Poezja jest tajemnicą, którą próbujemy zgłębić. To rodzaj mowy i modlitwy. Natrętne słowa, które nie chcą sie od człowieka odczepić. To język i swiat zewnętrzny i wewnętrzny.
Poezja to kondensacja widzenia i języka, żyjąca własnym życiem. Biała kartka, bo na niej można napisać wszystko.
Biała kartka; bo na niej można napisać wszystko.
Gwara Co Se’mnom Ostała …
fot. Krzyżak – Zakopane
Tam się ostała…
Pośród traw nie skosonyk do końca na Sywarnym w Kościelisku - Polanach pod mostem przycupła zasłuchano w bystry potok zbyrkanie dzwonków głosem pomiędzy smreckami
Owiecki, becom żałośnie na widok trawy za płotem. Po Świętym Michale - możno paść - ( nawet po powale )
Rod widze długie dzieje i swojskość naskiej dziedziny Przy pełni księżyca psów ujodaniy ( jak dzwon ) echem siy jąka z patosem tonu. Popod oknami sterta sajt, wzdłóż ściany omszonej. Wędzarnia dymem zauwodzi. Na końcu ogrodu, śpiom ule ( zmożone ).
Z radościom ucho przyłozyć do ik miodnego królewstwa coby rojki ( te na wyroju ) nie ozfurkły na śtyry strony świata.
W pamięci zawrotne anomalie z losem pogodzonych gór Ze zrębów leśnych dranice, tramy, zaplecione ciasno na węgły W kącinie postawiony dom. Tu ( przed wojnom ) osiedli moi rodzice. Ziem twardo jak skała, krwawicom rąk wyrywane korzenie.
Otrząsom siy z siwych włosów, scęśliwy ze zmarszczkami z odrobinom bojaźni w gardle, ślabikuje nekrologi przyjaciół.
Rwa kulszowa na stałe do lędźwi powraco, tu i poza domem Serce z wargami ściśnięte nad rodzinnym grobowcem Pociorkiem łzy do rękawa. W dobrych intencjach tabliczki umarłych. Pod koronami drzew kamienny aniołek i znicze.
Wyrobisko
Andrzej Pitoń – Kubów Kościelisko, 1976
Od zmierzchu nocy - blask fakieł z fantazjom w źrenicach na grani ( we mgle ) niewyraźne Regle siy piętrzom pomiędzy nocom śnieg zowieruchom poprusył stroskane owce, ik wzrok osłupiały. Od Zielonych Swiątek wypatrujom lata ze słonkiem ( cyrwonym ) jak talar .
Moja ziemio urodno (podhalańsko) niewiasto twojom ładność wyryzowoł lodowiec za rania wiekowej epoki, ku pamięci pokoleń Urodnoś, mniej rodno, z królewskiegoś nadanio po zbiórkak jesiennyk z ojcowskiego uznanio kozdemu przyznano po cynściak.
Ziemio podhalańsko ... wyrwano mozołem rombanic i folg z boru smreków i jedli uśniętyk w nieładzie po kośbie holnego z wykrotów ścierniska docekałaś siy przecie - godnego wyrobiska
Miłujem ciy jednako ... tak z wyśnego końca ( kaś jest barzyj rodno ) jako i płasienke, ozmokłom po dyscowej lejbie zarysem ku grobli, chetki - młakom siy stałaś Ino, sywor ( na ściółke ) pod bydło przycynios.
Zawseś mi jednako, skolno, jak dno górskiego potoka płono, jak źle zimowano owca bo, w wieśniany cas, holny targo ci runo traw zapylając jesieniom, rojami zarodków - końskiego scowiu.
Skropionoś - ty - słonym potem wceśniej jako dyscem kolybko mojego stworzynio w malowane leluje - fakty i skojarzynia zoden przypodek, historia wielowątkowa.
Barz piyknie przepytuje …
- za dobre chęci, co spełnić siy nie zdolały - za czułość dobryk ucynków naręcze, - za mylne kroki, kie w świat siy wybrały, - za Wase trudy w życiowej męce, - za źle zużyte zdolności moje - za samowole i chwile w udręce - za Wase troski i niepokoje - za syćkie przykrości, za łzy, uśmiechy - za tych co wiedli kroki moje - za syćkie błędy, za syćkie grzechy - za scęście nie scęście cyjesi i swoje - barz piyknie przepytuje.
- śp. Rodzicom
Chicago, 1983 rok
Krokusy …
Kiedy wiesna zakorzeni siy u nos na sto dwa i śpaki za rozumem przylecom, jaskółki pod strzechom w puchowej jamie pociechy skryte i matki troska gdy kot na gzymsie z rozdziawionym pyskiem.
Krokusy spod śniega wypuscajom pędy w purpurowej okrasie z fioletu polanka w subtelne odcienie pod błękitem nieba dziywecka strojno na gorsecie ( leluje ) tak mimochodem przystanyna na holi.
Parobecek jej w darze ofiaruje bukiecik nie skąpi jej pochwał choć tako pyzato w niewinnym uśmiechu naiwność kiełkujom chwile scęśliwej godziny w mozaice rozkoszy siy nie krępujom.
Nieporadne ( na litość boskom ) pocałunki nojpiykniejsy dzień kiedy serce pękło w rozszeżonych źrenicach ziorenko nadzieji żyć i być świadomie udźwignąć chwiejny gest kochanie ino siy nie kwol sąsiadkom.
śleboda jest krok przed nami …
W przesłości, dało siy zyć beztrosko w Polanach panorama, spojrzeniem kościół, apteka, śtyry sklepy na podmurówkach z okręgloków domy w drewniane pościele i siennik słomom wypchany z roku na rok malejąc wspomnieniami odżywa. Pod skrzelami kapelusa przelicoł - obrócony w kierunku gór ( nie widzioł ik sękatych kontur ).
W przesłości, dało siy zyć beztrosko w Polanach ino kiedy stamtela wyjedziys ( kany ) namiastka wolności w głębi pocujes instynkt przerwanego łańcucha i nikt nie potrafi udźwignąć losu, bez powodu umyć ręce z wyrzeczeniem dzieci patrzom na koniec z końcem rodziców ? Ik życie na kartki ! Niewdzięcnikom zacyno brakować pomysłów.
Wieść żywot w takim miejscu - to owoc ( słodko - gorzki ). Potykając siy w sobie o scyrość w sercu świadome kołatanie Na pastwisku czas siy potknął, dzieci pogubiyły siy w swoich regułach Krzywda im nie dziwno, bedom mieli co powspominać. Przebudzenie pająka, który wiązoł pomosty pomiędzy światami Popłoch i chaos ( chłód z głębi ) sprawio ze, moja dusza kaszle.
Dziś w Polanach ( zycie na przemian ) odchodzi i wraco. Pory roku, dzień i noc idom rutynowo, przyglądajom siy sobie Starych znajomych spotkać co we wspomnieniach zastygli - w drzemce pod jasieniami ( na hamaku ) ktoś machnon rękom. Zbyt duzo bojek i blizny pomiędzy swoimi ( było mineło ) ino, kiedy śnieg zginie w Polanach ( siy cuje ) jak ryba w wodzie.
Andrzej Pitoń-Kubów Chicago, 15 luty 1991
Pod Giewontem
Niek bedzie ze na wsi w Polanach syćko jest takie jak nika inyndyj przefajnie jes hawok w ocy-wistości gościnnie z ukłonem przyjmuje siy gości choć śmiecom choć śpecom choć łgajom
ze góry śmieci ze słonko nie świeci ze kohut wcas do dnia pieje ze pies na łańcuchu skomli ze krowa za ścianom ogonem grzmoci ze koń siy burzy ze owca siy bobcy ze kura wygrzebuje pędroki ze dzieci pyskate holofiom ze muchy nad ranem kąsajom
wcas do dnia jak zawse w biołej kosuli gazda unosi kapelus pyśnie pogodność wychodzi mu z dusy oddycho ślebodnie od głębi do dali wychodzi spojrzeniem życliwego poranka
zokopiańskie weekendy scęśliwy miesiąc to Maj moi ślicni pokochani moi złoci w dobrym tonie hurmom ku nom siy zjechali ( turyści ) z niesmakiem grymasom co dłowi nicym ość w gardle.
zakpić
ino telo tyj codzienności schowanej głęboko w jazgocie chałup gaździnki w suknianych kapcach w postrzympionych smatkach niedorzecny horoskop w nijakie słowa wcielenie ino posłuchoj pomiędzy słowami krzykliwe wargi wąsko powieki cytelnom aluzjom o twarze siy ociyro gadulstwo siy płodzi wytrzesco ocy sąsiadce bez oddechu języka gorść pogardy jej wyklarować poza gustem ino dosadnie niek jom cięzor przytłocy pohańbienie bez desygnatu naskie życie widzialne nieprzewidzialne bo na wsi biyda honor i brudy to tako mozaika ze zgryzot świadomość i fakty zręcnie ukryte godajom tym samym językiem.
zawrót głowy …
Stary baca mo lekki zawrót głowy Bo wyznoł siy na tym, co syćko jest wortne ? On, zawdy ... rozumem przed siy wybiegoł w myślak i mowie.
Od progu chałupy słonkiem kwietniowym ogrzoty magiom poranka scęśliwy w starczym olśnieniu ciężorem wspomnień spoziero po graniach na dno doliny ( wzdłuż i syrz )
- jakiz tyn świat - stary ... - jakoz on doróst do tyj miary ?
Jego, bezzębne dziąsła hardo dzierzom starom jak świat fajke ( krolickule ) od Tomcagi z Ratułowa cybuch drewniany ( wygięty ) na krótko spięty mosięznym łańcuskiem.
W drugiej ręce ( barani miechur ) ze skrązanym drobno tabakiem koślawym palcem nabiył ( okopiasto ) udeptoł w brzuchocu krzesiwem potar ( ozjorzył ) przekolacem pośturkoł pyknon - roz - drugi - trzeci.
Jego ślubno - nie zyje od downa ( rak ) Hań, na brzyzku w truchle - struchlała
( jesce jak nie był bezzębny - po ćmoku śli do pościeli )
w rodzinnym sporze wse duzo chciwości kie taki dostojny kawoł ziemi to od pokoleń gwarne swary i gniewny bezwstyd ślypia wyłazom ze swojej nory ino o tym nie godo siy komu-kolwiek niegodnie kalecono pamięć utropieniem - gorść wspomnień
- Takimi dzikimi to my haw nie som ( panie ) ! - Taki tu lud – wyrosł na tym łanie !
2. W chałupie syćkiego pod dostatkiem oproc mnie w natłoku lęku przed losem syćka domownicy pośli wsadzić wykrowki kozdy nowy dziyń prowadzi i zwie siy zyciem dobrze by było - coby ono mogło siy cofnąć w przyzwoleniu z szadzi odkopać stokrotnie skrzydła ozcapierzyć
Siwowłosy ze słonecnym uśmiechem kormi kury - gorzciami cisko owies na obore sfurkujom gołębie o jedwobnyk brzuchak ik chwała do tela zyć nie przestała nie ginie męstwo praojców o krwi wylonej zbacowali w modlitwe powszechnej - doniosłości
Tkwie tu samotny jak pies przy budzie z podwiniętym ogonem syćko zwiędłe co było jędrne na jedno oko łzawi w drugim przebiegło cujność na widok sąsiadki oba przeciero uradowany z łaski Boga Ojca puste ławki w kościele przylegajom ku sobie na Syćkik Świetyk dać na Wypominki.
3.
kobieta idąco chodnikiem przystanyna kolwicek patrzom se w ocy znajomi z młodości ftej wolno im było syćko
kobieta z rumieńcem na licak miała czelność obejrzyć siy za parobkiem
kieby cofnyny siy roki ta huć tyn fart i to pragnienie nigdy nie przestać być sobom jak drzewiej na cetynie w chuściokak pozwolyła uwidzieć ino telo kielo trza było