fot. Krzyżak – Zakopane

Tam się ostała…

Pośród traw nie skosonyk do końca
na Sywarnym w Kościelisku - Polanach
pod mostem przycupła zasłuchano w bystry potok
zbyrkanie dzwonków głosem pomiędzy smreckami

Owiecki, becom żałośnie na widok trawy za płotem.
Po Świętym Michale - możno paść - ( nawet po powale )

Rod widze długie dzieje i swojskość naskiej dziedziny
Przy pełni księżyca psów ujodaniy ( jak dzwon ) echem siy jąka
z patosem tonu. Popod oknami sterta sajt, wzdłóż ściany omszonej.
Wędzarnia dymem zauwodzi. Na końcu ogrodu, śpiom ule ( zmożone ).

Z radościom ucho przyłozyć do ik miodnego królewstwa
coby rojki ( te na wyroju ) nie ozfurkły na śtyry strony świata.

W pamięci zawrotne anomalie z losem pogodzonych gór
Ze zrębów leśnych dranice, tramy, zaplecione ciasno na węgły
W kącinie postawiony dom. Tu ( przed wojnom ) osiedli moi rodzice.
Ziem twardo jak skała, krwawicom rąk wyrywane korzenie.
 
Otrząsom siy z siwych włosów, scęśliwy ze zmarszczkami
z odrobinom bojaźni w gardle, ślabikuje nekrologi przyjaciół.

Rwa kulszowa na stałe do lędźwi powraco, tu i poza domem
Serce z wargami ściśnięte nad rodzinnym grobowcem
Pociorkiem łzy do rękawa. W dobrych intencjach tabliczki
umarłych. Pod koronami drzew kamienny aniołek i znicze.

Wyrobisko    

                                                                                                                Andrzej Pitoń – Kubów        Kościelisko, 1976


Od zmierzchu nocy - blask fakieł z fantazjom w źrenicach
na grani ( we mgle ) niewyraźne Regle siy piętrzom
pomiędzy nocom śnieg zowieruchom poprusył
stroskane owce, ik wzrok osłupiały. Od Zielonych Swiątek
wypatrujom lata ze słonkiem ( cyrwonym ) jak talar .
Moja ziemio urodno (podhalańsko) niewiasto
twojom ładność wyryzowoł lodowiec
za rania wiekowej epoki, ku pamięci pokoleń
Urodnoś, mniej rodno, z królewskiegoś nadanio
po zbiórkak jesiennyk z ojcowskiego uznanio
kozdemu przyznano po cynściak.

Ziemio podhalańsko ...
wyrwano mozołem rombanic i folg
z boru smreków i jedli uśniętyk w nieładzie
po kośbie holnego z wykrotów ścierniska
docekałaś siy przecie - godnego wyrobiska

Miłujem ciy jednako ...
tak z wyśnego końca ( kaś jest barzyj rodno )
jako i płasienke, ozmokłom po dyscowej lejbie
zarysem ku grobli, chetki - młakom siy stałaś
Ino, sywor ( na ściółke ) pod bydło przycynios.

Zawseś mi jednako,
skolno, jak dno górskiego potoka
płono, jak źle zimowano owca
bo, w wieśniany cas, holny targo ci runo traw
zapylając jesieniom, rojami zarodków - końskiego scowiu.

Skropionoś - ty - słonym potem
wceśniej jako dyscem
kolybko mojego stworzynio
w malowane leluje - fakty i skojarzynia
zoden przypodek, historia wielowątkowa.

Barz piyknie przepytuje …

- za dobre chęci, co spełnić siy nie zdolały
- za czułość dobryk ucynków naręcze,
- za mylne kroki, kie w świat siy wybrały,
- za Wase trudy w życiowej męce,
- za źle zużyte zdolności moje
- za samowole i chwile w udręce
- za Wase troski i niepokoje
- za syćkie przykrości, za łzy, uśmiechy
- za tych co wiedli kroki moje
- za syćkie błędy, za syćkie grzechy
- za scęście nie scęście cyjesi i swoje
- barz piyknie przepytuje.
 
 
- śp. Rodzicom
 
Chicago, 1983 rok

Krokusy …

Kiedy wiesna zakorzeni siy u nos na sto dwa
i śpaki za rozumem przylecom, jaskółki
pod strzechom w puchowej jamie
pociechy skryte i matki troska
gdy kot na gzymsie z rozdziawionym pyskiem.
 
Krokusy spod śniega wypuscajom pędy
w purpurowej okrasie z fioletu polanka
w subtelne odcienie pod błękitem nieba
dziywecka strojno na gorsecie ( leluje )
tak mimochodem przystanyna na holi.
 
Parobecek jej w darze ofiaruje bukiecik
nie skąpi jej pochwał choć tako pyzato
w niewinnym uśmiechu naiwność
kiełkujom chwile scęśliwej godziny
w mozaice rozkoszy siy nie krępujom.
 
Nieporadne ( na litość boskom ) pocałunki
nojpiykniejsy dzień kiedy serce pękło
w rozszeżonych źrenicach ziorenko nadzieji
żyć i być świadomie udźwignąć chwiejny gest
kochanie ino siy nie kwol sąsiadkom.

śleboda jest krok przed nami …

W przesłości, dało siy zyć beztrosko w Polanach
panorama, spojrzeniem kościół, apteka, śtyry sklepy
na podmurówkach z okręgloków domy w drewniane pościele
i siennik słomom wypchany z roku na rok malejąc
wspomnieniami odżywa. Pod skrzelami kapelusa przelicoł -
obrócony w kierunku gór ( nie widzioł ik sękatych kontur ). 

W przesłości, dało siy zyć beztrosko w Polanach
ino kiedy stamtela wyjedziys ( kany ) namiastka wolności
w głębi pocujes instynkt przerwanego łańcucha
i nikt nie potrafi udźwignąć losu, bez powodu umyć ręce
z wyrzeczeniem dzieci patrzom na koniec z końcem rodziców ?
Ik życie na kartki ! Niewdzięcnikom zacyno brakować pomysłów.

Wieść żywot w takim miejscu - to owoc ( słodko - gorzki ).
Potykając siy w sobie o scyrość w sercu świadome kołatanie
Na pastwisku czas siy potknął, dzieci pogubiyły siy w swoich regułach
Krzywda im nie dziwno, bedom mieli co powspominać.
Przebudzenie pająka, który wiązoł pomosty pomiędzy światami
Popłoch i chaos ( chłód z głębi ) sprawio ze, moja dusza kaszle.

Dziś w Polanach ( zycie na przemian ) odchodzi i wraco.
Pory roku, dzień i noc idom rutynowo, przyglądajom siy sobie
Starych znajomych spotkać co we wspomnieniach zastygli -
w drzemce pod jasieniami ( na hamaku ) ktoś machnon rękom.
Zbyt duzo bojek i blizny pomiędzy swoimi ( było mineło )
ino, kiedy śnieg zginie w Polanach ( siy cuje ) jak ryba w wodzie.


Andrzej Pitoń-Kubów Chicago, 15 luty 1991

Pod Giewontem

Niek bedzie ze na wsi w Polanach
syćko jest takie jak nika inyndyj
przefajnie jes hawok w ocy-wistości
gościnnie z ukłonem
przyjmuje siy gości
choć śmiecom
choć śpecom
choć łgajom

    ze góry śmieci
    ze słonko nie świeci
    ze kohut wcas do dnia pieje
    ze pies na łańcuchu skomli
    ze krowa za ścianom ogonem grzmoci
    ze koń siy burzy
    ze owca siy bobcy
    ze kura wygrzebuje pędroki  
    ze dzieci pyskate holofiom
    ze muchy nad ranem kąsajom
 
wcas do dnia
jak zawse
w biołej kosuli
gazda unosi
kapelus pyśnie
pogodność
wychodzi mu z dusy
oddycho
ślebodnie
od głębi do dali
wychodzi spojrzeniem
życliwego poranka

zokopiańskie weekendy
scęśliwy miesiąc to Maj 
moi ślicni
pokochani
moi złoci
w dobrym tonie
hurmom
ku nom
siy zjechali
( turyści )
z niesmakiem
grymasom
co dłowi
nicym
ość w gardle.

             zakpić

ino telo tyj codzienności
schowanej głęboko
w jazgocie chałup
gaździnki
w suknianych kapcach
w postrzympionych smatkach
niedorzecny horoskop
w nijakie słowa
wcielenie
ino posłuchoj
pomiędzy słowami
krzykliwe wargi
wąsko powieki
cytelnom aluzjom
o twarze siy ociyro
gadulstwo siy płodzi
wytrzesco ocy
sąsiadce
bez oddechu języka
gorść pogardy
jej wyklarować
poza gustem
ino dosadnie
niek jom cięzor przytłocy
pohańbienie
bez desygnatu
naskie życie
widzialne
nieprzewidzialne
bo na wsi
biyda honor i brudy
to tako
mozaika ze zgryzot
świadomość i fakty
zręcnie ukryte
godajom tym samym językiem.

zawrót głowy …

Stary baca mo lekki zawrót głowy
Bo wyznoł siy na tym,
co syćko jest wortne ?
On, zawdy ...
rozumem przed siy wybiegoł
w myślak i mowie.
 
Od progu chałupy
słonkiem kwietniowym ogrzoty
magiom poranka
scęśliwy w starczym olśnieniu
ciężorem wspomnień
spoziero po graniach
na dno doliny ( wzdłuż i syrz )

- jakiz tyn świat - stary ...
- jakoz on doróst do tyj miary ?
 
Jego, bezzębne dziąsła
hardo dzierzom
starom jak świat fajke ( krolickule )
od Tomcagi z Ratułowa
cybuch drewniany ( wygięty )
na krótko spięty
mosięznym łańcuskiem.
 
W drugiej ręce ( barani miechur )
ze skrązanym drobno tabakiem
koślawym palcem nabiył ( okopiasto )
udeptoł w brzuchocu
krzesiwem potar ( ozjorzył )
przekolacem pośturkoł
pyknon - roz - drugi - trzeci.
 
Jego ślubno - nie zyje od downa ( rak )
Hań, na brzyzku w truchle - struchlała
( jesce jak nie był bezzębny - po ćmoku śli do pościeli )
 
w rodzinnym sporze wse duzo chciwości
kie taki dostojny kawoł ziemi
to od pokoleń gwarne
swary i gniewny bezwstyd
ślypia wyłazom ze swojej nory
ino o tym nie godo siy komu-kolwiek
niegodnie kalecono pamięć
utropieniem - gorść wspomnień

- Takimi dzikimi to my haw nie som ( panie ) !
- Taki tu lud – wyrosł na tym łanie !

2.
 
W chałupie syćkiego pod dostatkiem
oproc mnie w natłoku lęku przed losem
syćka domownicy pośli wsadzić wykrowki
kozdy nowy dziyń prowadzi i zwie siy zyciem
dobrze by było - coby ono mogło siy cofnąć
w przyzwoleniu z szadzi odkopać
stokrotnie skrzydła ozcapierzyć
 
Siwowłosy ze słonecnym uśmiechem
kormi kury - gorzciami cisko owies
na obore sfurkujom gołębie
o jedwobnyk brzuchak
ik chwała do tela zyć nie przestała
nie ginie męstwo praojców o krwi wylonej
zbacowali w modlitwe powszechnej - doniosłości
 
Tkwie tu samotny jak pies przy budzie
z podwiniętym ogonem syćko zwiędłe
co było jędrne na jedno oko łzawi
w drugim przebiegło cujność
na widok sąsiadki oba przeciero
uradowany z łaski Boga Ojca
puste ławki w kościele
przylegajom ku sobie
na Syćkik Świetyk dać na Wypominki.
 
3.
 
kobieta idąco chodnikiem
przystanyna kolwicek
patrzom se w ocy
znajomi z młodości
ftej wolno im było syćko
 
kobieta z rumieńcem na licak
miała czelność
obejrzyć siy za parobkiem
 
kieby cofnyny siy roki
ta huć tyn fart i to pragnienie
nigdy nie przestać
być sobom
jak drzewiej
na cetynie w chuściokak
pozwolyła uwidzieć
ino telo
kielo trza było
 
- starzec - - - sie wzdrygo  
- ksiądz spowiednik
- odwraco głowe.