Ameryka


Niedokończona modlitwa
przyrwany sen
szalona gonitwa
przez cały dzień.

Głośna muzyka
serca mocne bicie
zegar wartko tyka
przyśpiesza życie

Kiedy znajde czas
w zabiegane dni
by przystanąc raz
kropke dac nad i
Dlaczego się modlę

W scenerii szemrzącego potoku
chwiejne ścieżki ludzkich sylwetek
w góralskich kapeluszach gdy słońce
dojrzewa, stojące nad głową
spiętrzone drzewa wypluwają liście
pączkują w wiosennym przebraniu

Dlatego się modlę.

Chwila skupienia z duchową tradycją
niedzielne dzwony z tkliwością świec
zmartwychwstanie głoszą
z kadzideł woń uduchowieniem
barwny korowód w przykościelnych alejkach
szpalerem donośnie - Alleluja !

Dlatego się modlę.

Ale kiedy zachoruje ktoś z bliskich
zamieszanie i ból wokół krzyczy
w cierpieniu zatrzymuje się serce
i lęk pod powieką duszę ogarnia
gdy łza z westchnieniem się łączy
podczas wieczornej zadumy

Dlatego się modlę.

Szpitale w nieskończoność
chcą dawać drugą szanse
gdzieś dalej szperać w monitorze
badać przyczynę niemocy
Dzięki Bogu, życie się wzdryga
wieczyste zadośćuczynienie

Dlatego się modlę . . .

cisza i spokój ...

Tam czeka na nas, o każdej chwili dnia usta śpiewają
wielbić Cię chcemy dziękczynną pieśnią, debatą bliskości
Królowo Tatr, swym boskim istnieniem dzielisz się z nami
ucieczko grzesznych, twojego ludu nie gardź prośbami
Pokornaś, Ty nas rozumiesz, z nami idąca w leśnej ciszy
Królowo Tatr, opiekunko hal i baców, górskiej przyrody
z różańcem w ręku, cuda czyniąca w tym górskim zakątku
juhasi, gazdowie w kapeluszach góralskich, od święta strojach
na miejscu objawień kwiaty składają w otoczeniu modlitwy
cudowne żródełko, w zaciszu słynąca łaskami Rusinowa Polana.
o sobie trza dbać

zawdy po zimie jeżdże na górskim rowerze
ino w tym roku był taki cas co "ryma" dopadła kozdego
powiym wom nima gorsego kiedy ciy chyci niemoc
kichos, z nochola siy leje, ocy cyrwone łzawiom
krzypota, we wnuku ci siy ozhajcowało
kinol bordowy nicym cegłówka

w te razy trza se samemu jakosi radzić
wsiadając w piyrsy z brzegu pojazd, iść do j’aptyki
ino zanim z chałupy wyleziys, ciepło trza siy opatulić
copke wełnianom na łeb naciągnąć, ze skrzyni kabot
wyciągnąć, odziywacke narucić na przemarznięte plecy

mozno siy obejść i lycyć domowym sposobem
nastawić wode coby zawrzała, wloć okowity
nalywki z malin, odróbke pieprzu, kielusek miodu
i tym siy racyć - łykać po krapce - małymi choustami

na wiecór mlyko i syrop z cebuli zasutej cukrem
nie obowioj siy tego, ze syćko ci w gymbie rośnie
to tako swojsko bomba witaminowo, nie zaskodzi
ino musis spróbować, prędzej cy później przyńdzie
po własnych brukach

Dopatrując się normalności w miejscu
zwolnionym przez zasiedziałe pokolenie
wszyscy (goście) obładowani przeszłością
dezinformacji, przez hałas w nadmiarze przypadków
zdyszane pociągi z Chabówki odjechały
rozklekotane z antycznym kominem parowóz
pod czujnym okiem, konduktor zza zabarwionych szkieł
sparaliżował wzrok - topiły się zmysły
Sam byłem zdziwiony - co on tam wyciąga?

Nowy dzień zaczyna się od pełni niespodzianek
wypowiedzieć nie sposób - obcojęzyczne szyldy
góralsko pizza z oscypkiem, menu z bryndzom
grulane moskole, hałuski, zawijańce, otulańce
w miejscach typowych dla tego regionu
trzeba "uwazować" ( coby ) się w tym nie zatracić.

W ulewie zimny lipiec nam się napatoszył
dziś - ćma barowa mruży oczy z wymianom spojrzeń
mgła - zza Gubałówki idąca w mglistym majaku
hen po lesie rozpędza się w moją stronę
każdego dnia zimne ręce, przez kilka dni miały
atramentowy odcień, po wyprawie na borówki

Jest głośno, w Wierchach nowa grupa rokowa
bawiąc się zajebiście na boskiej disco polo ( mega hity )
bez końca przytupuje do rytmu, łapki w górę
spóźniona polewaczka brnie w dół Krupówkami.
dutki pazerne ...


dziś zoń idzie kupić syćko
ino nie przyjażń

idzie kupić pościel
ino nie śnisko

ścienny zegar z kukułkom
ino nie cas

załatwić uniwersytet
ino nie wiedze

przepłacić pozycje
ino nie szacunek

lykarstwa idzie nabyć
ino nie zdrowie

rozum mo kożdy
załatwiać swoje sprawy

z ładunkiem na plecach ...

Tatry piękne, kiedy słońce - można robić tyle fajnych rzeczy
z wonią lata ( dla ludzi ) ludzie z naprzeciwka myją okna
szorują ściany ( przykładnie ) bo zszarzały od nowych wrażeń
a może ( cepry ) pobratane do nas zaglądną, majową porą
konsumpcja ma sens, pieniądze dużo w życiu ułatwiają

Wakacje idą w biegu ( długi weekend ) ciekawiej się rysuje
chyba dobrą prognozą. Z nieba się zlewa czyste powietrze
na szlaku do Morskiego Oka, przetacza się towarzystwo
wciąż wyżej i wyżej. Otworzył się widok na biały pas śniegu
środkiem przełęczy ( schodzacy do jeziora ) wpełza pod taflę

Stąd chłód, przesuwa się znad horyzontu, krasi policzki
urojonej piękności, na dłużej niż by się wydawało.
Ołowiane pasmo chmur przez całą szerokość nieba
w deszczowych smugach włosy w papilotach skąpane,
pasemka siwych włosów wyglądają miło, ze żrenicą wielką.



z duchowym czynem ...

trzeba żyć w zachwycie bez śladu zmęczenia z grymasem ust
śmiech zwielokrotnić i zniknąć w tłumie zaszłości krokiem
z głębi Krupówek mało co widać, ze wstydu - coś za coś
w punkcie u zbiegu „oczka” odchodzi czar i urok nostalgii
betonem zakopiański styl odwraca się od Witkiewicza
na Równiach namiotowa płachta na orkiestrę elektroniczną
w nocy budzi nas bicie bębnów jazgot klarnetów trąbek obojów
dźwięki w toni snów lampy wszędzie kamery kręci telewizja
natchnionym posłaniem całymi pękami kiwają się ludzie
z niedopitym łykiem podśpiewują pod nosem w świetle bilbordów
smyczki górali na poboczu łaski, czekają na pokłon prezydenta.




o sobie jak o kimś ...

W prozaicznej chwili rozmyślam o zwykłych sprawach
odemnie odległych i serce mi pęka na tysiące kawałków
życzliwość drepcze w miejscu, cisza na korytarzach urzędów
cierpliwość odwraca się cyklicznie pomiędzy 12:00 – 15:00
przypadki rażenia w urzędach kąśliwe twarze w poczekalni
bez pośpiechu drapiąc się po glacy wygłaszam swoje kwestie
jestem przejazdem na krótko wszystkie parkingi zatarasowane
w każdej chwili mogą coś rzucić do któregoś ze sklepów.


Przychodziyłeś ku mnie...
( woda cy nie woda ) ...
krągły miesiącek sprawując warte na niebie
nieziemskim torem iść pomiarkowoł na skróty
po wykopkach "kolcami" ozorane bruzdy
na przykrej ubocy w ciemnościach obdar kolano
nocami pod mostem pluskajom siy gwiozdy
bajkowym odbiciem o zmierzchu rozchodzi się echo
ospale na wskroś po uśpionych ścierniskach
spojrzenie na wszechświat z tysiącami planet

w urokliwym nastroju ( dymem ) okopconych ścian
z sałasa śwarne dziywce uśmiycho siy cudnie

po skórze serdoka przechodzom żywe ciarki
pod powiekami źrenice migotajom zmysłowo
w nocnej głuszy niewieści rodzaj obietnic
przymyko powieki i serca zgodnie machajom do sobie
w pomroce pokusy jedno w roli drugiego ( na wyrku )
od zmierzchu do świtu olśnienia hojną darowizną

przy krasie miesiącka z niegasnącym ucuciem
przychodziyłeś ( ty ) ku mnie ukradkiem
na odwiecerz, lubcyk i księżyc dotykoł powały.
dzieci nasze ...

przed ostatnim zakrętem patrzymy na gromadkę młodzian
w kolejce wszyscy stoją ukryci przed światem bezsilni
chcący być sobą w samotnym gronie nucą melodię rozpaczy
jękliwym spojrzeniem radykalizm w skali szarości retoryki
„dopalacze” czarodziej mody w bajkę swoją kazał wierzyć
psychoaktywny wulkan antidotum w arm dawkując euforię
szkliste żrenice wahania nastroju chwiejny powolny chód
reakcja skutków ubocznych na poziomie energii opłakane skutki
sięgając po „spicy” malujesz oczy zielonym odcieniem
zagłuszasz lazur nieba, uśmiechasz się w pomadkowej czerwieni
piercing do pępka tępą żyletką jesteś pocięty i osowiały.

banialuki
Ubodzy w Panu

wokoło Giewontu pocątek lata składo wizyte
miesiącek na nowiu po udanej diecie przybiero
na wodze okrągleje wiecorne niebo blinko gwiozdami
od wielkich gór w pomroce światłem migoce
po sześciu znojnych dniach płynie modłów fala
pora roku wydłuzo siy w niepomierne świty i zmierzchy
na zimnie sztywniejom ( pierwsi ) siedzący w kucki
z prośbą wszyscy żebraczą śląc skargi Jezusowi
kiedy gaśnie słonko zbiegajom siy pod mostami
w kłębowisku przęseł śpiom bez wyrzutów sumienio




kłopot

narobić hałasu ( radość to ) cy zwycajny smutek
nie wiem o co chodzi, ale moze siy dowiem
wolny cas cyni cłowieka immersyjnym
codzienność trosk w cudzym mieście zupełnie inno
rozłożystość perspektyw przywołuje sygnalizator
nie od wcora świat w micie skomplikowany
choć momy więcej casu to mało ochoty
z zapałem wstawać rano z życiem bez planu
zły przykład dlo wnuków boli mnie kie nie rozumiejom
dziś nase łącze z internetem było nieczynne.



wszak ...

powłóce nogami pod liniom wysokiego napięcio
trzescy powietrze po żelaznym moście pociąg siy przesuwo
z porządnej nowohuckiej stali po skarpie żółte mlecze
w scyrym polu krowy i owce spotrawiajom łąke
z niesmakiem śnieg w maju to nie nowina
wzdłuż torów semafor godajęcy włosnym językiem
nie śpi stado bocianów uwage przykuwo
koń w chomoncie zadekowany do dyśla
wybiego myślami na widok gazdy z chomontem
byłby siy udłowił manewrem torby siecka siy ozesuła
po zakolu złe rzeczy w dziurach od kopyt spojrzenie
do góry na góry potem w dół pionowo w głąb prowdy
nigdy w bok bo to jest ( okazja ) lekko skrzywiono
w strofach konsternacji godała mi żona . . .
( coby w domu nie było spięcia w nastroju grobowym ).
na przekór

te słowa teorii spiskowych musom gnać po stokroć uciekać
to nie groźba pamiętać zły sen w gonitwie nagłówków
dzień w którym kozdo godzina kreacjom bytu w niebycie
ukołysano wychodzi z ukrycia nowo amarykańsko
w dwujęzycnej walucie hazard śwargoce po angielsku
bez wizji zwodzi nadziejom olśnienio ( ulubiono metoda )
zagrywka taktycno miraż w rytm kultowej komedii mami
społeczność wytycznymi do rzecy elity pędzące na urlop.


w przestrzeni
Fot. Marek Podmokły 

helikopter ponad Tatrami syćkie zdarzenia som prowdziwe
nogłe przypodki do bólu znane jak krew na śniegu
szarość i mroki koszmaru ocy wilgotne z powagi
wstrzymujom oddech i płochy świstok świscy na pyrci
Zamarłej Turni uślizgła siy stopa kolapsu krnąbna
dzikość w masce ludzkim stropienieym krzyk jęku
w rozpaczy usłyseć upadek na piarg łzy wycisko
na skalnej półce kwitnom poranione szarotki



bez względu na to ...

zmieniając nogi siedze na krawędzi pościeli
tak siedziała moja matka kiedy siy modlyła
pamiętom jej wargi nie malowała ik nigdy
zawse lekko otwarte słowem do Boga
ocy chętniej wracajom w miniony cas
bycie samemu nie oznoco ze jesteś samotny
spotykomy siy z serca te słowa ciepłe
pola widzenia wokółku syćka jak jeden
nie zadeptywać granicy nieśmiertelnej
pomiędzy światłem a mrokiem zamykom ocy
w modlitwie raj i pola uprawne odsłania horyzont
gór przy zakopiance ludzie grabiom pokosy
skoki ciśnienia przy sianokosach dochodzi pośpiech
przez siedem dni atmosferycnyk zawirowań
skupiom emocje samopocucio - cuje siy OK



trutnie ( chór męski )

terozicki o dach nad głowom sprawa siy obraco
rzekomo wielki ( sklecony ) świat opiyro siy na „dularze”
chyba juz wiys ( przyjaźń ) to nopiykniejsy dar
umiej do gorzci wziąść i wymień telefon uprzejmości
słodki jest w ulu miód kiedy nie żądlom pscoły
wymykajom siy zgodnie flirtować z łąkami
w swym ( góra-dół ) locie rozpruwajom powietrze
tego lata dobrze im siy wiedzie, wygodnie bez trutni
te sprawiajom przedziwny akcent ich cierpień
szczególny rozpirz, kiedy powinny kłaść siy spać
( furtkom do wolności ich śmierć - bez wahanio )
mętny czar.

przódziej ( z daleka ) ludzi obserwuje
wsiadają na bicykle skąpo ubrani
z piwem w ręku toczą się koła
bez względu na to ich twarze pomieszane
pomysły skaczą dziko się śmiejąc
następny łyk ma przynieść korzyść
w sytuacjach które sprawiają zataczanie
zsuwaniem się z nóg pierwszy upadek
podążam za nimi przez całą drogę
od kiedy wiosna korowód dziadków
w chwilach pewności pstrykają palcami
błąkają się z psem chodzą na spacery
w ochronnych czapeczkach z daszkiem
po staremu brodzeniem poza opłotki
puszki po piwie gdzie okiem sięgnąć
ku radości szczęśliwego znalazcy.



w antuażu

do przewidzenia pogodna melancholia
składa się z wyjątkowo długich zdań,
szczególnie podczas głośnej lektury
a także podczas próby licytowania
biały kruk pojedynczy egzemplarz
przebóg - jeden orzeszek na odludziu
słoń w kwitnącym sadzie porcelany
w nakładzie pełno niezdrowych pokus
niebo ubrane w suknię sprawia wrażenie
wiatr uskrzydla gałęzie przedwiośnia
chłodne wieczory w cieniu się nudzą
po sąsiedzku nie rozumieją spektaklu



prawda zgoła

na dzień dobry jaskrawo żółte dno oka
jeśli płacze to widać łzy kiedy się śmieje
wybiega myślami do pełni szczęścia
zaśpiewać wykrzesać z ust fajerwerki
wiem że nie stoją za nimi żadne gwarancje
zdrowy rozsądek jak wzrotne sprężenie
do twarzy zgłębić ugłaskać krajobraz
ciszę leśną błękit nieba górski szczyt
horyzont z językiem lodu monotonny
dzień odfrunął w cień codziennych trosk
w jedności chodźmy więc razem
by radość nieść dziś światu jej brak.