Poezja jest tajemnicą, którą próbujemy zgłębić. To rodzaj mowy i modlitwy. Natrętne słowa, które nie chcą sie od człowieka odczepić. To język i swiat zewnętrzny i wewnętrzny.
Poezja to kondensacja widzenia i języka, żyjąca własnym życiem. Biała kartka, bo na niej można napisać wszystko.
Biała kartka; bo na niej można napisać wszystko.
Ameryka
Niedokończona modlitwa przyrwany sen szalona gonitwa przez cały dzień.
Głośna muzyka serca mocne bicie zegar wartko tyka przyśpiesza życie
Kiedy znajde czas w zabiegane dni by przystanąc raz kropke dac nad i
Dlaczego się modlę
W scenerii szemrzącego potoku chwiejne ścieżki ludzkich sylwetek w góralskich kapeluszach gdy słońce dojrzewa, stojące nad głową spiętrzone drzewa wypluwają liście pączkują w wiosennym przebraniu
Dlatego się modlę.
Chwila skupienia z duchową tradycją niedzielne dzwony z tkliwością świec zmartwychwstanie głoszą z kadzideł woń uduchowieniem barwny korowód w przykościelnych alejkach szpalerem donośnie - Alleluja !
Dlatego się modlę.
Ale kiedy zachoruje ktoś z bliskich zamieszanie i ból wokół krzyczy w cierpieniu zatrzymuje się serce i lęk pod powieką duszę ogarnia gdy łza z westchnieniem się łączy podczas wieczornej zadumy
Dlatego się modlę.
Szpitale w nieskończoność chcą dawać drugą szanse gdzieś dalej szperać w monitorze badać przyczynę niemocy Dzięki Bogu, życie się wzdryga wieczyste zadośćuczynienie
Dlatego się modlę . . .
cisza i spokój ...
Tam czeka na nas, o każdej chwili dnia usta śpiewają wielbić Cię chcemy dziękczynną pieśnią, debatą bliskości Królowo Tatr, swym boskim istnieniem dzielisz się z nami ucieczko grzesznych, twojego ludu nie gardź prośbami Pokornaś, Ty nas rozumiesz, z nami idąca w leśnej ciszy Królowo Tatr, opiekunko hal i baców, górskiej przyrody z różańcem w ręku, cuda czyniąca w tym górskim zakątku juhasi, gazdowie w kapeluszach góralskich, od święta strojach na miejscu objawień kwiaty składają w otoczeniu modlitwy cudowne żródełko, w zaciszu słynąca łaskami Rusinowa Polana.
o sobie trza dbać
zawdy po zimie jeżdże na górskim rowerze ino w tym roku był taki cas co "ryma" dopadła kozdego powiym wom nima gorsego kiedy ciy chyci niemoc kichos, z nochola siy leje, ocy cyrwone łzawiom krzypota, we wnuku ci siy ozhajcowało kinol bordowy nicym cegłówka
w te razy trza se samemu jakosi radzić wsiadając w piyrsy z brzegu pojazd, iść do j’aptyki ino zanim z chałupy wyleziys, ciepło trza siy opatulić copke wełnianom na łeb naciągnąć, ze skrzyni kabot wyciągnąć, odziywacke narucić na przemarznięte plecy
mozno siy obejść i lycyć domowym sposobem nastawić wode coby zawrzała, wloć okowity nalywki z malin, odróbke pieprzu, kielusek miodu i tym siy racyć - łykać po krapce - małymi choustami
na wiecór mlyko i syrop z cebuli zasutej cukrem nie obowioj siy tego, ze syćko ci w gymbie rośnie to tako swojsko bomba witaminowo, nie zaskodzi ino musis spróbować, prędzej cy później przyńdzie
po własnych brukach
Dopatrując się normalności w miejscu zwolnionym przez zasiedziałe pokolenie wszyscy (goście) obładowani przeszłością dezinformacji, przez hałas w nadmiarze przypadków zdyszane pociągi z Chabówki odjechały rozklekotane z antycznym kominem parowóz pod czujnym okiem, konduktor zza zabarwionych szkieł sparaliżował wzrok - topiły się zmysły Sam byłem zdziwiony - co on tam wyciąga?
Nowy dzień zaczyna się od pełni niespodzianek wypowiedzieć nie sposób - obcojęzyczne szyldy góralsko pizza z oscypkiem, menu z bryndzom grulane moskole, hałuski, zawijańce, otulańce w miejscach typowych dla tego regionu trzeba "uwazować" ( coby ) się w tym nie zatracić.
W ulewie zimny lipiec nam się napatoszył dziś - ćma barowa mruży oczy z wymianom spojrzeń mgła - zza Gubałówki idąca w mglistym majaku hen po lesie rozpędza się w moją stronę każdego dnia zimne ręce, przez kilka dni miały atramentowy odcień, po wyprawie na borówki
Jest głośno, w Wierchach nowa grupa rokowa bawiąc się zajebiście na boskiej disco polo ( mega hity ) bez końca przytupuje do rytmu, łapki w górę spóźniona polewaczka brnie w dół Krupówkami.
dutki pazerne ...
dziś zoń idzie kupić syćko ino nie przyjażń
idzie kupić pościel ino nie śnisko
ścienny zegar z kukułkom ino nie cas
załatwić uniwersytet ino nie wiedze
przepłacić pozycje ino nie szacunek
lykarstwa idzie nabyć ino nie zdrowie
rozum mo kożdy załatwiać swoje sprawy
z ładunkiem na plecach ...
Tatry piękne, kiedy słońce - można robić tyle fajnych rzeczy z wonią lata ( dla ludzi ) ludzie z naprzeciwka myją okna szorują ściany ( przykładnie ) bo zszarzały od nowych wrażeń a może ( cepry ) pobratane do nas zaglądną, majową porą konsumpcja ma sens, pieniądze dużo w życiu ułatwiają
Wakacje idą w biegu ( długi weekend ) ciekawiej się rysuje chyba dobrą prognozą. Z nieba się zlewa czyste powietrze na szlaku do Morskiego Oka, przetacza się towarzystwo wciąż wyżej i wyżej. Otworzył się widok na biały pas śniegu środkiem przełęczy ( schodzacy do jeziora ) wpełza pod taflę
Stąd chłód, przesuwa się znad horyzontu, krasi policzki urojonej piękności, na dłużej niż by się wydawało. Ołowiane pasmo chmur przez całą szerokość nieba w deszczowych smugach włosy w papilotach skąpane, pasemka siwych włosów wyglądają miło, ze żrenicą wielką.
z duchowym czynem ...
trzeba żyć w zachwycie bez śladu zmęczenia z grymasem ust śmiech zwielokrotnić i zniknąć w tłumie zaszłości krokiem z głębi Krupówek mało co widać, ze wstydu - coś za coś w punkcie u zbiegu „oczka” odchodzi czar i urok nostalgii betonem zakopiański styl odwraca się od Witkiewicza na Równiach namiotowa płachta na orkiestrę elektroniczną w nocy budzi nas bicie bębnów jazgot klarnetów trąbek obojów dźwięki w toni snów lampy wszędzie kamery kręci telewizja natchnionym posłaniem całymi pękami kiwają się ludzie z niedopitym łykiem podśpiewują pod nosem w świetle bilbordów smyczki górali na poboczu łaski, czekają na pokłon prezydenta.
o sobie jak o kimś ...
W prozaicznej chwili rozmyślam o zwykłych sprawach odemnie odległych i serce mi pęka na tysiące kawałków życzliwość drepcze w miejscu, cisza na korytarzach urzędów cierpliwość odwraca się cyklicznie pomiędzy 12:00 – 15:00 przypadki rażenia w urzędach kąśliwe twarze w poczekalni bez pośpiechu drapiąc się po glacy wygłaszam swoje kwestie jestem przejazdem na krótko wszystkie parkingi zatarasowane w każdej chwili mogą coś rzucić do któregoś ze sklepów.
Przychodziyłeś ku mnie... ( woda cy nie woda ) ...
krągły miesiącek sprawując warte na niebie nieziemskim torem iść pomiarkowoł na skróty po wykopkach "kolcami" ozorane bruzdy na przykrej ubocy w ciemnościach obdar kolano nocami pod mostem pluskajom siy gwiozdy bajkowym odbiciem o zmierzchu rozchodzi się echo ospale na wskroś po uśpionych ścierniskach spojrzenie na wszechświat z tysiącami planet
w urokliwym nastroju ( dymem ) okopconych ścian z sałasa śwarne dziywce uśmiycho siy cudnie
po skórze serdoka przechodzom żywe ciarki pod powiekami źrenice migotajom zmysłowo w nocnej głuszy niewieści rodzaj obietnic przymyko powieki i serca zgodnie machajom do sobie w pomroce pokusy jedno w roli drugiego ( na wyrku ) od zmierzchu do świtu olśnienia hojną darowizną
przy krasie miesiącka z niegasnącym ucuciem przychodziyłeś ( ty ) ku mnie ukradkiem na odwiecerz, lubcyk i księżyc dotykoł powały.
dzieci nasze ...
przed ostatnim zakrętem patrzymy na gromadkę młodzian w kolejce wszyscy stoją ukryci przed światem bezsilni chcący być sobą w samotnym gronie nucą melodię rozpaczy jękliwym spojrzeniem radykalizm w skali szarości retoryki „dopalacze” czarodziej mody w bajkę swoją kazał wierzyć psychoaktywny wulkan antidotum w arm dawkując euforię szkliste żrenice wahania nastroju chwiejny powolny chód reakcja skutków ubocznych na poziomie energii opłakane skutki sięgając po „spicy” malujesz oczy zielonym odcieniem zagłuszasz lazur nieba, uśmiechasz się w pomadkowej czerwieni piercing do pępka tępą żyletką jesteś pocięty i osowiały.
banialuki
Ubodzy w Panu
wokoło Giewontu pocątek lata składo wizyte miesiącek na nowiu po udanej diecie przybiero na wodze okrągleje wiecorne niebo blinko gwiozdami od wielkich gór w pomroce światłem migoce po sześciu znojnych dniach płynie modłów fala pora roku wydłuzo siy w niepomierne świty i zmierzchy na zimnie sztywniejom ( pierwsi ) siedzący w kucki z prośbą wszyscy żebraczą śląc skargi Jezusowi kiedy gaśnie słonko zbiegajom siy pod mostami w kłębowisku przęseł śpiom bez wyrzutów sumienio
kłopot
narobić hałasu ( radość to ) cy zwycajny smutek nie wiem o co chodzi, ale moze siy dowiem wolny cas cyni cłowieka immersyjnym codzienność trosk w cudzym mieście zupełnie inno rozłożystość perspektyw przywołuje sygnalizator nie od wcora świat w micie skomplikowany choć momy więcej casu to mało ochoty z zapałem wstawać rano z życiem bez planu zły przykład dlo wnuków boli mnie kie nie rozumiejom dziś nase łącze z internetem było nieczynne.
wszak ...
powłóce nogami pod liniom wysokiego napięcio trzescy powietrze po żelaznym moście pociąg siy przesuwo z porządnej nowohuckiej stali po skarpie żółte mlecze w scyrym polu krowy i owce spotrawiajom łąke z niesmakiem śnieg w maju to nie nowina wzdłuż torów semafor godajęcy włosnym językiem nie śpi stado bocianów uwage przykuwo koń w chomoncie zadekowany do dyśla wybiego myślami na widok gazdy z chomontem byłby siy udłowił manewrem torby siecka siy ozesuła po zakolu złe rzeczy w dziurach od kopyt spojrzenie do góry na góry potem w dół pionowo w głąb prowdy nigdy w bok bo to jest ( okazja ) lekko skrzywiono w strofach konsternacji godała mi żona . . . ( coby w domu nie było spięcia w nastroju grobowym ).
na przekór
te słowa teorii spiskowych musom gnać po stokroć uciekać to nie groźba pamiętać zły sen w gonitwie nagłówków dzień w którym kozdo godzina kreacjom bytu w niebycie ukołysano wychodzi z ukrycia nowo amarykańsko w dwujęzycnej walucie hazard śwargoce po angielsku bez wizji zwodzi nadziejom olśnienio ( ulubiono metoda ) zagrywka taktycno miraż w rytm kultowej komedii mami społeczność wytycznymi do rzecy elity pędzące na urlop.
w przestrzeni
Fot. Marek Podmokły
helikopter ponad Tatrami syćkie zdarzenia som prowdziwe nogłe przypodki do bólu znane jak krew na śniegu szarość i mroki koszmaru ocy wilgotne z powagi wstrzymujom oddech i płochy świstok świscy na pyrci Zamarłej Turni uślizgła siy stopa kolapsu krnąbna dzikość w masce ludzkim stropienieym krzyk jęku w rozpaczy usłyseć upadek na piarg łzy wycisko na skalnej półce kwitnom poranione szarotki
bez względu na to ...
zmieniając nogi siedze na krawędzi pościeli tak siedziała moja matka kiedy siy modlyła pamiętom jej wargi nie malowała ik nigdy zawse lekko otwarte słowem do Boga ocy chętniej wracajom w miniony cas bycie samemu nie oznoco ze jesteś samotny spotykomy siy z serca te słowa ciepłe pola widzenia wokółku syćka jak jeden nie zadeptywać granicy nieśmiertelnej pomiędzy światłem a mrokiem zamykom ocy w modlitwie raj i pola uprawne odsłania horyzont gór przy zakopiance ludzie grabiom pokosy skoki ciśnienia przy sianokosach dochodzi pośpiech przez siedem dni atmosferycnyk zawirowań skupiom emocje samopocucio - cuje siy OK
trutnie ( chór męski )
terozicki o dach nad głowom sprawa siy obraco rzekomo wielki ( sklecony ) świat opiyro siy na „dularze” chyba juz wiys ( przyjaźń ) to nopiykniejsy dar umiej do gorzci wziąść i wymień telefon uprzejmości słodki jest w ulu miód kiedy nie żądlom pscoły wymykajom siy zgodnie flirtować z łąkami w swym ( góra-dół ) locie rozpruwajom powietrze tego lata dobrze im siy wiedzie, wygodnie bez trutni te sprawiajom przedziwny akcent ich cierpień szczególny rozpirz, kiedy powinny kłaść siy spać ( furtkom do wolności ich śmierć - bez wahanio )
mętny czar.
przódziej ( z daleka ) ludzi obserwuje wsiadają na bicykle skąpo ubrani z piwem w ręku toczą się koła bez względu na to ich twarze pomieszane pomysły skaczą dziko się śmiejąc następny łyk ma przynieść korzyść w sytuacjach które sprawiają zataczanie zsuwaniem się z nóg pierwszy upadek podążam za nimi przez całą drogę od kiedy wiosna korowód dziadków w chwilach pewności pstrykają palcami błąkają się z psem chodzą na spacery w ochronnych czapeczkach z daszkiem po staremu brodzeniem poza opłotki puszki po piwie gdzie okiem sięgnąć ku radości szczęśliwego znalazcy.
w antuażu
do przewidzenia pogodna melancholia składa się z wyjątkowo długich zdań, szczególnie podczas głośnej lektury a także podczas próby licytowania biały kruk pojedynczy egzemplarz przebóg - jeden orzeszek na odludziu słoń w kwitnącym sadzie porcelany w nakładzie pełno niezdrowych pokus niebo ubrane w suknię sprawia wrażenie wiatr uskrzydla gałęzie przedwiośnia chłodne wieczory w cieniu się nudzą po sąsiedzku nie rozumieją spektaklu
prawda zgoła
na dzień dobry jaskrawo żółte dno oka jeśli płacze to widać łzy kiedy się śmieje wybiega myślami do pełni szczęścia zaśpiewać wykrzesać z ust fajerwerki wiem że nie stoją za nimi żadne gwarancje zdrowy rozsądek jak wzrotne sprężenie do twarzy zgłębić ugłaskać krajobraz ciszę leśną błękit nieba górski szczyt horyzont z językiem lodu monotonny dzień odfrunął w cień codziennych trosk w jedności chodźmy więc razem by radość nieść dziś światu jej brak.