnym płaczem
w ciemnościach wyglądało [ white skin ] *

Wzięli je – no bo jakże mogli zostawić ?

Jeden z nich otulił je wełnianą pledą
kołysząc obłęd w rytm pustki – utulił
zarośniętą połówką swej twarzy
umilkło …
nie ujechali z 300 yardów
kiedy zew – wilczy – skowyt
wydobył się z ust niemowlęcia
wywołując panikę i nerwy.

Wrzasnął ten co je wiózł – spłoszyły się konie
poderwał się krzyk dzikich gęsi
nie wiedząc co zrobić z donośnym wyciem
w tej okolicy nigdy nie było wilków
z niedowierzaniem odrzucił precz zawiniątko,
wpadło w zezowaty nurt rzeki – Flathead
sami galopem pognali wzdłuż brzegu
za skrętem dali odpocząć zmydlonym koniom
sprostować plecy się zatrzymali.

Zachodni wiatr dryfuje nad zarośniętym poboczem
w kierunku płaskich rozlewisk
szpalerem brzóz przydrożnych miotając
nakręca naszą pamięć
z tutejszym rozdźwiękiem indiańska ballada




Ps. Z wycieczkowych wojaży po dzikim zachodzie – początek sierpnia 1992.
 (zasłyszana od Indian – Flathhead – ballada o białym wilku)


• white skin – biała skóra

to była straszna chwila …



Nabrzmiały paniką kadłub
spazmatycznie łapie powietrze
oszronione skrzydła trzepoczą
w turbulencji palce zakleszczone
na gardzieli fotelowego oparcia
trwożne oczy wychodzą z orbit
zapatrzone w zatrzaśnięte
klamerki pasów bezpieczeństwa
wśród strachu oswojona cisza
w milczeniu szuka schronienia
w oddali ponad otchłanią
depresyjna świadomość
wytrzeszcza oczy

Bezradne stewardessy
przyparte plecami do siedzeń
z bezradnością i lękiem
ich włosy żądają poprawienia
na czole pot domaga się otarcia
wargi odmawiając modlitwy
stają się coraz bledsze
w trzęsawisku chwili
modliliśmy się szczerze
Chwała Bogu i Chwała !
Nareszcie ziemia.

bananowa republika
 

w mokrym podkoszulku
podarowałaś mi wieczór
wspaniały marcowy
jeden z tych wakacyjnych
pomazany olejkiem blokującym
przy butelce szampana
tropikiem rozgrzane ciała
pieszczone słońcem
prezentują się okazale

na plaży ślady stóp
podobne do słów
trafnie dobieranych
o wyspach dziewiczych
gdzie w żądzy skojarzeń
jesteśmy szczęśliwi

gdy świat czule usypiał
gdy dotykają się nocne pejzaże
tuż obok w hotelu
duszno było od swiateł
gdy w różu legła
nie dbając o czas

( rozepnij mi stanik )
 
kobiecością
zgasiła światło
aby w ciemności
błądzić
się
odnajdywać.
 
 
 
PS. moja 50 na „Wyspach dziewiczych” w marcu 2000 roku


fruwające oczy


 
mijające się jachty
wymieniły uśmiechy
w niedzielny poranek
o 9 tej rano
przyciszonym głosem
do obok przechylonej
w moją stronę mulatki
z ryzykownym zachwytem
ze smyczy spuściłem
myśl moralności
proponując ( jej )
widokowy rejs

miss pokładu
w skąpym odzieniu
wyraźnie zszokowana
popełnieniem błędu
rozejrzała się dookoła
szukając
formy odmowy
 
spoliczkowany
jej nieufnością
odpłynąłem wzrokiem
w przeciwną stronę
oślepiony słońcem
wertuje chmurki na niebie.
 
 
PS. moja 50 na „Wyspach dziewiczych” w marcu 2000 roku
     Karaiby, całodzienny rejs jachtem wokół wysp
      St.Martin, St.Thomas, St.John, St.Croix

Niedokończone dzieło …


Ekspansja – III (trzeciego) wymiaru
przejęła ster gniewnego myślenia
wyłamałem się z normalności
skrzyżowania przypadków.

Prawda otuliła się kłamstwem
w usta nabiera powietrza
tropy prowadzą w nieznane
pędzącymi  na oślep mózgami

Niedokończone dzieło
Busha – ojca
Pustynna Zamieć
mówią o niej w potrzasku
żołnierze czują .
co się zbliża
już nikt nic nie zmieni
Rozkaz – Wojna !!!

Wszędzie krwawa nienawiść
i piana zemsty na ustach
poplamione palce
przybiciem “stempla”
ślepe drogowskazy
szepczą z Pentagonu !
Za maską się skrywa
łamigłówka – XXI wieku

Krzyk nam tylko pozostał !
Ostatnia godzina …
w cieniu przerażenia
działa gotowe do walki
pomiędzy teraz a jutro
winy zawinione
oddech codzienności
warkot samolotu
huk naloty konwoje
płyną morzem i brzegiem
rozsadzają powietrze
maszerują czwórkami
tupią ciężkimi butami
na uciechę Lucyferowi
balistyczne rakiety
pod gwiaździstym sztandarem
w sześćdziesiąt dni
Bóg i jego przyzwolenie !

Pomiędzy podziwem a gniewem
z wymalowanym krzykiem
ze łzą w mętnym oku
w odległą krainę
kroczą niedopatrzenia
wciąż po omacku
rzadkie wzruszenia
cała przyszłość w przeszłości
załamał się schemat

Trzeba spojrzeć
w wykolejone  oczy
złe myśli i moc
zamachowca – samobójcy
w aureoli wiary
czekającego na rozkaz
Allacha …

śmierć w zakrwawionej koszuli
uczyni go najszczęśliwszym
w pustynnej zamieci
za murem zbuntowanego miasta
smutny żołnierz czeka
z bronią gotową
do strzału

Znienacka garść kul
na twarzy grymas bólu
ducha i ciała
przeznaczeniem
zgiął się wpół
upadł miękko
kierując spojrzenie ku niebu
początek i koniec

smutne anioły
z każdym kolejnym dniem
umierają na jałowej pustyni
w pośpiechu nachalności
wysoką cenę płacą !

Tylko łzy …
Rzeka łez …
Morze łez  …
Wyleje  rodzina w Chicago.

Chicago, kwiecień

Halloween Day

Strachy, duchy, kościotrupy,
różne zmory nas straszą …

Nie zrobiłem nawet trzech kroków
kiedy spotkałem ducha
jego dłonie były zimne i lepkie

Potrzebował wskazówek
jak musi dotrzeć
do cmentarza

Wnet spotkałem kusiciela
wcale nie miał złych zamiarów
potrzebował pożyczyć
pompkę do roweru

Zobaczyłem wampira
nie była mu potrzebna 
moja krew

Brakowało mu tylko
jednego dolara
mówił – że
na cukierki

Spotkałem czarownice
niezbyt przejrzysta z miotłą
wcinała mirabelki
pachniała czymś dziwnym

do nieprzytomności
była nadzwyczaj
łaskawa

Aż, się wierzyć nie chce
spotkałem tyle
przemiłych istot
w tak niemiłym dniu.

ANIELE …


 
Sterniku mej duszy
strzeż mnie
od grzechu chroń
oddal gniew
w pierzastych skrzydłach
schroń
i czuwaj wiernie
prowadź za rękę
przez drogi kręte
trudnych chwil
życie przewrotne
w szaleństwa krótkie
alkohol to nawyk
z nawiązką wzgardy
idziemy po grudzie
ku złudnym mirażom
czas niezmierzony
gniecie niepokój

Sterniku mej duszy
podążaj za mną
gdy ścieżkę w życiu
pocznę gubić.
Ostojo nadzieji
stój na straży
gdy daję susa
na dół schodami
osłaniaj skrzydłami
niechaj stanowią zaporę
gdy kotłują się sprawy
błędy moje wypleń. 

Aniele , , ,
podaj rękę – – –
gdy noc stęchła nastanie
w modlitewnym geście
zapal świece ( gromnice )
by drogą iść
spokojnie przejść
odwagi niechaj nie zabraknie
przed tronem Pana
strach w gardle narasta.

 

Bóg i cwaniak w dialogu


 
Bóg …            Odezwał się doń dobrotliwie …
                       Czy chciałbyś się poczuć władcą
na chwilę – pokierować światem ?
                      
cwaniak…      “OK” – pewnie, że tak …
                        Z rozkoszą przejmę Twoje obowiązki …
                        Ale, gdzie jest Twój pałac, Twój tron ?
                        Gdzie berło ?
                        Najważniejsza jest dla mnie umowa
                        Co za co … za ile ?
                        Jaka będzie za wszystko zapłata ?
                        Moje świadczenia ?
                        Kiedy przerwa na obiad i jaka długa ?
                        Należne wakacje,  przywileje ?
                        Co się stanie gdy się rozmyśle ?

Bóg …            Każdy z nas z cierpkim rozczarowaniem
ma swoje marzenia …