Zaczynam pisać – może wyjdzie mi wiersz ?

 

Moje wiersze.

Nie rodzom siy byle jako i byle kany
Niekiedy, tracom siy w tłumie i włosnych pomysłach
Cęstokroć chorujom na anemie słowa
Niedowład myśli, nowe twory języka.

Bez zapowiedzi przychodzom, odchodzom
Ze szczelin nocy wyfurkujom, nieopiyrzone, osowiałe
Na graniach gór dźwięki wydajom, cornej nocy dzieci.
Na krosnach palcami nawlykajom wierszy przędziwo.

Wokoło motki wełny namoknięte i wiotkie
Wedle zasady jeden na prociw drugiemu
Dostajom zeza od ( za siy ) patrzynio
Rymy rozbite w ślepym zaułku wątku monolog.

W burzliwym cyklu garść przesłanek i nudno rutyna
Dlo uskrzydlonych marzeń żyć w ciszy spokoju
Wśród rówieśnianych śpiywać najlepiej jak ino potrafie
Bez poklasku i wsparcio długo jest droga do ukłonów.

W ciemnościach wiedzy powieki syroko ozwarte
Na wschody, zachody, patrzeć na boskie roztargnienie.
Majom tyz swoje kąty, kany schować siy mogom
W cieniu zabocynio siy kurcom i więdnom

Bez wieńca z lauru, bez pokrzepy i mirtu
Lezom ufne na stosie w niewygodnej pozie
Arkom przymierza pomiędzy drzewiej a dziś
Trombity – gotowe – trzymajom przy ustach.

trzeba wypedzieć co siy cuje …

Moje zdajanie
wiyrsykowanie
biere pocątek
nie koniecnie w głowie
( patrz dalej )
w sercu siy rodzi
stamtela wywodzi
echem słów ulatuje
na śtyry strony świata
obrazem wydarzeń
niedogodność
spaduje
jak kamień z serca
w mroku emocji
nie wydawać ( pieniędzy )

na bezdechu
stoje w zapatrzeniu
księżyca
na nieba krawędzi
blask meteoru
promień gwiazdy
bramą do oczu wnika
zatacza krąg
przez czas krótki
polotu dodaje
między nocą a świtem
wierszoklece
w zaułkach mej pasji
cobyś Ty
zacny czytelniku
myśli moje
mógł poznać

przyjaźń w poezji
szlachetnościom
niek rośnie
w majstersztyk
mową błogą
nienadaremnie
to dobry znak
od gór do morza
wiater holny
co poi trwogą
niebios ustronie
niechaj zstąpi
w balkonowe okno
(  pogłosce )
wierszyk przydługi
zrodzony echem serca
coby był prowdziwy
jako
spojrzenie w oczy
przyjazny
jako
podanie ręki.

blisko gór

rodzimy siy
rośniemy
miyłość do matki
do Boga
olśniewo lilia
gonimy
do skoły
dorostomy
pozornie
do siebie
do zaufania
zbyt często
chmury na niebie
zanikajom
ideały
tracimy
grzysymy
zabacujemy
w miare upływu
na drugom strone
kolejne zycie.

Jan Kes …

Na moj dusiu, zanim wchłonie nos ziem ( chodzi o gwarowom poezje )
Jan Kes, nojchętniej siedziołby cicho, nicym zogłowek w biołej izbie
nieme kowadło, co od trzek dekad w kuźni nie zadźwięcało,
abo ozduty ( sędziwy ) miech, co zawstydzony ludzkimi sprawami zasnon na wieki.

Ino ta ręka, ta ( stfora z palcami ) nie potrafi usiedzieć …
syćkie uzdajane ( wiyrsyki ) biere do palcy i chować pocyno
upycho po kontak, ponieftore wsturzo do suflady …
moze ik kiesi, ktosi ( weźnie do gorzci ) uchroni abo przecyto …
wnukom ( hań, naprociwko okna ) wtej – kie dziadkem ostanie.

Jan Kes, nojchętniej dar by siy z furiom w niebogłos ( ujodoł )
coby ludziom nie zbrzydło – to co on ukochoł.
( przecie chodzi tu o naskom poezje gwarowom ) ?

Jan Kes, nigdy nie powie co myśli do końca,
pełen zażenowanio w temacie ceko cierpliwy – nie od dziś …
przestołby lawitować ( poeta ) codziennych obrazów
zdyszany z zatrzaśniętom gymbom – Jan Kes – chyba …
zakońcyłby swojom kariere ( poetyckom ) ?

Myśli o tym w świetle gwiozd, drożniony przez ksieżyc.
kciołby wydać ksiązke, ino wie ze siy nie udo – bo Jan Kes,
nie jest typowym przykładem poety w glorii ( przełkiętym )
choć nie wie – jaki jest typowy ?  Ale wie – ze to nie on !

Ku temu trza mieć znajomości, znać siy z krytykami,
z poetami walcyć na słowa, na gwarowe pięści, ( ino – Jan Kes – tego nie kce ).
Rod widzi obserwować gwiozdy ( innych ) profile poetyckie
Ci, co roku wzlotujom, wydajom nowe tomiki,
co kwartał – dostajom nagrody, wyroźnienio,
odbywajom tysionce autorskich posiadów.

Jan Kes, myśloł nawet – coby uklęknąć i błagać …
( Przecytojcie … nie som chetki beznadziejne ) …
Ino nie kce usłyseć . . .  Stój w rządku !
Moze kiedysi zacnies pisać dobre !
Jan Kes zrodzon z rozsądku, nie poruci pisanio,
zbierając warkocz słów w poplątane myśli.

O … 

Wiem o tym od dowien downa
ze ta cudowno siła ( przygryzionej wargi )
w pozornym światle melancholii
sprawio ze moja ręka
kreśli ( przy-długie ) ułomne wiyrse

Żarliwie kochom ( Naskom ) skolnom ziym 
Nie ino temu ze, tu’k siy urodziył
w tej podhalańskiej dziedzinie
moi przodkowie ( haw ) pochowani
wyrostali z korzeni rodowych drzew

Dlo takik jak my . . . 
do ojcowizny przywiązanyk
do gniozda swojego ( nieodwołalnie ) wpleceni 
w Naski świat  – Nasa śleboda
nigdy nie bedzie zatrzaśnięto ( w klotce )
kwestia rodziny i wiary wrażliwość

nie sposób ( do dziś ) powstrzymać tchu
przez to co wydarzyło siy kiejsi
w ościennyk nom krajach
te same zole przegrane losy
podobne ze sobą
zjednujom droge do serc

Hań na placu ostoł pusty ( w środku ) dom
bez reszty wypełnio oko sowie
w żywiole krzepnom wymarłe ściany
w zimnym kolorze Tatry ( zaśniedziałe od sadzy )
i przysłość w coraz bardziej obce języki
złudę wieszczyli prorocy dlo gwary

Tak tyz ślubuje w ojców wierze
ze zodne zmanierowane myśli
nie wyryły siy ze mnie
po wse casy zył bede w szczelinie cienia
i nigdy insy z stela nie odyńde
nawet kie śmierzć przybocy se o mnie
z niemocom bede patrzoł jej w ocy.

Własne wspomnienia . . . 


Mój lud spod Tater, śpiewający swoje wrażliwe pieśni ( ślebodne ) dające ulge.
Obyczajne w stronę gór, przyśpiewki wierchowe, ramie w ramię rodzinnie.
Niebo w naturze jest takie czyste, że widać wszystkich bogów,
Modlimy się do biblijnego, zginając kolana przed jego niewidzialną mocą.

Mój lud tradycyjny, użyczający swojej wiedzy latom na tatrzańskich halach,
Latom, minionym wstecz i teraźniejszym, być może tym latom w niesławie,
( sześćdziesiątym ) kiedy to wraz z kierdelami owiec z hal - wyrukowani . . .
Aby ukraść im to co zasadzone, by stępić tradycję, uczynić krzyż niewidocznym.

Zabrali światło naszych oczu, wyplenili śpiew z naszych gardeł !
Zdalnie sterowani, próbowali odebrać modlitwy, w nawach kościelnych
cierpliwie w ufnej wierze. Szerokie usta w atmosferze gdy niosła nas procesja.
Aby, jutro było w kształcie człowieka. Uczyń, aby świat się odnalazł taki, jakim był.

Otrzepać kurz z duszy . . .

Do towarzyszy z szałasu na Siwej Polanie, od muzyki i tańca wokoło ( kosoru )
Ozwodnym krokiem, drycnie do poruszonych serc ostomiyłych pasterek.
Były wtej lata pełne zamętu ! Chodziliśmy do szkoły, aby się uczyć,
jedno za drugim. Pytania bez odpowiedzi. Wspominając gorzkie godziny,
kiedy odkryliśmy że, jesteśmy zbyt mali i nikt się nami nie przejmował.

Do honielników, juhasów, dziewcząt, którzy pomimo wszystkiego wydorośleli,
by stać się mężczyznami i kobietami, śmiać się, tańczyć, śpiewać,
bawić się, pić, sławić swoją religię, obowiązki przekuwać w sukces,
żenić się, rodzić dzieci, a potem umierać na przeróżne chorości,
skręt kiszek, suchoty, anemię i lincz tamtych czasów.

Za ludzi z hal wydziedziczonych, pozbawionych majątku, nieszczęśliwych
Ludzi, wypełniających stanowiska w kabaretach moralnych. Kieszenie innych
Ludzi, potrzebujących chleba, butów, mleka, ziemi, pieniędzy
i czegoś – czegoś całkowicie naszego. Tak . . . Ja też się tym wzdrygam.
Ja, żyjący chwilą w której przypominam sobie stare stulecie.

Chwile wypełnione innymi chwilami . . .

Mój lud kroczący na oślep, szerząc skrzeczące teorie, marnując czas,
szukając otuchy. Imprezy przecież nie mogą trwać wiecznie !
Zestresowany, pijący gdy beznadzieja. Kolejny dzień nieprzekonany,
przez niewidzialne istoty, które górują nad nami w przestrzeni spekulacji.

Te słowa brzęczą w koszmarze ciemności . . .

Mój lud niestabilnie błądzący po świecie, zrozpaczony, zaniepokojony,
oszukany na rozdrożu, potrzebą pieniędzy. To świat trudniejszy do poznania
Zjawy, kryjące się przed domem, przycupnięte w krzakach szepty -
fałszywego agenta i ból obcego kodeksu sumienia. W hałasie jutra.

Na kazdej ludzkiej twarzy, w każdym oku, morza litości leżą . . .

Lud stojący w kolejkach, wpatrujący się we wściekły los. Znoszą cierpienia,
próbując wytyczyć lepszą drogę od zamętu, hipokryzji i nieporozumień.
Przekonaniem, próbują wytyczyć lepszy świat, który pomieści wszystkich,
Wszystkie twarze, wszystkich Adamów i Ewy, ich niezliczone pokolenia.

Narody żyjące czekają . . .

W powadze, niech powstanie dar. Niech narodzi się inny świat. Niech Pokój,
Pokój, wypisany będzie na niebie. Niech narodzi się pokolenie pełne powagi.
Niech, ludzie kochający wolność dojrzeją. Niech zniknie horror i pieśni wojenne,
Niech, znikną pieśni żałobne. Niech, uzupełni miejsce i przejmie władzę.

z otuliny …

Holny dmie. Wceśnom wiesnom krokwie dachowe trzescom
o świcie, sygnaturka zbyrkoli, muskając chmury wygibujom siy jedle
Grzmi nad holami, niebo iskrzy iskrom, tocy siy bój
poplątane myśli i ludzie odchodzom od zmysłów.

Poezja w gwarze – – – od zaranio zdajano przez pomazańcow
dlo pokrzepy serc, tomiki biołych wiyrszy pogodzonych z losem
ik chropowatość ( w nasyj dobie ) wtrącać siy do syćkiego – sukać przycyny
słowami wypedzieć, bezsenne mozaiki przemyśleń – potrzebujom przestrzeni

Uśmiechem w oku kwituje ( miłe) uroki wiesny. Most z wielu skojarzeń
i grad pod stopami. Hałaśliwe burze, zabazgrany potencjał grzmotu.
Natchnieniem tulić poezję wrażeń, jej drętwe rodzaje składni
Półuśmiech myśli, tyle obrazów rozprasza rytm – języka ( gwarowego )

Piyrso strofa nie kciała iskrzyć w upodobaniu ( stąd małe nerwice )
Wśród biołych wierszy rozterka siy gubi ( przeinacono ) obziyro siy za siy .
Drugo ( w objęciach tropacji ) bez przyszłości w nieparzyste rymy
Trzecio, domorusano w nieuzasadnionym lęku ( wzrusza ramieniem ).

skrupulatnie …


po raz któryś wertuje
zapomniane stronice
rzeką (nie) pamięci

wirem zdarzeń
na grzbiecie
życie się kłębi

odplątuje rysopis
od nadmiaru
wspomniń

patrząc pod nogi
nagle wiosna
w ogródku

lew – koń – ja
kwiatuszek co ma
sześć jajuszek

faktura życia
to obowiązek
bycia człowiekiem

mój próg życzliwy
otwarte drzwi
posługa ludziom

do sedna życia
prowadzi droga
cykliczna

pod obcym niebem
niczym Syzyf
toczę skałę

cztery dekady
daleko od kraju
rzucony emigrant


rozplątaj …




gdzie jest to
jasne
tego nie wiemy
dane się rozmazały
czas jest ciężki
toczy się
swoim tempem
tak to widzi
wedle swej woli
przeczesuje
wspólny porządek
złamał obietnicę
ludzie się zamyślają

tyz ,,, ludzie



Na bezboznej ziymi
spocnie grób
w te razy bez
zmortwychwstanio

jesce roz
niebo
odłożono
na potem

w alejach zasłuzonyk
na cud cekajom
mumie komisorzy
piersyk sekretorzy

ino ich połowice
pokryjomu
trwajom w
staromodnych modłach.

nieźle siy pocuć



za stodołom
jata ( wiata )
zbito z desek
zrywać siy trza
poranek cy wiecór
ktoś siado
ręce na kolanach
omiato wzrokiem
widać księżyc
coło mo poradlone
niebo gradowe
nie jest ciekawie
nieciekawe
to syćko ?



Magicno siyła …

Goralsko, pozłocano dusa lubuje siy we furganiu ( precki ) …
Jak ktosi kce furgać, lygo na wyrku pod ryzowanym sosrębem
Wtej dusa natchniono, zmysłami luźno, wyślizguje siy z pęt.

Kozdo dusa za kozdym razem wymyko siy ( wse inacyj ) …
Zolezy od pozycji, od ułozynio ciała. Przed wschodem słonka
Inacyj siy wyzbywo ( kie lezys ) inacyj na klęconcku.

Ponieftoro, wyjątkowo uwielbio pływanie w obłokak
Nurkuje jak kijoń, ciupaga, abo inso wodno gadzina
Mnóstwo jes takik dusycek ( ozmiłowanyk we furganiu ).

W istocie rzecy inacej gruchajom seniority pogodzone z losem
W zimowej zowieruse, daremny trud przeniko im ciało i duse
Bez ciepła – trudno jest przezyć – nawet nieśmiertelnej.

Bez światła, styrmie siy tako ( po byle cym ) jak ślepe kocie
Demona pokus prowadzi na kraniec, coby siy nie zatracić
Bez powodu nie popaść w obłęd ( zerkając na kobiece wdzięki ).

Pospolicie godo siy o nik ( opiyrzone – latawice )
Rade siy gniezdzom w takim do słonka gniozdecku
Istoty delikatne, traktować ik z przymruzeniem oka.

za psi grosz

Na notowaniach akcji od lat ostrzom zymby ( hochsztaplerzy )
Swoim doradztwem ( radzi siy wtroncać w nieswoje sprawy )
Jest w ik postawie wyraźno dwulicowość
Politycnie poprawnej demokracji
Typowej dlo mentalności globalnego imperium
Potęgi, rządów białej elity ( potrzebnej )
Do kontrolowania wirusa niepodległości
Na dzisiejsy dzień, banalny rzuco cień
O ich szacunku dlo demokracji.
Niechciane to co na prędce,
przelotnej uległo chętce ...
Teraźniyjsość bez pocucio winy
Moze być sporem win wielu
Kontrola osłabio wole
Bez przerwy cujemy jej niesmak
Jak ktoś ( do ognia ) dokłado,
aby, zatrzymać ( ostatnie słowo )
bez systemu w upodobaniu
niewzruszone maski
odrodzonych wyroczni
kameleon - jest żywym dowodem
Daleko z tym nie zojdziymy
Dudnienie ( ogromne ) słów spiętrzenie .

Wnet tom mądrość pojeni ( zamaskowani )
We wrogim otoceniu
Medialni poplecznicy
Skóra na grzbiecie kołceje
Ze świat ofiarom wścipskiej głupoty
Kozdy na błędach siy ucy . . .
Wiedziony ufnie lotną perspektywom
Kciołbyś uwolnić myśli ( skłębione )
Zdumiony ( sloganom ) patrzys przez palce
Na tych co majom w tym ( ciemny ) interes
I na tych co nadal im klascom.

telo bólu zdoleli udzwignąć . . .

Józef spod lasa – – – mo okopiasty ósmy krzyzyk
Ino wse – – –  jedno – – –  siedzi mu w głowie …
Kciołby – choć roz ( jesce ) noge postawić na Pisanej
Okiem powieść po holi – po tym – co hań – przezyli.

Co to był – za – cas ?

Piyrsy sałas – postawiony na peckak i sopy z okręgloków . . .
Pamiętom, schronisko i bufet, co do filmu – wysadziyli w powietrze.
Proguje zamknąć ocy – nie widzieć – nie cuć – ozdeptanego bólu .

Boce redyki, redykanie siy z owieckami po św. Wojciechu,
Kie pore razy zagrzmiało, obudziyło zaglewiałe po zimie
Polany i hole ( naskie dziedzictwo ) to słowo brzmi dumnie.

Dziśok, kolyby, sałasy, stojom jesce – choćkany – opuscone …
Zaniedbane – z dziurami w dachu, na wylot świecom pustaciom.
Te, wersy skandalu – nie nowe. Trzymajom siy razem ( lezom ) na biurku.

Wśród polityków wiadomym było, ze nik nie policył syćkik owiecek ?
Parkowcy, kcący osiągnoć równowoge ( połowa baców ) niek pasie
A drugo – niek siy redyko ( do Łymków ). Polityka wse była chochlom.

Zapewniom przy świadkach, przykro było słuchać zawiedzionyk,
Ozpajedzonyk, holnyk gazdów i baców ! Od nadmiaru empatii
Nik nie był w stanie ik pociesyć !  Tu – mieli swoje miejsce na ziymi.

poemat tułaczy …

( identycny som w sobie )

I .

poseł gorol
w
do – li – ny

za chlebem
w te krainy
da – le – kie
obejrzoł siy
roz – jesce
o s t a t n i
na te Tatry
Wy – so – kie
tam ka pasoł owiecki
z dziewcynom…
Mój ty Boze kochany

II.

owiec nie napaśli
owce z hól wygnane

III.

posed
cy
poniychoł
pytoł siy cłek
niepili ?

Poniychoł
bo musioł
kraj w uroki
skąpany.

IV.

śpiewka w słowach
markotno
jak
z y c i e
chleb
wydzieloł
z a b o r c a

V.

w świat
Podolan zmusiyła
Caryca
Katarzyna ( jędza )
Podholan wygnała
galicyjsko nędza

VI .

Psie prawo
niemrawe
bez woloru
do zycio
bez wyjścio
choć jako
siy nom kojarzy
nie bedziys
zaganioł
dlo syćkik
nie starcy.

VII .

( rodocy opuscali kraj za chlebem masowo )

VIII .

C  I  K O G O  ( w wymowie )
C h i c a g o  –  siy pise
w plemiennym języku
na bagnistym terenie
indiańskie siedlisko
z biegiem casu
z poletek
dziedzictwa
wyplenieni
wygnani
z połaci
za przycynom
b i o ł y c h   b r a c i
zagrabieniem
ik terenów
z rodnej ziemi
wyrukować
zmuseni
w rezerwatach
skupieni
protoplaści
tubylcy
ich wodzowie
z nożem w brzuchu
bez przyszlości
chwila sławy
nie brzmi dumnie
wzruszajaco
los przemówił
w obłędzie
historii
psie prawo
z bożej łaski
zdołowane
w antyramie

IX.

A m e r y k a
to
pokusa
łapidusa
dlo kozdego
bez woloru
wieku - skóry
cy koloru
w siyle wieku
w wieku późnym
z kraju złota
cy z chudoby
od gór z  nizin
z kraju wody
dutków łacni
zew przygody
ludzi ku siy ściągo.

X.

na tej ziemi
obiecanej
zgrzytem buntu
krwawiom rany
w trybie zycio
broczy krew
rozpętanej bitwy
choć daleko
gór horyzont
w kręgu wspomnień
rodnej ziemi
straconego piękna
Mój Ty, Boze
na ułudzie
zachłanności
od dziś - Nasa
( obiecano )
w dzierżawieniu
ta dziedzina

Chicago, lato 1983

wiersz z kozią brodą

uwierz mi napisałem hybrydowy (u) twór dla Ciebie
pod fenomenem przeznaczonego nieba,
gama chmur i dzikich gęsi
przebijały się kluczem
wzdłóż dostojności słońca
spoglądam na błękit światła
pomiędzy wczoraj a dziś
Ty, czarujaca w obwisłe kolczyki,
makijaż w kolorze jutrzenki
kobieca świadomość istnienia 
wybuchem śmiechu głośno i doniośle
zmieniająca się w siostre miłosierdzia
głaskana przyzwoleniem
i tak dalej i dalej
było ślicznie
aż  ...
napatoczyła się
ta ...
z kozią brodą
i kartkę z wierszem
spotrawiła ...

( wiesz, że takie chwile mają miejsce )

Wtedy znów od (zera) zacząłem pisać
w pośpiechu …
jak tylko mogłem najszybciej
powtórnie się starałem
zrobić to jak najlepiej
jak umie dusza
pokazać piękno
porównać go do tego
znów się ośmielić
ale na wszelki wypadek
gdyby coś – nie tak
z tym który tworze
szczęśliwy szukam
w lustrze odbicia
i nigdy się z nim nie rozstaję
chyba żeby znów
napatoczyła się
ta …
natręna (jak mucha)
która,
się pasie (opodal)
i ciągle zerka w moją stronę

Andrzej Piton – Kubow

PS.  wiersz dedykuje Gosi

na podhalańskich termach . . .

Pogodynka …
po głębokim wydechu zapowiedziała w TV …
wreszcie święta …
na Kasprowym zalega mnóstwo śniegu
raj dla narciarzy
u podnóża Tatr
gorące termy parują
szerokim fartuchem
ponad Giewontem
pojawił się wyż klimatyczny …
W obiegu termalnego ciepła
zróżnicowana
cyrkulacja górskiego powietrza !

Zabieram więc swoje ( sprawunki )
jadę … na łono natury
piękniejszych doznań
doświadczyć
zobaczyć
migawki poszarpanych gór
na wyciągnięcie ręki
krzyk górskich potoków

“Gwiazdy” – artystyczne dusze
burzliwe prowadząc zycie
ze słodkim uśmiechem dziewczyny
z taktownym spojrzeniem
pnące siy na wyżyny.

Celebrytka … na termach …
pół nago …
nikogo nie zdziwi
jest kimś
ma swoje cele
Miss …
rozbieram oczami
po ciele podążam
na “foke” patrze bezczelnie.

Wystawiyła na pokaz
swój płaski brzuch
do leżoka pośladki przycisko
napięte mięśnie przy kozdym wdechu
piersi – – – ( turnie wyniosłe )
chciały by uciec z objęć ( przyciskane dłoniom )
wyuczony uśmiech ( nabrzmiałych botoksem warg )
odsłanio wybielone laserem zęby
czerwonym językiem zlizuje znoszoną szminke
wabiąca wizjom doskonałości

Załozyła noge na noge  …
jakby nie cuła – – – ze “foke” ścisnyna
bojym siy, coby łyciami jom nie zadusiła
bo, przydusono – – – ledwie dysy

Miss … Celebrytka … nimo sumienio
jej luźny podkosulek
ledwie przysłanio odstające dzbonki
widocnie …
zabocyła zazobadlić ik stonikiem ?

Cęstując siy drinkiem z Jagermeister
rozchylo uda ( coby zmienić noge )
wtej “foka” łapie końdek powietrza
i zaś jom noga zacisko.

Zbyt wiele przesła
” foka ” umęcono
upokorzono
doznała
ciyrpienio
chyba jej poślem
słowa pokrzepy
dlo pociesynio.

Trudne życie w kręgu drzew

Instynktem wiedzione ptaki
wróciły w to samo miejsce 

tylko proszę nie pytaj mnie po co ?

w dodatku ten cholerny wiatr
podświadomie – jedna jaskółka wiosny nie czyni
kreśląc kilka podniebnych figur
w gromadzie, fikuśnie
obsiadły pół nagie zagajniki

wśród drzew początek zieleni
pięciolinia wysokiego napięcia
zapisała się ptasią symfonią
( skojarzeniem – taki zapis nutowy  )
widziany przez okno z parteru
domu, na drugim brzegu ulicy

chodzą po poręczch balkonów
spacerując dziobią
w szparach chodnika
wśród ogrodowych klombów
nie panikują
nieufnie przyglądają się przyczajonym kotom
gotowym do akcji

obserwujemy pare młodych
wiją ognisko domowe
godzinami zwłóczą źdźbła
na gzymsie wyplatają
tuż nad oknem
góra, dół
wybijają się aby spadać
setki razy potrafią nurkować

zgadywaliśmy skąd przyleciały ?
ile złożą jaj – kiedy zaczną latać
czy wrócą jeszcze ?

Dziś rano patrząc z niedowierzaniem
przyglądaliśmy się gzymsowi
pobite jaja
rozsypane piórka
na konarach, osowiałe ptaki

tylko koty nie mogły znaleść swojego miejsca.

zdarzenie w górach, zamąciyło rytm zycio

w skolnej zochylinie w kosówce ( pod wiatr ) niebeśpiecny osobnik siy usadowiył

swojom kamere ułozył na pnioku a reśte odwłoku zarył w huściawie

jedyne miejsce obroł za cel – włośnie w tym miejscu pod wykrotem od rana

wygrzewoł siy osowiały zwiyrz z głowom zawiniętom w jesiennom sierść

( cemu cympis w miejscu tak niebeśpiecnym ) głośno pomyśloł – On ?

a świstok ocknon siy jako-by ze snu i świst przeraźliwy siy oznios

zestrochało siy stado kozic – ni mające nic wspólnego z tom sprawom

one stale musom siy mieć na bacności

jesce długo nad miejscem krązyły orliki

i wrzescały kanie.

1986

PS…liczenie zwierzyny

przyrodnikowi z powołania

ochroniorzowi holnej gazdowki – dedykuje

Wojtkowi Gąsienicy – Byrcynowi

Przepis po góralsku

Wziąść tego cego ni ma
dodać soli i kminku
potem miysać dokładnie
z tym, cego brak
chwilowo na rynku.
Miysać długo, dosadnie
jak siy znudzi to przestać
i posypać tym na co
absolutnie nos nie stać.

Mozno smazyć lub upiec
obracać na rożnach
polewając tym o cym
nawet mażyć ni mozna.
Syćka w kraju to jedzom
dlo kozdego wystarcy
na tym włośnie polygo
Polski cud gospodarcy

(chude lata 80 te)

tak mało aniołow z aksamitnym głosem

Bezpowrotnie pamiętom
wyciągnięte ze skrzyni archanielskie skrzydła
Magdzi rekwizyty
przykurzone pamięciom jasełek
Drzewiej była w nik j-aniołkiem
Nik na nich nigdy nie furkoł
Ona, odleciała bez powrotnie

Chciołeś tego?
Pytom Cie – odpowiedz mi Boze?
W obłęd wielki popadne
tak dalej być ni moze
Jom ino widze,
choć  j-aniołkow dookoła tłum
kolędujom głośno
wsędej gwar i szum.
Nie umiym siy powstrzymać
myśleć o cym innym
Podpowiedz – kim jestem
pokrzywdzonym – cy winnym.

Boze, wszechmogący
Jedyny w niebie.
Spojrzyj prawdziwie na moje odbicie
Dej pocieche
nie umiem o niej zabocyć
zamknąć siy w sobie
bez sensu
nigdy tego nie zrobie
Som jom stworzyłeś
tchnoneś w niom zycie
Spraw, by to co ojciec cuje
znalazło odbicie.

Być moim zwiastunem – pasterzem
Tobie pragne zaufać i Tobie uwierze
Byś mnie poprowadziył
Byś mnom pokierowoł
Jom, przygarnon ku sobie
pod swe skrzydła schowoł.

w Dunajcu, na dnie zatopiony świat …

1997

Wnęcku, postaroj se wyobrazić, labirynt zatopionyk – Maniow,
z wiekowymi starymi chałupami. Zasiedziane siągi drzewa,
w ocak co krok syćko siy zmienio. Dunajca żwironośne koryto,
trywialne śpichlerze, kościół z bocnymi ołtorzami, balaski, babiniec
błahe stwierdzenie, czar ich prysł, syćko zrównane ze ziymiom

Wnęcku, co siedzis ( z ojcami ) w dalekiej, poukładanej z pomysłem Ameryce,
co kompleksowym wariantem podążać skłonno. Nowoczesne przedmieścia,
paradne rzędy domow, syrokie ulice. Teroz, posukoj w swojej głowie
cas PRL ? Drewniany most pod Hubom (dziś juz go nima). Milcom wzmianki.
Przepadła żwirownia! Tu, stela, gazdowie cyrpali siuter. Opłacało siy.

Nad brzegiem (przysłego zalewiska) w niejednym oku wierciła siy łza.
Teroz wyobroź se? Powstawanie zapory, wysiedlanie z wioski,
Rozbieranie domostw, przenosynie gazdowek, smyntorza – hań …
na uprawne pola Runka, do nowej urbanistycnej osady. Przymus
rośnie, w kręgu – rosnom z pustokow izby, domy siy ozrostajom.

W środku gazduje nowo gaździno, pani domu, matka dzieciom,
Rodziyła nie wychodząc z domu, troskliwe jej ręce, niezastąpione
roztropnościom, pomnozajom pożytki. Wełna wokoło warculi, przysiadka,
wrzeciono siy kręci, swetry, śkarpetki siy pletom, dziywcęta siy ucom.
Ociec dumny z radosnym spojrzeniem przeżuwa. Szacuje swoje scęscie.

Wybiermy siy (na chybił trafił) pomiędzy rzędy domów, chodnikiem
przespacerować. Stąd (ze zolem) wyrusaliśmy, kto wyrusyć pragnon?
Nima juz tego wzrusynio. Syćko z wyroku – została ino historia!
Trza jom pamiętać, nie wolno zabocyć obelg, burz z piorunami w
Przebiegłe słowa. Tu, rodziyły siy czyny. A ten ruch rękom – to – pozegnanie.